Legendy starego Stanisławowa. Część 96 Puste półki we frankiwskim sklepie spożywczym. Zdjęcie Tarasa Jakowina

Legendy starego Stanisławowa. Część 96

Deficyt ze stolicy

Związek Radziecki umierał w ubóstwie. W ostatnich latach jego istnienia sklepy witały klientów pustymi półkami. Deficytem było prawie wszystko. Kiełbasa po 2,20 teoretycznie istniała, ale by ją kupić trzeba było wystać w długich kolejkach i nie było gwarancji, że nie skończy ci się przed nosem. Prawdziwymi oazami dobrobytu były Moskwa i Leningrad, które miały specjalne dostawy. Gdy ktoś jechał tam w delegację, to rodzina wręczała mu listę delikatesów, które można było kupić jedynie tam.

Mieszkaniec Jamny Roman Sytnik wspominał zabawną historię, która przydarzyła mu się w stolicy.

Papierek z cukierka „Złoty kluczyk”. Zdjęcie ze źródeł internetowych

„Pod koniec lat 80. byłem w Moskwie. Był to okres, gdy cukier był na kartki, herbatę słodzono miętowymi landrynkami i nawet pędzono z nich bimber. Oto stoję w najbardziej zaopatrzonym w Moskwie sklepie spożywczym – Jelisiejewskim, w olbrzymiej kolejce po cukierki. Trzeba było przecież coś przywieść z delegacji. Będąc już przy ladzie, poprosiłem, by mi odważyć po 200 gramów różnych cukierków. Gdy wręczyłem żonie duży worek pełen cukierków, spytała: „Czy tyś na pewno był w Moskwie?”. Okazało się, że połowa cukierków pochodziła z naszej iwanofrankiwskiej fabryki”.

Dopiero później, na początku lat 2000. dowiedziałem się, że nasz obwód „podpięty” był do Leningradu i co dnia nasza produkcja (cukierki, wypieki, ser, kiełbasy, parasole, wino i liżniki (koce z owczej wełny) jechała do „leningradzkich proletariuszy”. Stąd widać, że Przykarpacie żywiło również Moskwę

 

 

 

 

Seria książek „Płomienni rewolucjoniści”. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Płomienni rewolucjoniści

Ta opowiastka pochodzi od właściciela popularnej księgarni „Ukraińska książka” Igora Majgutiaka. W młodości pracował on w sklepie „Polityczna książka”, mieszczącym się na skrzyżowaniu obecnych ulic Dragomanowa i Wagilewicza. Pod koniec ZSRR wszystko, co było jakościowe, było w deficycie. Tak też było w świecie wydawniczym – na półkach stała wszelka „makulatura”, zaś wartościowe pozycje można było uzyskać jedynie spod lady. Aby ludzie zupełnie nie wpadli w depresję, od czasu do czasu „wrzucano” coś wartościowego – przeważnie przed świętami.

Przed dniem radzieckiej armii dostarczono do sklepu interesujące książki. Były to chyba wspomnienia marszałka Żukowa lub jakiegoś innego zasłużonego dowódcy. W Domu oficerów odbył się koncert dla weteranów, podczas którego dowiedzieli się, że w „Politycznej książce” czeka na nich interesująca książka.

Po koncercie dziadkowie rzucili się do sklepu. Jak należało się spodziewać – książek dla wszystkich nie starczyło. Aby uniknąć awantury, Igor postąpił rozsądnie: wyniósł na zaplecze książki z serii „Płomienni rewolucjoniści”, których nikt nie kupował.

Gdy kolejny weteran podchodził do lady i prosił o deficytową książkę, Igor szedł na zaplecze i wynosił stamtąd utwór o marynarzach Bałtyku czyli o rewolucjonistach niemieckich. Weteran z uznaniem kiwał głową i zadowolony opuszczał sklep.

W tym dniu Igor Majgutiak wyprzedał cały nakład „Płomiennych rewolucjonistów”, który leżał na półkach przez kilka lat.

Kaskada

Nazwy niektórych dzielnic Iwano-Frankiwska powiązane są z konkretnymi wydarzeniami lub historią, jak np. Kolonia, Zofiówka, BAM; inne związane są z nazwami dawnych okolicznych wiosek lub zakładów przemysłowych – Pasieczna, Ryń, Pozytron. A skąd się wzięła Kaskada?

Ul. Mikołajczuka. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Ta dzielnica leży pomiędzy ulicami Stusa, 24 sierpnia, Symonienki i Mikołajczuka. Wikipedia tłumaczy znaczenie tego słowa od włoskiego cascata (sad) – sztuczne wodospady w parkach z różnych epok, lub wodospad, składający się z kilku mniejszych uskoków.

Nasza Kaskada powstała w wyniku aktywnej zabudowy północno-wschodniej części miasta. Jednak żadnego wodospadu tu nie ma. Odpowiedź kryje się w tutejszej architekturze – ilość pięter budynków przy ul. Mikołajczuka obniża się uskokami – stąd właśnie Kaskada.

Nieuchwytny docent

Ta historia kojarzy mi się jakoś z wydziałem automatyzacji i elektryfikacji Uniwersytetu Nafty i Gazu. Nie pamiętam, czy to tam mi ją opowiedziano, czy jej główny bohater tam wykładał, ale coś w tym było. Sam gmach wydziału wybudowano w latach 1980. i posiada on bardzo ciekawą konfigurację. Fasada wychodzi na asfaltowany plac parkingu, a po przeciwnej stronie –zieleń z trawnikami i drzewami.

