Legendy starego Stanisławowa. Część 123 Dom Gillera, dom Prejera – obok po lewej. Pocz. XX w. Pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Legendy starego Stanisławowa. Część 123

Pomnik burmistrza Kamińskiego. Fot. Taras Jakowin

Kamiński

Powiadają, że wycieczka jest nieudana, jeżeli w jej czasie nie potrzesz czegoś na szczęście, na pieniądze lub miłość. We Frankiwsku takich obiektów nie brakuje: Drzewo szczęścia na deptaku, morda Żelaznego lwa w piwnicy Galerii „N”, czy Kamień miłości w parku. Większość turystów jednak uważa te legendy za bajki przewodników, bo życzenia wcale się nie spełniają, jakbyśmy nie pocierali pomnika. Ale nie zawsze tak się dzieje.

Znajomy przewodnik Tatiana opowiedziała mi pewną historię. W 2018 r. oprowadzała w Karpatach kilkudniową wycieczkę, która zaczynała się przechadzką po mieście. Koło kawiarni „Profitrole” turyści zazwyczaj dotykają pierścienia na lewym ręku postaci burmistrza Kamińskiego. Powiadają, że sprzyja to spełnieniu materialnych życzeń. Goście należycie pucowali pierścień poczym wyjechali do Bukowelu.

Za Jaremczem jest odcinek drogi, gdzie po lewej stroma skała, a po prawej burzliwa górska rzeka. W tym miejscu bus z turystami wyprzedziła grupa motocyklistów. Nagle z sakwy ostatniego motocykla zaczęły wylatywać pieniądze. I to nie byle co – banknoty po 200 i 500 hrywien. Motocykliści zniknęli za zakrętem, a pieniądze zostały na asfalcie. Bus stanął i turyści poczekali trochę, czy motocykliści nie wrócą. Odczekali chwilę, a po jakimś czasie zebrali gotówkę, której starczyło na wspaniałą kolację z pieczonym barankiem i huculską muzyką.

Ktoś nie wierzy – ale Kamiński działa!

Kawka. Oryginalne dzieło na ul. Nizowej. Zdjęcie autora

Blask stanisławskiej nocy

Czasem także mnie zdarza się oprowadzać wycieczki po mieście. Tradycyjna trasa przebiega ul. Nizową. Pewnego razu turysta zapytał: „Co to za żelazna kompozycja?” i wskazał na ścianę domu nr 2. Tam na latarni umieszczono czarną kutą kawkę z koroną na głowie. Dokładnej odpowiedzi nie miałem – musiałem improwizować. Powiedziałem, że to skrzydlaty symbol Galicji. Potem zwróciłem się do organizatorów Święta Kowali. I oto co się okazało.

W 2018 r. dyrektorowi liceum zawodowego Nr 21 Mychajłowi Babiakowi wpadł go głowy pomysł by zrobić żelaznego ptaka z herbu miasta. Uczniowie i personel liceum poparli dyrektora i zakupili materiał. Niebawem rozpoczynało się Święto Kowali, którego tematem było „Moje ptaki”.

Podczas pleneru „Studencka pracownia” nasza młodzież połączyła się z uczniami Liceum budowy maszyn w Berdiańsku. Zaczęli zastanawiać się, jak lepiej zrobić kawkę. Najważniejsze było, gdzie ją później umieścić. Zdecydowano wykonać metalowy wspornik. Tym zajęli się uczniowie liceum Nr 21. Goście z Berdiańska wykuli ptaka z koroną na głowie (zgodnie z przedstawieniem go w herbie miasta). Wspólne dzieło sprezentowano miastu. Mer zwrócił się do wydziału architektury, by znaleziono miejsce na umieszczenie tej wspólnej pracy. Miejsce znaleziono właśnie na ul. Nizowej, bowiem ściana budynku wychodziła na skwer, z którego ptak był dobrze widoczny.

Kowale z pracowni „Arma” wykuli metalową lampę, elektrycy podłączyli ją do prądu. Uroczyste otwarcie odbyło się 9 lipca 2018 r. Poszukiwano nazwy tego oryginalnego dzieła. Wybrano romantyczny „Blask stanisławskiej nocy”.

Nazwę Stanisław nasze miasto nosiło jedynie w latach 1940-1962. Lepiej by więc pasowało „stanisławowskiej”.

Gdzie jest pałac?

Wiosną 2019 r. w bastionie przebiegała wystawa prac malarza Andrija Jefimienki, poświęconych naszemu miastu. W odróżnieniu od zwykłych pejzaży każde płótno miało swój temat – i to nie jeden. Największy rezonans wywołał obraz „Gdzie jest pałac?”. Adnotacja autora podawała, że jest to „obraz-wyrzut wobec władz miasta, które siedzą w gmachu obok i od czasów sowieckich przez dziesiątki lat nie czynią nic dla zachowania zabytku i dopuściły do haniebnego stanu pałacu.

Objaśnimy to dzieło z wieloma postaciami. W lewej bocznej arce widzimy postać w niebieskim stroju, przypominający mera Rusłana Marcinkiwa. Wprawdzie od tyłu. Stoi na granicy działki i ogląda pałac Potockich, który niedawno zwrócono na własność miastu. Świadczy o tym plakat na płocie, namalowany kolorami partii „Swoboda”.

Miasto otrzymało smutny spadek. Po lewej kilka budynków w stanie awaryjnym. Z jednego z okien spływa wodospad. Teren gęsto zarośnięty krzakami przypominającymi dżungle, gdzie zagnieździły się egzotyczne zwierzęta – żyrafy, orangutan i wąż boa, uciekający z miasta. Obok widzimy wykop z drabiną – opuszczone stanowisko archeologiczne.

