Kto zagra asami?

Kto zagra asami? (Fot. wikimedia.org)

W miarę jak rozwija się konflikt na wschodzie Ukrainy, stawiamy sobie coraz więcej pytań o to, jakie problemy obnażyła ta sytuacja. Oczy świata zwrócone są dziś na Rosję i politykę, jaką kraj ten rozgrywa, co jest zrozumiałe zwłaszcza, że rośnie lęk przed wojną. Nie tylko tą, która już się toczy, która wiele rodzin zmusiła do zejścia do piwnic w obawie przed zabłąkanymi pociskami czy opuszczenia swoich miast, lecz także tą, do której być może szykuje się dziś Putin. Nie możemy bowiem nie dostrzegać serii zabiegów podejmowanych przez Kreml w ostatnich miesiącach, wyraźnie ukierunkowanych na budowę jeśli nie rzeczywistej, to propagandowej potęgi militarnej w oczach własnego społeczeństwa.

Jak się wydaje Putinowi mniej dziś zależy na przekonaniu do siły rosyjskiej armii Zachodu – Unia Europejska ma wierzyć, że nie poradzi sobie bez rosyjskiego gazu i ogromnego rynku zbytu, a USA mają nie nakładać na Rosję trzeciego pakietu sankcji. Jeśli te cele uda się osiągnąć, Putin powinien spać całkiem spokojnie. Bruksela, Wiedeń, Berlin czy Paryż przecież w żadne sankcje nie będą się bawić; Europa robi interesy z Moskwą. 24 czerwca, podczas wizyty Władimira Putina w Austrii, podpisano w Wiedniu dwustronne porozumienie o powołaniu do życia spółki South Stream Austria GmbH, której celem będzie budowa nitki gazociągu, dzięki któremu Austriacy nie będą się martwić o dostawy tego surowca. Rosjanie z kolei, jak stwierdził prezes OAO Gazprom Aleksiej Miller, dzięki South Stream zyskają gwarancje stabilności i elastyczności dostaw rosyjskiego gazu na rynki europejskie.

Stany Zjednoczone jednak są zainteresowane nie rosyjskim gazem, a utrzymaniem pewnej równowagi w poszczególnych strefach wpływów, dlatego Putin targując się o Irak, Syrię czy Donbas usiłuje wmówić dziś Barackowi Obamie, że możliwe jest zawarcie niepisanego porozumienia, jakie podzieli świat tak, jak za czasów zimnej wojny. Można przypuszczać, że taki targ Władimir Władimirowicz uważa za coś oczywistego także dla USA, którym nie powinno zależeć na destabilizacji Rosji. Gdyby zaczęły w niej zachodzić procesy zbliżone do wydarzeń z ukraińskiego Majdanu, nieprzewidywalność społeczeństwa i trudna dziś do określenia reakcja władz na jego posunięcia mogłyby na długo zagrozić pokojowi na świecie w stopniu większym niż wydarzenia na Krymie czy w Donbasie. Można oczywiście zakładać, że Kreml uciekłby się do rozwiązań siłowych aby uspokoić naród, ale nikt nie da stuprocentowej gwarancji, że nie znalazłoby się na nim kilku osób cieszących się z upadku aktualnie sprawującego rządy prezydenta, a wizja wojny domowej w kraju tak ogromnym, a jednocześnie tak chaotycznym, na pewno nie skłania analityków do optymizmu.

Jednocześnie NATO informuje, iż chce szkolić ukraińską armię tak, aby mogła ona uporać się z donbaskimi separatystami, ale i zniechęcić do dalszych kroków w tym regionie Rosję. Jeśli jednak wziąć pod uwagę fakt, że rosyjskie media od wielu tygodni koncentrują swoje wysiłki na swoistym przygotowaniu społeczeństwa do wojny, kreują dwubiegunowy obraz świata, w którym dobry jest Władimir Władimirowicz Zdobywca Krymu, a źli są wspierani przez Zachód ukraińscy faszyści, to można zastanowić się, czy przypadkiem ktoś na Zachodzie nie usiłuje szykować się do wojny, wojny z Rosją prowadzonej rękoma Ukraińców.

Należy się bowiem spodziewać, że Rosjanie wschodniej Ukrainy dobrowolnie nie opuszczą. Pozostaną jako zielone ludziki i grupy ochotników, jak każdy zwyczajny bojówkarz wyposażonych w czołgi wyprowadzone z przydomowych garaży i wydobytą z piwnicy broń, tę po dziadku, zdolną zestrzelić samoloty. Wycofanie się byłoby propagandową porażką, a na to Putin nie może sobie pozwolić. Zbyt wiele zainwestował w przekonanie własnego narodu, że Ukraińcy chcą zjednoczenia z Rosją, a ci, którzy tego nie pragną, to banderowski margines.

