Legendy starego Stanisławowa. Część 116 Awers i rewers jubileuszowej monety. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Legendy starego Stanisławowa. Część 116

Wyjątkowy egzemplarz

Główne zasady zbieractwa mają wiele wspólnego z zasadami gospodarki. Im rzadsza jest rzecz, tym droższa. Weźmiemy taką dziedzinę jak filokartystyka – zbieranie pocztówek. Najtańsze są te egzemplarze, które ukazały się w dużych nakładach i spotyka się je często. Gdy pocztówka ma mały nakład, polują na nią dziesiątki kolekcjonerów, proponujących duże pieniądze. Czasami można natknąć się na prawdziwe rarytasy, istniejące w pojedynczych egzemplarzach.

W filokartystyce współczesnego Frankiwska wydarzył się zabawny wypadek. W 2012 r. historyczno-krajoznawcze towarzystwa „Moje miasto” wyemitowało serię pocztówek, poświęconą wybitym osobistościom Stanisławowa. Na awersie umieszczono portret osoby i jej podpis, a na rewersie – krótką notkę biograficzną. Pod numerem drugim serii ukazał się Denis Siczyński – pierwszy zawodowy kompozytor Galicji, autor opery „Roksolana”. Ostatnie dziesięć lat swego życia spędził w Stanisławowie, a mieszkał w hotelu „Brystol”.

Pocztówka ukazała się nakładem 500 egzemplarzy i puszczoną ją w obieg. Za kilka dni do wydawcy Wasyla Iwanoczki przyszła profesor liceum muzycznego i muzykoznawca Galina Turiańska. Fotografia była „niekanoniczna” i przedstawiała łysego jegomościa, ledwo przypominającego kompozytora. W rzeczywistości Denis nigdy nie skarżył się na brak owłosienia. Okazało się, że postać na portrecie jest ojcem kompozytora. Wołodymyr Siczyński był nauczycielem i był zarządcą majątku w wiosce Kluwińce w powiecie husiatyńskim na Tarnopolszczyźnie. Zmarł wcześnie, pozostawiając rodzinę w trudnej sytuacji materialnej.

Pomyłkę poprawiono i pocztówkę wydrukowano na nowo z właściwym zdjęciem. Poprzedni nakład prawie całkowicie został pocięty, jednak parę sztuk było już w posiadaniu filokartystów i stanowiły niezwykły rarytas.

Skąd wzięło się zdjęcie tatusia na pocztówce, nie udało się wyjaśnić – nikt z krajoznawców się nie przyznał.

Kaplica przy gmachu Policji i SBU. Zdjęcie autora

Kaplica św. Laurentego

Często zdarza się, że niektóre obiekty mają podwójne nazwy. Może to być pomnik, budynek, plac i jeszcze wiele rzeczy. Pierwszą – oficjalną nazwę – otrzymują przy otwarciu, wystawieniu czy założeniu. Później do nich dodawane jest określenie, dane przez ludzi i obie nazwy działają równolegle. Zwykli ludzie mają poczucie humoru i ich wersja czasami brzmi zabawniej niż ta bezbarwna oficjalna.

Jako przykład można przytoczyć wypadek z 2012 r. Naprzeciwko gmachu Policji i Służby Bezpieczeństwa przy ul. Sacharowa otwarto kapliczkę. Przy jej poświęceniu nadano jej za patrona św. Jerzego, patrona policji.

Jednak wśród mieszkańców nosi ona miano Laurentego. Nie tego męczennika żywcem usmażonego przez Rzymian na żelaznej kracie w III w. n.e. Chodziło o innego Laurentego – Laurentego Berię, komisarza spraw wewnętrznych ZSRR. Dlaczego tak zjadliwie? Chyba dlatego, że siedziba NKWD w obw. stanisławskim mieściła się w tym właśnie gmachu, zaś Beria był jej szefem.

Pani Mularowa. Pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Pani Mularowa

Czy nigdy nie zastanawialiście się Państwo nad nazwami kawiarni czy restauracji? Najczęściej nie ma tam nic oryginalnego, są to przeważnie  imiona właścicieli, nazwy miast za granicą, czy po prostu dźwięczne słowa. Jednak w przypadku kawiarni „Świetlica Mularowa” sprawa nie jest tak banalna.

Dyrektor zakładu Witalij Kaczkan, osoba kreatywna wspomina, jak w 2012 r. wykupił dwa mieszkania w starej kamienicy przy ul. Czornowoła 5 i zaczął adaptować je na kawiarnię. Wnętrze miało być w starym stylu, więc robotnicy zbijali tynk do cegły. Pewnego dnia młotek przebił mur na wylot. Okazało się, że za cienką ścianką była ukryta nisza! Znaleziono tam kilka artefaktów: niewielką paczkę austriackich koron, jakieś kwity i zdjęcie potężnej kobiety w starej sukni. Napis na odwrocie zdjęcia wyjaśnił, że była to pani Mularowa, właścicielka mieszkania. Stała w dumnej pozie, opierając się na otwartym notesie, który również znaleziono w skrytce.

