We Lwowie pod rządami Najjaśniejszego Pana cesarza i króla Franciszka Józefa I historii kryminalnych nigdy nie brakowało. We wszystkich czasopismach lwowskich kronika kryminalna lub kronika policyjna była jak najbardziej poczytna i popularna. Ale co tam drobne kradzieże, przygody ulicznych prostytutek czy pijane bójki w „słynnych” knajpach lwowskich, które na zawsze weszły do folkloru batiarskiego (na przykład „U Bombacha fajna wiara…”. Były sprawy ważniejsze, afery na miliony koron, czy też z podłożem politycznym.

Jedna z takich przygód wydarzyła się w marcu 1907 roku. Otóż 28 marca poważna gazeta „Słowo Polskie” doniosła swoim czytelnikom nowość sensacyjną – we Lwowie skradziono pomnik (popiersie) Tarasa Szewczenki, znakomitego poety ukraińskiego. W artykule na jednej z pierwszych stron czytamy: „Pomnik Tarasa Szewczenki ukradziony. Wczoraj zawiadomiło policję ruskie Towarzystwo Pedagogiczne, iż odlew biustu Tarasa Szewczenki, dłuta znanego polskiego artysty rzeźbiarza Cypriana Godebskiego, odlany w roku zeszłym w Paryżu kosztem jakiegoś „magnata z Ukrainy” i podarowany celem ustawienia na jednym z placów publicznych miasta Lwowa, zdeponowany na razie w piwnicy realności pod 1. 47 przy ulicy Sykstuskiej (obecnie P. Doroszenki), został ubiegłej nocy skradziony. Policja przekonała się, że rozbito tam dwie piwnice i biust ten ważący około 100 kg skradziono.”
Wysłany na miejsce popełnionej kradzieży komisarz policji przekonał się rzeczywiście, że nieznani sprawcy rozbili piwnicę i ciężki ten odlew zabrali. Sprawa była dość niezwykła i policja najpierw nie wiedziała kogo można byłoby podejrzewać i w jakim środowisku szukać złodziejów. Tymczasem ukraińska gazeta „Diło” opublikowała wielki artykuł, w którym nadało całej sprawie charakter wybitnie polityczny. Autor artykułu uważał, że za kradzieżą stoją przedstawiciele polskiej demokracji narodowej i studenci Polacy, związani z tą opcją polityczną. „Diło” wyjaśniło też pochodzenie tego popiersia Tarasa Szewczenki i plany organizacji ukraińskich co do jego ustawienia we Lwowie. Według czasopisma, „ruskie Towarzystwo pedagogiczne we Lwowie przechowywało biust Szewczenki w piwnicy swego lokalu przy ulicy Sykstuskiej l. 47. Ten wielki biust, wykonany przez znanego artystę rzeźbiarza Cypriana Godebskiego kosztował 25.000 koron. Pieniądze na to popiersie przekazał ukraiński patriota zza granicy Mychajło Wołodkowicz.
Popiersie znajdowało się w piwnicy ponieważ kamienny postument dla biustu nie był jeszcze sporządzony, również nie wyznaczono jeszcze miejsca gdzie będzie ustawiony pomnik najsławniejszego poety ukraińskiego. Wiadomo, że Rada Miejska Lwowa nie chce uzgodnić miejsca jego ustawienia. Istnieje plan ustawienia tego pomnika na placu przed ukraińskim teatrem, który zaplanowano zbudować w najbliższym czasie. (Teatr planowano zbudować na placu niedaleko kościoła św. Marii Magdaleny przy ulicy Leona Sapiehy, obecnie plac M. Szaszkiewicza). Na razie popiersie poety znajdowało się w piwnicy i nagle znikło w nocy z wtorku na środę.
