Krym: ostatnie dni przed referendum

Krym: ostatnie dni przed referendum Plakat propagandowy. fot. Wojciech Janowski/Kurier Galicyjski

Rewolucja dobiegała końca. W Kijowie tematem numer jeden stała się rywalizacja grup pomajdanowych, a wieści dobiegające z Krymu stawały się coraz bardziej niepokojące. W poniedziałek, 3 marca postanowiłem pojechać do Autonomicznej Republiki Krym.

Wpadłem na dworzec 15 minut przed odjazdem do końca nie wiedząc, czy to był dobry pomysł. Oddalając się od Kjiowa, spostrzegłem za oknami pociągu śnieg. Pomyślałem, że to ponury symbol. Chociaż jechałem na południe, to tak naprawdę była to „podróż na wschód”. Rozmowy w przedziale dotyczyły oczywiście polityki. Dwie kobiety rozmawiały i w końcu zadały pytanie: „Panu nie przeszkadza, że tak sobie gadamy?”. Zaraz padło sakramentalne: „A pan z jakiego regionu?”. Będąc z Polski nie stanowiłem zagrożenia. Kobiety z Dniepropietrowska i z Zaporoża były „promajdanowe”. Trzeci współpasażer był z Sewastopola. Taki układ sił zapewnił tematy do polemik prawie przez cały czas podróży. Po wagonie krążyły różne osoby, zagadując nas i zadając masę pytań. Dżentelmen w czarnym garniturze był nadzwyczaj dobrze zorientowany w sytuacji. Służył w byłej Jugosławii i mówił po serbsku. Opowiadał przy tym nieprawdopodobne historie, na przykład o tym, że Prawy Sektor rozstrzelał rosyjskojęzycznych berkutowców.

Wiadomość z przedziału obok huknęła niczym grom. Ktoś wyszedł z telefonem w ręku, najprawdopodobniej tuż po rozmowie, i powiedział „Rosja wypowiedziała Ukrainie wojnę!”. Przez dłuższy czas byłem przerażony: dokąd jadę, tam jest wojna. Rozdzwoniły się telefony. Dziennikarze, którzy wrócili z Sewastopola, odradzali dalszą podróż. Poinformowali mnie, że polski konsulat w Sewastopolu został ewakuowany. Przed Dniepropietrowskiem zastanawiałem się, czy nie wysiąść. Uspokoił mnie telefon do kolegi z TV Republika, który był w Symferopolu: Tu się nic nie dzieje. Przyjeżdżaj.

Tatarka na demonstracji (Fot. Wojciech Jankowski)
fot. Wojciech Janowski/Kurier Galicyjski

Pierwszym miejscem, które odwiedziłem z kolegami z TV Republika, była Teodozja. Jednostka ukraińska była otoczone przez „zielone ludziki”, które wzięły się „znikąd”. Wówczas jeszcze rosyjscy żołnierze pozwalali się fotografować i byli mili. Agresywni byli natomiast członkowie krymskiej Samoobrony. Prośby o przejście do jednostki, by porozmawiać z żołnierzami ukraińskimi, spotykały się z odmową. To stanie się regułą, z tą różnicą, że odmowa będzie podawana w coraz mniej przystępny sposób. Jednostka Belebek niedaleko Sewastopola była jedyną, do której zostaliśmy wpuszczeni. Rosjanie zajęli pas startowy i sama jednostka nie była im potrzebna. Pułkownik Mamczur stał się bohaterem mediów ukraińskich za marsz bez broni, ze sztandarami w stronę uzbrojonych w karabiny kałasznikowa „zielonych ludzików”. Film z internetu zrobił na wszystkich kolosalne wrażenie, ale jak mi powiedziała jedna z żon żołnierskich, wszystkim, i Ukraińcom i Rosjanom, trzęsły się kolana. To musiał być nieprawdopodobny stres. Rozmowa z żonami uzmysłowiła nam, w jakim napięciu żyją ci ludzie. Wierni przysiędze, nielubiani przez sąsiadów. Pytałem zwykłych żołnierzy skąd pochodzą: Winnica, Odessa, Charków ale byli też miejscowi, z Krymu. Zostaliśmy w jednostce Belebek na noc. Mam wrażenie, że trochę w roli tarczy. Na Ukrainie role społeczne bywają niekiedy wymieszane: dziennikarze bywają nie tylko dziennikarzami, ale także aktywistami, bojownikami a w tym wypadku tarczą ochronną bazy Belbek.

