Legendy starego Stanisławowa. Część XII Polski mieszczanin w rogatywce i w butach z cholewami (z archiwum autora)

Legendy starego Stanisławowa. Część XII

Rogatywki i buty

Z pewnością cały świat zna historię o tym, jak ukraiński parlament zabronił obywatelom noszenia kasków i co z tego wynikło. Ale nasi ustawodawcy nie byli osamotnieni w swoim marazmie.

Słynny stanisławowski burmistrz Ignacy Kamiński pozostawił interesujące wspomnienia. W połowie XIX wieku nie był jeszcze burmistrzem, a stał jedynie w opozycji do istniejącej władzy, która składała się głównie z urzędników niemieckich. Nie lubili oni Polaków dla ich nastrojów narodowych, a ci odpowiadali im wzajemnością.

W 1861 roku odbyła się reforma parlamentarna i parlament austriacki podzielono na dwie izby – Panów i Posłów. Do tej ostatniej deputowanych obierano proporcjonalnie ze wszystkich krajów monarchii, w tym i z Galicji. Wywołało to olbrzymią radość wśród mieszkańców Stanisławowa, przede wszystkim Polaków. Na ulicach zaczęli pojawiać się ludzie w strojach narodowych. Głównym ich elementem były czapki-konfederatki, zwane „rogatywkami” i buty z cholewami.

Ta „narodowa” moda zaniepokoiła austriackiego starostę Ostermana. Rozkazał on inspektorowi policji Gasperskiemu spisywać na ulicach ludzi tak ubranych i codziennie składać mu raporty.

W odpowiedzi na tę decyzję Ignacy Kamiński opublikował w gazecie „Przegląd Powszechny” felieton. Jego główny przekaz sprowadzał się do tego: „Wszyscy złodzieje pieją hymny pochwalne na cześć starosty Ostermana, który zatrudnił pana Gasperskiego do spisywania wszystkich właścicieli rogatywek i butów z cholewami, odwracając w ten sposób od nich uwagę policji”.

Osterman obraził się śmiertelnie i podał gazetę do sądu. Kamiński ripostował, że spisywanie ubioru mieszkańców nie wchodzi w kompetencje starosty. Jest to jego prywatna sprawa i jeżeli tak go to interesuje, niech zajmie się tym osobiście, a nie angażuje w to policję.

Kamiński został uniewinniony.

Stanisławowski kopciuszek
W 1863 roku na terenach Rzeczypospolitej należących do Rosji wybuchło powstanie. Polacy, zamieszkujący austriacką Galicję, gorąco popierali rodaków w ich walce o wolność i tajemnie dostarczali powstańcom broń i ochotników. Rząd cesarski był sprzymierzeńcem Rosjan i zwalczał ten proceder wszelkimi środkami, wzmacniał ochronę granic i zatrzymywał wszystkich zwolenników powstania. Nawet w dalekim od granic Stanisławowie wprowadzono godzinę komendancką – po godzinie dziewiątej wieczór zabronione było chodzenie po mieście.

Ówczesny gimnazjalista Stanisław Tokarski we wspomnieniach z młodości przytacza interesujący epizod.

Chłopcy w jakiś sposób dowiedzieli się, że wieczorem tego dnia w krzakach nad Bystrzycą Sołotwińską odbędzie się pożegnanie z kilkoma ochotnikami, którzy idą do powstania. Chłopak o nazwisku Gasperski namówił kolegów na to spotkanie.

Gdy chłopcy zjawili się na konspiracyjnym spotkaniu, szybko zostali przepędzeni przez starszych kolegów. Tymczasem wybiła godzina 21 i trzeba było wracać przez całe miasto na ul. Lipową (ob. Szewczenki). Po fosach udało im się przejść całą ul. Halicką, ale na skrzyżowaniu z ul. Gazową (ob. Dniestrowska) wpadli na patrol. Gimnazjaliści pobiegli w kierunku centrum, patrol ruszył za nimi. Przed obecnym Pasażem Gartenbergów był kanał, wijący się pomiędzy budynkami aż do ul. Fortecznej. Wejście do niego było zamknięte bramką, ale wyrostek pod nią mógł się przecisnąć. Chłopaki przełazili po kolei, ostatnim okazał się Gasperski. W ostatniej chwili goniący żołnierz złapał go za nogę. Chłopiec mocno kopnął go drugą nogą w twarz i co sił poczołgał się do przodu. Jednak but gimnazjalisty pozostał w ręku żołnierza. Dalej chłopcy już bez przygód dotarli do domów.