Już od samego rana Towarzystwo Pedagogiczne złożyło podanie na policję, skąd niezwłocznie przybyła komicja policyjna i orzekła, iż kradzież uczyniono z motywów politycznych”. Redakcja „Diła” uważała, że popiersie skradli przedstawiciele polskich narodowców i dalej pisała: „Fakt politycznej kradzieży zdemaskował polskich rusinofobów, jak żadne inne barbarzyństwo zapodziane Rusinom do owego czasu”. Już w dniu następnym „Słowo Polskie” umieściło odpowiedź redakcji „Diła”, w której między innymi czytamy: „Z powodu kradzieży biustu Szewczenki dokonanej onegdaj, rzuca prasa ruska podejrzenie, oparte jakoby na dochodzeniach policyjnych, że motywy tej kradzieży były polityczne, a nawet, że wina tej kradzieży spada na społeczeństwo polskie. Należy przypuszczać, że policja wydeleguje jakiegoś bystrzejszego urzędnika do zbadania tej sprawy i wcześniej czy później wpadnie na trop złodzieja. Inteligentny urzędnik zwróci zapewne uwagę na znajomość terenu u złodzieja, która zdawałaby się wskazywać, że jest to „złodziej domowy”, a cywilizowany człowiek zdoła chyba ocenić, że Polakowi, o ile nie jest zwykłym karnym przestępcą, nie mogło chyba zależeć na zniszczeniu dzieła wykonanego ręką wielkiego polskiego artysty – Godebskiego.
Popiersie było umieszczone, jak się dowiadujemy, w domu, w którym mieści się ruskie Towarzystwo Pedagogiczne, a przechowywane było w wilgotnej piwnicy, która to ostatnia okoliczność dowodziłaby, że jego właściciele nie umieli sami dostatecznie uszanować i uchronić od zniszczenia pięknego dzieła polskiej sztuki plastycznej”.
Sprawa wyglądała dość skomplikowanie, policja nie miała podejrzanych w tej kradzieży i nie wiedziała gdzie szukać znikłe popiersie. Pomógł jednak przypadek i to w tym samym dniu. „Wiek Nowy” donosił, że „równocześnie jednak prawie doszło do wiadomości policji, że emerytowany c.k. major Michał Malinowski, zamieszkały w willi pod l. 6 przy Drodze Wuleckiej, odebrał jakiś odlew brązowy złodziejom. Dalsze dochodzenie wykazało, iż znaleziony biust jest faktycznie biustem Tarasa Szewczenki”. Michał Malinowski powiedział dziennikarzowi, że służący jego po południu zauważył, iż jacyś dwaj młodzi ludzie ponieśli ulicą Wulecką (obecnie Sacharowa) coś w worku i ukryli następnie w sitowiu na stawach Sobka. Wtedy Malinowski posłał tegoż służącego by zobaczył co ukryto w stawie. Rzeczywiście niebawem z trudem (popiersie było ponad 1 metr wysokości), przy pomocy kilku ludzi, dostawił mu poszukiwany przez policję biust Tarasa Szewczenki. „Diło” zauważyło, że „ludzie, którzy chcieli utopić biust byli młodzi i porządnie ubrani, czyli prawdopodobnie byli akademikami (studentami)”. Popiersie zostało przekazane do policji, zaś policja zwróciła go Towarzystwu Pedagogicznemu. Na tym owo zajście zostało wyczerpane, a z nim i dalsza polemika w czasopismach lwowskich.
Współczesny historyk sztuki Igor Siomoczkin dokładnie opisał dalsze losy tego pomnika. Otóż Mychajło Wołodkowicz, bogaty przedsiębiorca i mecenat, przyjechał do Lwowa w 1904 roku ze wschodniej Ukrainy i postanowił podarować ukraińskim mieszkańcom Lwowa pomnik wybitnego poety ukraińskiego. M. Wolodkowicz osobiście złożył Cyprianowi Godebskiemu zamówienie na wykonanie pomnika, zaś Józefowi Pokutyńskiemu na kamienny postument dla niego. Mecenat też wybrał miejsce ustawienia pomnika, mianowicie plac Halicki, jeden z centralnych, reprezentacyjnych placów miasta. Jednak Rada Miejska nie wyraziła zgody na ustawienie pomnika w tym miejscu.
Po przykrym wydarzeniu w marcu 1907 roku Mychajło Wołodkowicz przekazał popiersie Tarasa Szewczenki do dyspozycji Ukraińskiemu Muzeum Narodowego przy ulicy Mochnackiego 42 (obecnie ulica Dragomanowa), które powstało staraniem metropolity Andrzeja Szeptyckiego. Bliskim do realizacji wydawał się plan ustawienia pomnika na placu przed nowym teatrem ukraińskim przy ulicy Leona Sapiehy. Firma prof. Iwana Lewinskiego opracowała projekt gmachu teatralnego, zaś Sejm Galicyjski asygnował pieniądze na jego budownictwo, lecz do realizacji planów nie doszło z powodu wybuchu I wojny światowej. Dla szerokiej publiczności popiersie zostało wystawione jeden jedyny raz w czerwcu 1914 roku przed budynkiem tegoż Ukraińskiego Muzeum Narodowego, z powodu 100-leciu urodzin wielkiego poety ukraińskiego. Od tego czasu aż do dnia dzisiejszego popiersie Tarasa Szewszenki dłuta C. Godebskiego znajduje się w zbiorach tegoż muzeum. Co do skandalu z kradzieżą popiersia w marcu 1907 roku, to policja była bardzo zadowolona, że popiersie zostało odnalezione szybko i bez jej udziału. Nikt też nie szukał sprawców tej kradzieży, zaś polemika w prasie z czasem też ucichła.