Najcenniejszym znaleziskiem był właśnie ten notes, bo pani Mularowa zapisywała w nim swe przepisy. Proszę sobie wyobrazić – oryginalne przepisy kuchni galicyjskiej z początków XX w.! Tak nazwisko dawnej gospodyni trafiło do obecnej nazwy lokalu. Od tego czasu wiele dań przygotowywanych jest według oryginalnych przepisów pani Mularowej. Nie są to zwykłe potrawy, lecz gastronomiczne arcydzieła! Gdyby w swoim czasie opublikowała te przepisy, stałaby się konkurencją dla Darii Cwek.

Inkluz

Niektóry uważają, że magia i mistyka zdarzają się tylko w kinie i dramatycznych powieściach. Tak naprawdę wszelkich niepojętych i zagadkowych zjawisk nie brakuje w naszym codziennym życiu. Przykładem może być cudowna moneta lub inkluz. W bajkach jest to dość często spotykana scena, gdy mężczyzna znajduje czarodziejską monetę, która stale wraca do jego kieszeni, niezależnie od tego ile razy nią się rozlicza. Cud, powiecie. Ale to tylko na pierwszy rzut oka.

Pisarz Wołodymyr Jeszkilew opowiedział mi historię, która zdarzyła się w realnym życiu z jednym jego znajomym. Ten dość zamożny mężczyzna był na robotach za granicą. Po powrocie założył własny biznes. Pewnego razu odwiedził go (mieszka przy ul. Konowalca) cioteczny brat. Na odmianę od gospodarza – kompletny nieroba. Zaciągnął mnóstwo kredytów, żona go opuściła, pracy nie miał. Zazdrościł oczywiście krewnemu, ale tego nie okazywał. Posiedzieli, popili, a na pożegnanie brat podarował bratu niklową jubileuszową monetę, emitowaną w 2012 r. z okazji 350-lecia Frankiwska. Ten podziękował i wsadził ją do jednej z przegródek pularesu.

Od tej chwili posypały się na niego niepowodzenia. Wykradziono mu pieniądze z karty, na budowę przywieziono cegłę niskiej jakości, a na dodatek – rozbił drogi samochód. Pewnej nocy przyśnił mu się ojciec, który powiedział tylko jedno zdanie: „Wyrzuć natychmiast pulares!”.

Rano mężczyzna rzetelnie przeglądnął pulares w poszukiwaniu jakiejś przeklętej igły czy innych atrybutów woodoo. Wydobył monetę, przypomniał sobie brata-zawistnika i wszystko zrozumiał. Nie tak, żeby ją po prostu wyrzucić. Zadziałała tu galicyjska oszczędność – jak tu wyrzucić 5 hrywien!

Poszedł do sklepu, dołożył pieniędzy i kupił za monetę paczkę papierosów. Od razu zrobiło mu się lżej – niby kamień z serca spadł.

Minęło kilka dni i w piekarni otrzymuje jako resztę… jubileuszową monetę! Powiedział potem, że nigdy w sklepach nie wydawano mu takich monet. I tym razem nie wykonał polecenia ojca i znów na coś ją wydał.

Moneta wracała do niego przez trzy tygodnie. Znów pojawiały się nieprzyjemności i nieprzewidziane trudności, aż w końcu wyrzucił ją do miejskiego jeziora.

Co do tego, czy wierzycie starym przesądom czy nie – to osobista sprawa każdego. Ale proszę się zgodzić, że żyć w otoczeniu legend jest o wiele ciekawiej.

Nie ten mundur

21 października na skwerze przy ulicy o tej samej nazwie otwarto pomnik Jewhena Konowalca. Odegrał znaczną rolę w historii Ukrainy. Był założycielem Ukraińskiej Organizacji Wojskowej i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Wartość projektu wraz z urządzeniem skweru wyniosła 350 tys. hrywien.

Autorem pomnika jest rzeźbiarz Igor Semak. Przedstawił Konowalca w mundurze, na co wskazują oficerskie regalia. Uniformiści nazywaj ten wzór zębatką. I tu zaczyna się historyczny kazus – tego rodzaju dekoracja munduru była przyjęta w Ukraińskiej Armii Galicyjskiej Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, w której jednostkach Jewhen Konowalec nigdy nie walczył.

Z wybuchem I wojny światowej został zmobilizowany do 19 pułku Landwery. Trafił do niewoli rosyjskiej, potem stał na czele różnych formacji Strzelców Siczowych w armii Ukraińskiej Republiki Ludowej. Na wielu zdjęciach przedstawiany jest z odznaka pułkową na kołnierzu – trzema jednakowymi smugami. Takie właśnie powinny być odlane na pomniku.

Pomnik posiada więc taki błąd, któremu ani fotoshop, ani pilnik już nie dadzą rady. Dobrze, że przynajmniej jest taki.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 20 (480), 31 października – 13 listopada 2025

X