Pomiędzy budynkami po lewej była fosa z bramą (widokówka z kolekcji Olega Hreczanyka)

Dalsze wydarzenia przypominają bajkę o Kopciuszku. Rano do gimnazjum zawitała policja z butem Gasperskiego. W obecności dyrektora chodzili po klasach i przymierzali go gimnazjalistom. Na kogo jako tako pasował, ten musiał pisać wyjaśnienie. Jednak właściciela „trzewiczka” nie znaleziono.

Najbardziej interesujące jest to, że ojciec tego Gasperskiego był inspektorem policji.

Kolonia na Majzlu
W 1866 roku w Stanisławowie przekładano tory kolejowe. Zbudowano warsztaty kolejowe. Specjalistów w mieście nie było, wobec tego zaproszono fachowców z Niemiec. Przybyli do miasta ze swymi rodzinami i osiedlili się w okolicy dzisiejszych ulic Kijowskiej i Bandery. Miejscowi ochrzcili tę dzielnicę Kolonią niemiecką. Dziś ta nazwa brzmi po prostu „Kolonia”, chociaż nic wspólnego z zakładem penitencjarnym nie ma.

Warsztaty, gdzie pracowali Niemcy, leżały po drugiej stronie torów. Stamtąd stale donosiły się odgłosy pracy instrumentów i narzędzi, które majstrowie ze sobą nosili. Miejscowi przezywali Niemców „Majzlami”, co po niemiecku oznacza dłuto.

W ten sposób dzielnica przemysłowa przy kolei została nazwana „Majzle”.

Dzielnica „Kolonia niemiecka” (widokówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

Stanisławowska demonologia
Za ojczyznę wszelakiej nieczystej siły, nie wiadomo dlaczego, uważana jest Transylwania. To tam mieszkał słynny Wład Drakula i całe infernalne draństwo. Stary Stanisławów w niczym nie był gorszy od północno-zachodnich regionów Rumunii. Historyk Benedykt Płoszczański przytacza jaskrawy obraz wydarzeń w mieście w 1868 roku:

„Wiara w pojawianie się złych duchów była w mieście powszechna. Dzielono je na „czyste” – z którymi można było rozmawiać i „nieczyste” – których nawet nie można było wymieniać.

Nocą, przy zamkniętych drzwiach zjawiały się one w domostwach i swymi jękami budziły mieszkańców śpiących już na dobre. Domownicy rozbudzeni wołali: „Wszelki duch Pana Boga chwali!”.

– I ja go chwalę – odpowiadał duch.
– Czego dusza potrzebuje? – pytano.
– Nabożeństwa lub miłosierdzia – odpowiadał.
– Więc zostaw znak – niebawem wszyscy domownicy dziwowali się wypalonym na stole znakom dwóch palców.

Wieczorami znów latały dusze dzieciątek zmarłych bez chrztu i smutnym głosikiem wołały: „Chrztu! Chrztu!”.

Wówczas należało otworzyć okno i powiedzieć: „Jeżeliś chłopczyk, to daję ci na imię Józef, a jeżeli dziewczynka – to Maria i chrzczę cię w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!”.

Mieszkańcy Stanisławowa szczerze wierzyli w duchy i istoty z zaświatów (z archiwum autora)

Jeżeli pod oknem czy na ulicy coś jęczało czy płakało – to nie warto było na to zwracać uwagi. Lub jeżeli w ciągu dnia pies, kot lub człowiek pokazali się i znikli – to należało się przeżegnać i nie szukać ich i nie wołać, aby nie napytać sobie biedy.

Często bywały tu wróżki, cyganki, kabalarki. O diabłach istniało mocne przekonanie, że w domu jakieś świństwo zrobią.

Wierzono, że na św. Jana kwitnie paproć, a kto ten kwiat znajdzie – stanie się niewidoczny”.

Ot, tak to bywało. A mówicie Transylwania, Transylwania…

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 22 (314) 30 listopada – 17 grudnia 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X