Tymczasem publiczność lwowska była zachwycona kolejnymi sensacjami, których nie zabrakło. W tymże 1907 roku absolutnie niezwykłe wydarzenie miało miejsce w lwowskim więzieniu kryminalnym przy ulicy Batorego (obecnie ulica Kniazia Romana). O tym wydarzeniu, w które nawet trudno uwierzyć, pisała cała prasa lwowska, a nawet krakowska. Na przykład, krakowskie „Nowości ilustrowane” podały reportaż pod tytułem „Wesoły kryminał”. W artykule m.in. czytamy: „Różne już psoty robili więźniowie ku utrapieniu swych dozorców, ale pono jeszcze nigdzie nie zobaczyło się nic podobnego, jak we lwowskim „kryminale” obok sądu przy ulicy Batorego. Było to pod koniec zapustów, więc musiało się aresztantom przypomnieć, iż zazwyczaj w noc karnawałową spędzali po kilka godzin o wiele przyjemniej na tańcach ze swojemi bogdankami. Zapewne taka tęsknota ogarnęła więźniów, którzy siedzieli wspólnie w pewnej kaźni na drugim piętrze w liczbie sześciu. A ponieważ cała uwaga dozorców skierowana była na inne skrzydło gmachu, gdzie siedzą ruscy studenci, uczestnicy napadu na Uniwersytet, aresztanci z tej celi postanowili się zabawić. W podłodze wyważyli deskę, poczem wyjęli cegły i pracowali wśród nocnej ciszy, dopóki nie utworzył się otwór w powale znajdującej się poniżej kaźni, która należała do oddziału kobiecego. Wtedy jeden po drugim wszyscy dostali się na dół, gdzie spało 7 aresztantek”. Jak to było dalej dokładnie opisał lwowski „Wiek Nowy”, który miał najlepsze rozpoznanie we wszystkich lwowskich sprawach kryminalnych, mając informatorów zarówno w sferach policyjnych, jak złodziejskich. Otóż „Wiek Nowy” jako jeden z pierwszych opublikował reportaż o tym niezwykłym wydarzeniu pod tytułem „Karnawał w kryminale lwowskim”. W relacji z więzienia czytamy: „Więźniowie celi nr 59 w gmachu sądu krajowego przy ulicy Batorego, postanowili sobie sprawić tak zwane „ostatki”. W tym celu wybili dziurę wyrwawszy deskę w podłodze i w ten sposób dostali się do celi nr 38, gdzie znajdowało się 7 kobiet. I tu bez żadnych przedwstępnych oświadczeń, bez intryg miłosnych i zaklęć, przystąpiono od razu „ad rem”. Więźniowie zabawiali się aż do godziny 5 rano i wtedy dopiero wrócili do swej celi. Jeden z nich nazwiskiem Dolnicki tak osłabł z tej zabawy, że dozorcy znaleźli go rano prawie nieprzytomnego w celi nr 38 u kobiet”.
Władze śledcze oburzone wybrykami więźniów i brakiem czujności dozorców rozpoczęły dochodzenie, zaś sprawę poprowadził radca Promiński. Śledztwo wykazało jakie orgie działy się w więzieniu, również „wyszło na jaw, iż nie koniecznie w zapusty i bez wyłomów w murze, sami dozorcy więzienni mieli zwyczaj nadużywać swej władzy względem aresztantek”. Na zakończenie tej sensacyjnej historii „Wiek Nowy” wyraził nadzieje, że „samowola dozorców więziennych w tej mierze zostanie ukrócona, a wypadki podobne powyższemu, nie powtórzą się w przyszłości”. Czy był ktoś ukarany, o tym nic nie wiadomo.
Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 15-16 (475-476), 29 sierpnia – 15 września 2025