Być może, gdyby po aneksji Krymu nie wyrywano się z destabilizacją wschodniej Ukrainy, dziś byłoby łatwiej wyjść z twarzą z tego regionu, a i z problemu. Teraz, kiedy społeczeństwo jest przekonane, że rozlew krwi na Ukrainie to wojna domowa, pozostawienie sytuacji samej sobie zachwiałoby wizerunkiem prezydenta dbającego o zaprowadzenie pokoju (w rosyjskiej mutacji tego pojęcia). To nie Petro Poroszenko ma ustabilizować sytuację w Donbasie. To Putin, dobry władca, ma pokazać, że wszystko co czynią Ukraińcy jest z gruntu złe, złe było obalenie Wiktora Janukowycza, zły był Majdan i złe są bliskie relacje z Zachodem. Jedynie zdolnym to roztoczenia opieki nad uciśnionymi obywatelami musi być rosyjski prezydent.

Podczas obrad na zamkniętym posiedzeniu Dumy 18 czerwca 2014 roku rosyjski minister obrony, generał Siergiej Szojgu oznajmił, iż „rosyjskie wojska są gotowe na każdą ewentualność na Ukrainie” i gotowe do działania. Kilka dni później prezydent Federacji Rosyjskiej poprosił Radę Federacji, aby cofnęła uchwałę z 1 marca 2014 roku zezwalającą na wysłanie rosyjskiej armii na terytorium obcego państwa. Jest oczywiste, że wojskowi i tak będą tam wysyłani w przebraniach ochotników, ale wolta ta ma gwarantować, że odtąd jeszcze trudniej będzie mówić o rosyjskiej ingerencji militarnej na Ukrainie. A że nie pójdą za potencjalnym wycofaniem się z uchwały ani zmiany w rozmieszczeniu wojsk, ani uszczelnieniem granicy – tego przecież Rosjanie robić nie muszą.

Powinni za to martwić się, czy aby przypadkiem Ukraińcy nie wpadną na szalony pomysł i nie zrezygnują z deficytowego regionu, którego dobroczynny wpływ na gospodarkę kraju jest nieco zmitologizowany. Co prawda można zakładać, że inwestujący w Ukrainę Zachód nie chciałby zmarnować już wyasygnowanych środków finansowych i utopić ich w obszarze, który znajdzie się poza granicami kraju, ale w przypadku Krymu też nikt nie kiwnął palcem, prawdopodobne byłoby więc powtórzenie się tego scenariusza. Wówczas Donbas stałby się kukułczym jajem podrzuconym Rosji. Pieniądze na doinwestowanie kłopotliwych obwodów na pewno udałoby się wysupłać z prywatnych kont oligarchów, musieliby pewnie dołożyć do interesu i oligarchowie ukraińscy, którym zamarzyłoby się władanie samozwańczymi republikami, jakich mieszkańcy w co najmniej 90% zapałaliby nagle miłością do wielkiego sąsiada i potwierdziliby to w referendum. Większym problemem jednak byłaby idąca za rezygnacją z kawałka terytorium stabilizacja sytuacji na Ukrainie – dopóki trwa tam konflikt nie jest ona wymarzonym partnerem dla UE, a to idealna sytuacja dla Moskwy.

Owszem, podpisana 27 czerwca umowa stowarzyszeniowa Ukrainy z Unią Europejską jest krokiem oczekiwanym przez naddnieprzańskie społeczeństwo, wymusi też wprowadzenie w kraju reform, ale szanse na zacieśnienie w przyszłości więzów z państwem, w którym toczy się wieloletnia wojna domowa byłyby zerowe. Dlatego z rosyjskiej perspektywy najrozsądniej byłoby utrzymać obecny stan rzeczy. Z punktu widzenia Kijowa lepszym rozwiązaniem byłoby zaprowadzenie porządku na Wschodzie siłą i niemal za każdą cenę. Co prawda odpowiedzią Moskwy byłyby dalsze zarzuty i oskarżenia o mordowanie własnego narodu, ale interwencja zbrojna oznaczałaby już otwartą wojnę, na którą świat nie mógłby pozostać obojętnym. Jak się zatem wydaje, w rękach Petro Poroszenki mogą znajdować się dziś asy. Pytanie, czy odważy się nimi grać pozostaje jednak otwartym.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 12 (208) za 3-17 lipca 2014

X