Dawny gmach Wydziału automatyzacji i elektryfikacji UNiG. Zdjęcie z archiwum Stepana Nazarenki

Na przełomie lat 80-90. wykładał tam pewien docent. Mężczyzna lubił pieniądze i przykładał się maksymalnie, by „zawalić” na egzaminach jak najwięcej studentów. Przy okazji napomykał, że można dostać dobra ocenę – ale, rozumie się, że nie bezpłatnie. Łapówki odbierał w niewielkiej klasie, gdzie prowadził zajęcia praktyczne ze swego przedmiotu. Władze uczelni orientowały się w „burzliwej” działalności docenta, ale nic nie mogły zdziałać. Kilkakrotnie odpowiednie organy podsyłały do niego podstawionych studentów ze znaczonymi pieniędzmi, ale zawsze docent był „czysty” – żadnych takich pieniędzy przy nim nie znajdywano. Przewracano audytorium do góry dnem, ale łapówka znikała jak kamień rzucony w wodę. Śledczy błagali docenta o zwrot pieniędzy, które pokwitowali, obiecując nie wysuwać żadnych oskarżeń. A docent uparcie oświadczał – „Nic nie wziąłem”. Koledzy kilkakrotnie prosili go o zdradzenie tajemnicy, ale ten tylko chytrze się uśmiechał.

Gdy już odchodził na emeryturę, urządził pożegnalny bankiet. Rozumiejąc, że więcej nie uda mu się jego sztuczka, postanowił zdradzić swoją tajemnicę.

Okazuje się, że do każdego przyjęcia łapówki rzetelnie się przygotowywał i wyznaczał studentowi konkretną godzinę. Biurko docenta stało koło okna wychodzącego na zieloną strefę. Gdy student wręczał mu kopertę, docent mocował ją do ciężkiej zaczepki i wyrzucał przez okno. Tam już czekała odpowiednio przeszkolona żona docenta, chowała kopertę do torebki i spokojnie szła do domu…

Logo Bractwa Studenckiego. Zdjęcie z archiwum Wasyla Iwanoczki

Krwawa historia

Uważa się, że niezależność Ukraina otrzymała łatwo, bez żadnego wystrzału. Zdarza się, że takie procesy przebiegają pokojowo, bez krwawych protestów i walk ulicznych, mimo iż stary system komunistyczny bronił się jak mógł i nie omijał żadnych środków, by pozostać u władzy.

Tę historie opowiedział mi dyrektor wydawnictwa „Lilea-HB” Wasyl Iwanoczko. W 1990 r. był studentem V roku Instytutu Pedagogicznego. Studiował na wydziale artystyczno-graficznym i należał do Bractwa Studenckiego – organizacji wspierającej niezależność Ukrainy. 23 lutego we Lwowie miał odbyć się II zjazd Bractwa. Frankiwskie uczelnie skierowały tam delegatów – po jednej osobie z każdego wydziału.

Rektorat uczelni do działalności studentów miał stosunek różny. „Medycy” zajmowali pozycję neutralną – aby tylko działalność nie przeszkadzała nauczaniu. W „Nafcie i Gazie” wspierano działania młodzieży. Jedynie w Pedagogicznym była całkowita ideologiczna przepaść.

Aktywiści Bractwa Studenckiego: Wasyl Iwanoczko (od lewej) i Andrij Karpusza. Zdjęcie z archiwum Wasyla Iwanoczki

Kapusie szybko donieśli rektorowi Witalijowi Kononence listę delegatów. Ten wezwał studentów na rozmowę, która bardziej przypominała mowę prokuratorską z pogróżkami. Przez bite dwie godziny rektor po rosyjsku pouczał studentów, że powinni oni być „przyszłymi radzieckimi pedagogami i nie mogą mieć nic wspólnego z burżuazyjno-nacjonalistycznym bractwem”. Pod koniec spotkania zastrzegł, że wszyscy, którzy pojadą na zjazd, zostaną wykluczeni z instytutu za opuszczenie zajęć bez poważnej przyczyny.

Andrij Karpusza. Zdjęcie z archiwum Wasyla Iwanoczki

Zjazd miał się odbywać w sobotę i niedzielę, gdy nie było zajęć na uczelniach. Wieczorem w akademiku zebrano się na tajną naradę. Nikt nie chciał zostać wyrzucony z uczelni, a nie udać się na zjazd – to stracić szacunek do siebie. Wśród delegatów był student wydziału historycznego Andrij Karpusza z Rachowa. Był na drugim roku, ale zdążył już odbyć służbę w wojsku, więc liczono się z jego zdaniem. To on wpadł na genialny pomysł, żeby wszyscy delegaci honorowo oddali krew. W tamtych czasach dawcom przysługiwało po 200 gramów czerwonego wina i jeden dzień wolnego – wszystko absolutnie oficjalnie.

Studenci tak zrobili – w sobotę pojechali na zjazd, wrócili w niedzielę, a w poniedziałek żaden z nich nie stawił się w audytoriach.

Po jakimś tygodniu, gdy Andrij z kolegami wracał wieczorem do akademika, napadły na nich jakieś wyrostki, uderzono Andrija rurą po głowie i za kilka dni zmarł w szpitalu. Sprawcy oczywiście uciekli i nie zostali znalezieni.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 19 (455), 18 – 31 października 2024

 

X