Chorąży Wasyl i jego gadatliwa żona
W 1967 r. lotnictwo izraelskie uderzyło w lotniska Egiptu, Syrii i Jordanii. Samoloty arabskie, stojące pod otwartym niebem stały się łatwym celem izraelskich lotników. Wynikiem tego było szybka izraelska dominacja lotnictwa w powietrzu i rozgromienie arabskiej koalicji w ciągu sześciu dni. Stąd ten fragment walk na Bliskim Wschodzie określany jest jako „wojna sześciodniowa”.
Związek Radziecki zrobił prawidłowe wnioski i rozpoczął budowę umocnionych betonowych hangarów na lotniskach wojskowych. Na lotnisku we Frankiwsku powstało wiele takich konstrukcji. Od góry hangary zasypywano ziemią i wysadzano trawę tak, że z powietrza są słabo zauważalne. Te betonowe hangary są zamykane potężnymi mechanicznymi wrotami na szynach.

W drugiej połowie lat 90. armia ukraińska przeżywała głęboki kryzys. Wojskowym regularnie zalegano z wypłatami i ci radzili sobie jak mogli. To wtedy zaczęły znikać na lotnisku silniki elektryczne. Dowództwo przeprowadziło śledztwo i ustalono interesującą zależność – kradzieże miały miejsce, gdy przy ochronie hangarów z samolotami dyżurował pewien chorąży. Nazwijmy go Wasylem
Mieszkał podmiejskim prywatnym domu. Nie było stuprocentowej pewności, że to on kradnie silniki. Postanowiono sprawdzić to w dość oryginalny sposób.
Doczekano się, gdy przejmie swą zmianę na lotnisku. Zadzwoniono do mieszkania –oczywiście, na telefon stacjonarny, bo komórek jeszcze nie było. Słuchawkę podniosła żona chorążego. Rozmówca powiedział, że chce rozmawiać z Wasylem, który sprzedaje silniki. W odpowiedzi żona powiedziała, że „już pół domu zarzucił przeklętymi silnikami, i że ona mieszka jak w magazynie! Wprawdzie mąż teraz jest na służbie, ale przychodźcie w porze obiadu”.
Gdy Wasyl wrócił do domu, czekała na niego nieprzyjemna niespodzianka.

Operacja „Śmietnik”
Było to w burzliwych latach 1990. a konkretnie w 1996. Pewnej nocy z garnizonu lotniczego przy ul. Czornowoła ukradziono wszystkie kosze na śmieci – z ciężką podstawą i przechylającą się czaszą. Stały one po dwie przy każdym wejściu do budynków garnizonu. Ogółem skradziono 16 śmietników.
Dyżurujący chorąży nic nie zauważył. Wywołano go do sztabu i kategorycznie oznajmiono: „Tyś, kochaniutki, te kosze prze…bałeś, więc je teraz odszukaj. Weź, skąd chcesz, ale żeby przynajmniej przed sztabem dywizji dwa kosze jutro stały!”.
W wojsku rozkaz, to rozkaz. Biedny chorąży drapał się po głowie, skąd wziąć dwa śmietniki. Zdecydował szybko. Przed jednostką był park im. Szewczenki, a tam tych koszy – do cholery. Jedyne co utrudniało całą akcję, to punkt milicji w gmachu administracji parku.
Do operacji przygotowano się starannie. Wyznaczono kilku silnych żołnierzy i grupę przykrycia, mającą śledzić poczynania milicji. Chorąży osobiście stanął na czele akcji…
Rankiem dwa kosze stały przy wejściu do sztabu dywizji.
Niestety, chorąży źle skończył. Podobało mu się ściągać metalowe elementy na złom i po kilku latach został zatrzymany przez milicję na cmentarzu przy piłowaniu metalowego ogrodzenia.
„Pyżyki”
Mieszkańcy miasta przyzwyczaili się do tej nazwy, ale gości może ona zbić z tropu. Mowa tu o swoistym transporcie miejskim – taksówkach, jeżdżących na określonych trasach.
W 1997 r. na ulicach pojawiły się mikrobusy „Peugeot Karsan J9” produkcji tureckiej – stąd zdrobniale „pyżyki”. Początkowo były one w dwóch kolorach: białe – należały do wydziału transportu trolejbusowego, a niebieskie – do prywatnych przewoźników. Nowe busiki szybko wyparły z rynku rozsypujące się rosyjskie „Gazele” i stały się głównym środkiem transportu miejskiego. Podobne mikrobusy jeździły po Lwowie, Tarnopolu i Chmielnickim.

