Wojna o telewizor
W pierwszych miesiącach niezależności Ukrainy władze w obwodzie były w rękach szefa władz Mykoły Jakowyny. Jego zastępcą był niejaki Wasyl Pawłyk. Aby wybudować pion władzy w marcu 1992 r. Kijów wprowadził w obwodach posadę Przedstawiciele Prezydenta – odpowiednika obecnych szefów Rad obwodowych. W naszym obwodzie został nim właśnie Pawłyk.
Od pierwszej chwili pomiędzy władzą ustawodawczą i wykonawczą zawiązał się trwały konflikt, który z czasem nabrał form tragikomicznych. Gazeta „Zachodni Kurier” jaskrawo opisała emocje wirujące w gabinetach władzy.

„Podstawa demokracji na Przykarpaciu – „Biały Dom” na Hruszewskiego 12 – został zszokowany. Jego licznymi korytarzami szerzyła się wieść, że z sekretariatu przewodniczącego Rady obwodowej p. Mykoły Jakowyny w noc z 11 na 12 czerwca zniknął kolory telewizor, ojczyźnianej marki „Elektron –C380D” – duma całej Rady. Litera „D” w nazwie oznaczała to, że była możliwość oglądania programów na decymetrowym zakresie fal.

Zguba szybko się odnalazła. Nieznani osobnicy przechwycili własność Rady obwodowej i przenieśli ją do przeciwległego skrzydła budynku, do sekretariatu Przedstawiciela Prezydenta w obwodzie p. Wasyla Pawłyka. Wczoraj z rana z jaśniejącymi twarzami urzędnicy aparatu Władzy obwodowej przy okrzykach „Hura” przywrócili skonfiskowaną własność na jej pierwotne miejsce”.
Bitwę o telewizor p. Jakowyna wygrał, ale wojnę o władzę w obwodzie przegrał. Niebawem został pozbawiony swych pełnomocnictw i przeniesiony do Kijowa na posadę zwykłego wiceministra kultury.
Pieniądze nie cuchną
Cesarz rzymski Wespazian zapadł w pamięci potomków nietradycyjnymi posunięciami finansowymi. Imperium stale potrzebowało pieniędzy i aby uzupełniać budżet Wespazian nałożył podatki na… toalety publiczne. Gdy wiadomość o tym podatku obiegła Rzym, do cesarza przyszedł jego syn, Tytus, którego cechowała uczciwość. Spadkobierca zaczął robić ojcu wymówki, że nie jest to najlepszy sposób pozyskiwania pieniędzy. W odpowiedzi mądry monarcha podsunął mu srebrną monetę i rzekł: „Pieniądze nie cuchną!”.
Tą wytyczoną przez cesarza drogą w 1992 r. poszedł pewien mieszkaniec Frankiwska, którego gazeta „Zachodni Kurier” określiła, panem T. Ten obywatel zorganizował biznes na… moczu. Pracował w miejskiej przychodni przy ul. Franki i miał dostęp do analiz. Ilość soli i cukru w zawartości analizy mało go interesowała – pan T. odnosił słoiczki po analizach do punktu zbioru surowców wtórnych. Dziennikarze policzyli, że miesięczny zarobek od tego procederu dochodził do tysiąca rubli. Tymczasem pracownicy fabryki obuwia w Kołomyi zarabiali wówczas po 867 rubli.

Trumna przed Białym Domem
We Lwowie jest popularna legenda o czarnej trumnie. Dawniej w ratuszu zasiadali ławnicy, rozsądzający sprawy kryminalne i mający pełnomocnictwo do ogłaszania wyroków śmierci. Pewnego razu skazali na śmierć kogoś, oskarżonego o morderstwo. Mężczyźnie ucięto głowę – ale z czasem okazało się, że był on niewinny. Po tym wyroku w ratuszu pokazała się zjawa – czarna trumna, ze strasznym wyciem i jękiem latająca nocami po salach i korytarzach ratusza. Aby taka pomyłka nie powtórzyła się w przyszłości, sędziowie umieścili na okładce księgi kroniki ławników wielki napis– „Pamiętaj o czarnej trumnie!”. Franiowsk też posiada swoją „czarną trumnę”, ale nie latała ona po magistracie, lecz stała przed „białym domem”.
Na początku lat 1990. w przykarpackich wioskach toczyła się zaciekła walka pomiędzy cerkwią greckokatolicką i prawosławnymi autokefalistami. Pisarz Taras Prohasko wspomina: „Wówczas toczyła się kilkuletnia wojna ojczyźniana. Przy tym, prawosławni byli przeważnie dziećmi i wnukami dawnych grekokatolików. W wielu wypadkach przyczyną tego chaosu była walka o majątki. Czyli – część cerkwi zwracano grekokatolikom, a części nie zwracano, część przejmowano siłą, zaś bronili je prawosławni…”
Jedno z takich wydarzeń miało miejsce w 1992 r. Mieszkańcy wioski Czarne Osławy nie mogli podzielić cerkwi i cmentarza – część mieszkańców nie pozwalała innej konfesji chować swoich zmarłych na wiejskim cmentarzu. Doszło do tego, że rodzina zmarłej 96-letniej p. Kozłowskiej przywiozła trumnę z ciałem do Frankiwska i postawiła przed gmachem administracji obwodowej – wspomnianym białym domem”. Obwodowi urzędnicy przez dłuższy czas nie mogli zagasić konfliktu i trumna stała tak przez 9 dni. Wreszcie społeczność wioski jakoś doszła do porozumienia i p. Kozłowska została pochowana w rodzinnej wiosce w obrządku chrześcijańskim.