Przed główną bramą jest znacznie weselej. W wirze walca z damami-widmami z XVIII w. tańczą pacjenci wojskowego szpitala, który mieścił się tu przez ostatnie sto lat. Wśród nich są niemieccy żołnierze z I wojny światowej, polscy oficerowie i sowieccy żołnierze w jednakowych szlafrokach i pantoflach.

Skandaliczny obraz Andrija Jefimienki

W głębi dziedzińca dwie oświetlone nagie postacie, mające symbolizować grupę rockową „Hammerman zabija wirusy”. Do prawej arki wstępuje kapłan z kadzielnicą i skarpetką, by poświęcić obiekt na rozkaz mera po tym skandalicznym koncercie.

Po prawej ogolony na łyso żołnierzyk wyprasza papierosa od przechodnia. Taki widok spotykano często do 2004 r., dopóki istniał tu szpital wojskowy. Tłem całości są jednakowe szare bloki, dźwigi i cerkwie, bowiem boom budowlany w mieście trwa i za chwilę pochłonie teren pałacu.

A gdzież jest sam pałac – spytacie? Po nim został jedynie duch – wspaniała budowla w górze, przypominająca Wersal i pałace z kreskówki Disneya.

Tylko od nas zależy czy zmaterializuje się ten duch dzięki fachowej restauracji, czy zniknie na zawsze pod naciskiem blokowisk.

Przyjaciel Diogenesa

Przez dłuższy czas, aż do 2019 r. na deptaku można było zobaczyć starego skrzypka, siedzącego na ławeczce przed Urzędem skarbowym. Widać, że życie dało mu dobrze w kość. Wyglądał źle, a grał – jeszcze gorzej. Nieraz słyszałem od przechodniów wyrazy niezadowolenia: „Po co męczy te skrzypce? Lepiej siedziałby w domu i nie hańbił się!”.

Uliczny skrzypek na deptaku. Zdjęcie autora

Istnieje historyczny dowcip, opisujący podobną sytuację. Kiedyś starogrecki filozof Diogenes zobaczył ulicznego muzyka. Grał tak źle, że wokół zebrał się tłum ludzi, szydzący ze staruszka. „Patrzcie go – krzyczał tłum. – Jeszcze kubek na monety obok wystawił. Chce pieniędzy za tę kakofonię!”.

I tylko Diogenes zaczął klaskać muzykowi. Gdy tłum zapytał go, czy rzeczywiście podoba mu się ta muzyka, filozof odpowiedział zgodnie z prawdą „Coście wy, naturalnie, że nie. Ale warto go pochwalić mimo wszystko. Chociaż jest złym muzykiem, to jednak występuje przed publicznością, a nie idzie kraść”.

Podobnie i nasz skrzypek. Zarabiał na życie uczciwie, a mógł przecież kraść kolorowe metale, co było o wiele bardziej dochodowym procederem.

Kamienica Prejera. Stan obecny. Zdjęcie autora

Kamienica przed pożarem

Architekturę Frankiwska można różnie klasyfikować. Najprościej – według wieku. Czyli – stare budowle i nowe. Do tych ostatnich należą sowieckie „arcydzieła” i współcześnie szybko budowane bloki. Ze swej strony stare kamienice dzielą się według różnych kryteriów. Na przykład, według okresu powstania. Nieraz usłyszeć można, że ktoś mieszka w „polskim” budynku, a ktoś w „austriackim”.

Gmachy rozróżnia się według stylów – barok, klasycyzm, historyzm, secesja, art-deco, konstruktywizm. Ale jest jeszcze jedna gradacja, charakterystyczna dla naszego miasta. Według niej wszystkie stare budowle można podzielić na przed i po pożarze.

Mowa tu o „marmoladowym pożarze”, który w 1868 r. znacznie przerzedził ulice i place Stanisławowa. Według historyków, ogień zniszczył 25% zabudowy miejskiej. Wiele ocalało, ale kolejne dwie wojny światowe i kilka boomów budowlanych zniszczyły do reszty stare domki łopatą spychacza. Dziś tych domów „przed pożarem” jest niewiele. Nie są takie piękne, dlatego nie wywołują zachwytu wśród turystów i mieszkańców miasta.

Jedna z takich „ognioodpornych” kamienic ma interesującą historię. Jej adres: ul. Szewczenki 22 i stoi na rogu z ul. Gordyńskiego. Powstała pod koniec lat 40. XIX w. dla szkolnego nauczyciela Prejera. Podczas „marmoladowego pożaru” szanowny pedagog nieraz dziękował Bogu. Chodzi o to, że po przeciwnej stronie ulicy stała chatka Hany Dwoiry Wermut, gdzie na podwórzu smażono tę słynną marmoladę. Żar ogniska trafił na dach przybudówki, a stamtąd ogień rozprzestrzenił się na połowę miasta. Dom pana Prejera pozostał nieuszkodzony, choć epicentrum pożaru było o kilka metrów obok. Po prostu wiatr dął w inną stronę i gdyby Prejer zbudował swój dom bliżej centrum, już miałby kupę zgliszcz.

Potem w tym domu mieściła się szkoła Czackiego, później liceum kulinarne, wydział Uniwersytetu. I ta instytucja doprowadziła dom do ruiny, zaś w 2019 r. podjęto decyzję o „bezcelowości utrzymania tego obiektu własności państwowej”. Awaryjny dom wystawiono na sprzedaż. Ze względu na „aktywność” miejskich służb odpowiedzialnych za ochronę spuścizny materialnej, gmach oczekuje na modernizację lub… na przysłowiową łopatę spychacza i kolejne blokowisko.

Wygląda, że niegospodarność jest gorsza od ognia.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 5 (489), 17 – 30 marca 2026

X