Ten transport trudno było nazwać komfortowym. Wysokość do dachu wynosiła 178 cm i wielu pasażerów stało w zgiętej pozycji. Zdarzały się też wypadki przyciśnięcia palców drzwiami, czy wypadania pasażerów z busa. W godzinach szczytu w busiku mieściło się do 50 osób, chociaż przewidziany był przewóz 20 pasażerów.
Podczas „Ukraińskiego Forum Transportowego” oceniono ten transport negatywnie. Stwierdzono, że „na drogach Europy takich maszyn nie uświadczysz. Są tureckiej konstrukcji i produkcji i niektóre elementy konstrukcyjne, jak ręczny hamulec na przednie wiodące koła, elektryczny kabel startera, używany niewłaściwie powodowały krótkie spięcia, a nawet pożar busa, co było nie do przyjęcia.
Zawieszenie przy obciążeniach w godzinach szczytu i przez jakość dróg w mieście często się sypało. Zawieszenie tylne na wahaczach było za słabe. Wahacze były mocowane do elementów ramy z cienkiego metalu i po 10 tys. km (a czasami i szybciej) eksploatacji po prostu się urywały.
Nie bacząc na to wszystko pasażerowie bardzo lubili te busiki. W 2007 r. zastąpiły je większe autobusy „Etalon” i „Bogdan”. Ale i te mieszkańcy Frankiwska określali w rozmowach jako „pyżyki”.

Francuz na kuli
Na skrzyżowaniu ulic Sacharowa i Konowalca stoi pomnik poległych milicjantów. Przedstawia on św. Archanioła Michała. W 1998 r., gdy tylko pomnik odsłonięto, jeden z dziennikarzy (i pisarzy) określił go jako „Francuz na kuli”. Była to swego rodzaju aluzja do szefa frankiwskiej policji gen. Anatolija Francuza. Ale jak okazało się później – generał miał dość osobliwe poczucie humoru.
Wybuchł straszny skandal. Ten niewinny żart oburzył gen. Francuza na tyle, że miał zamiar podać dziennikarza do sądu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Dziś policją Frankiwska kieruje już inny generał, dziennikarz nadal pisze interesujące artykuły (i książki), a pomnik stoi jak stał.
Według mnie jest to najbardziej sympatyczny pomnik w mieście – naturalnie po Mickiewiczu.

Beton i malwy
Pod koniec ubiegłego stulecia sklep „Świat Dziecka” (ob. „Malwa”) został sprzedany w prywatne ręce. Budowla była już w takim stanie, że wymagałaa natychmiastowego remontu – w tym umocnienia fundamentów. W budownictwie praktykuje się wiercenie w ziemi otworów wzdłuż obwodu budynku i wlewanie do nich betonu. Tak wzmacnia się fundamenty.
W 1999 r. prace wystartowały. Postanowiono zacząć je od strony ul. Setnika Martyńca. Wywiercono pierwsze otwory, podjechała betoniarka i zaczęła zalewać beton. Pierwszy otwór wypełniono szybko. Ale od drugiego zaczęły się kłopoty – wlano tam jedną betoniarkę, potem drugą, ale otwór się nie zapełniał. Wydawało się, że jest to jakaś mityczna głębia, aż kierowca auta zaczął się żegnać.
Jak się potem okazało, wokół Pasaża Gartengergów przed I wojną światową stały dwupiętrowe kamienice, zniszczone przez działania wojenne, ale piwnice po nich zostały. Na takie piwnice natrafili budowlańcy
Zapadnięta ziemia w tych okolicach – to nic innego, jak pozostałości po tych piwnicach.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 6 (466), 28 marca – 14 kwietnia 2024