Kolejowa retrospekcja
Możliwie, że ktoś z mieszkańców naszego miasta pamięta, jak na początku lat 1990. na naszym dworcu pojawiły się stare parowozy. Po torach przeciągały wagony towarowe i strasznie dymiły. Najgorzej było znaleźć się na kładce nad torami w chwili przejazdu takiego monstrum. Nie dość, że nie było czym oddychać, to jeszcze odzież pokrywała się cząsteczkami kopciu. Zniknęły te parowozy tak samo nagle, jak się pojawiły.
Po wielu latach udało mi się odnaleźć osobę, która dokładnie opowiedziała mi, co wówczas działo się na kolei. Maszynista Wołodymyr Jackiw wspomina, jak latem 1993 r. władze kolejowe postanowiły przeprowadzić eksperyment z oszczędzaniem paliwa. W tym celu rozkonserwowano dwa parowozy marki ER, stojące w Śniatyniu. Paliwem do nich było drewno i węgiel, co w warunkach kryzysu było o wiele tańsze niż diesel do wykorzystywanych na stacji lokomotyw spalinowych. Jednak parowozy były za słabe, często psuły się, ale maszyniści, aby wykonać plan, uciekli się do sposobu: w dzień, gdy kierownictwo było na dworcu, wykorzystywano stare parowozy, a popołudniami – gdy ich już nie było – puszczano bardziej nowoczesne diesle. Eksperymentalne ER-ki przepadły w tych warunkach i znów je zakonserwowano.
Po latach – za rządów ministra Grigorija Kirpy – większość starych parowozów pocięto na złom.

Celewicz czeka na rocznicę
Pewnego razu zadzwonił do mnie krajoznawca Bogdan Hawryliw i spytał, czy czasem nie posiadam zdjęcia tablicy pamiątkowej Juliana Celewicza z ulicy jego imienia. Pan Celewicz był naszym rodakiem. Urodził się w miejscowości Pawełecze, został historykiem, jako pierwszy gruntownie opracował historię Skitu Maniawskiego i rzetelnie badał historie karpackich opryszków.
W 1993 r., z okazji 150 rocznicy urodzin historyka, przemianowano na jego cześć ul. Bojczuka, w dzielnicy Pasieczna. 26 marca tego roku odsłonięto tam tablicę pamiątkową. Obok podobizny historyka był tam napis: „Ulicę nazwano na cześć wybitnego ukraińskiego historyka, etnografa, pedagoga, urodzonego w miejscowości Pawełecze, JULIANA CELEWICZA (1843-1892)”.

Niestety, tablica nie przetrwała długo. Wykonano ją z aluminium pomalowanego pod brąz i dlatego szybko „dostała nogi”. Odbyło się to tak szybko, że nawet nie zdążono jej dobrze sfotografować. Gdy Bogdan Hawryliw przygotowywał materiały o Celewiczu, nie mógł znaleźć żadnego jej zdjęcia.
Tablicę opracował artysta Mykoła Tymkiw. Niedawno poznałem jego syna Igora, również rzeźbiarza, od którego dowiedziałem się, że w pracowni zachowała się makieta nieszczęsnej tablicy i że absolutnie nie jest trudno z tej makiety wykonać nową tablicę. Bez użycia metali kolorowych, jedynie zwykły beton, będzie kosztować około pięciuset dol. USA. Może ktoś z mieszkańców ul. Celewicza zapragnie odtworzyć zaginioną tablicę na swej ulicy? A można też poczekać do roku 2043, gdy obchodzić będziemy 200 rocznicę jego urodzin i władze koniecznie sobie o nim przypomną.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 24 (460), 31 grudnia – 16 stycznia 2025