Żołnierze w bazie Belbek (Fot. Wojciech Jankowski)
fot. Wojciech Janowski/Kurier Galicyjski

W Eupatorii, w miejscu gdzie blokowano kolejną jednostkę, nie zostaliśmy tradycyjnie wpuszczeni do żołnierzy, by z nimi porozmawiać ale zmieniła się już atmosfera. Powitał nas człowiek w tzw. „bandytce” (taka czapka), nie rozmawiał z nami, pokazał gestem, że mamy jak najszybciej opuścić teren wokół jednostki. Wracając zrobiłem zdjęcie i szybko wsiedliśmy do taksówki. Jednak nie na tyle szybko, by odjechać. Dowódca blokady zatrzymał taksówkarza gestem ręki i pomimo naszych nalegań, kierowca nie ruszył. Zostaliśmy wylegitymowani, poproszeni by nie fotografować, bo chłopcy są źli na media za tendencyjny obraz. Kolega zapytał: „Tu będzie Ukraina?” i usłyszał odpowiedź „Już nie będzie. Oni strzelali do mojego syna i jego kolegów na Majdanie”. W Eupatorii odwiedziliśmy również meczet. Tatar, który był w środku rozpoznał polski akcent i był do nas bardzo przychylnie nastawiony. Deklaracja co do referendum była zgodna z decyzją Medżlisu. Zapewnił, że nie będzie głosował. Powiedział, że gdy trzeba będzie, będzie walczył w obronie swojego domu: W islamie zawsze wygrywasz: wygrywasz albo giniesz, jeżeli giniesz za słuszną sprawę idziesz do raju. Postawa z którą się spotkałem była odbiciem napiętej atmosfery na Krymie. Domy Tatarów były zaznaczane przez nieznanych sprawców, w osiedlach tatarskich pojawiały się podejrzane osoby. Tatarzy bojąc się prowokacji w wielu miejscach organizowali własne patrole. Takie prowokacje miały miejsce m. in. w Bakczysaraju. Miejscowy imam mówił, że nie można im wierzyć. Tatarzy w składzie Rosji będą mieli zapewnione prawa przysługujące mniejszości narodowej. Pytał jeżeli to prawda, to dlaczego już teraz, przed referendum mają miejsce takie zdarzenia? Przyjeżdżali jacyś ludzie, obserwowali ich. Jeden z samochodów rozpoznano jako pojazd, którym przywożono rosyjskich nacjonalistów na mitingi tatarskie. Demonstracja w Biełogorsku, którą Tatarzy zorganizowali, dwa dni przed referendum uzmysłowiła mi, że największymi patriotami Ukrainy są Tatarzy. Widziałem w ich oczach nadzieję i determinację i jakąś niezrozumiałą radość życia. W takiej sytuacji! Myślę, że naród, który przeżył deportację i powrócił na swoje ziemie już niczego się nie boi. Oni już przeżyli już całe zło, jakie mogło ich spotkać – jeżeli przyjdą represje i pogromy, nie zaskoczy ich to.

Kozacy koło Rady Najwyższej Krymu (Fot. Wojciech Jankowski)
fot. Wojciech Janowski/Kurier Galicyjski

Rozmowy z Rosjanami uzmysłowiły mi dwie rzeczy: wschód i zachód Ukrainy nie rozumieją się nawzajem. Jeden o drugim nic nie wie. Ukraińcy patrzą na drugą stronę i nie widzą tego, co tam jest. Widzą lustrzane odbicie ze znakiem minus. Banderowcy widzą Moskali, Moskale widzą banderowców. Rozmawiałem z pewna kobietą na pl. Lenina w Symferopolu. Zaczęło się od tego, że zachodnie media są nieobiektywne. Rozmawialiśmy też o elitach politycznych: „trzeba się ich pozbyć, dość już utrzymywania tych złodziei, trzeba by przyszli młodzi ludzie” – mówiła. Powiedziałem: „A wie pani, że ja na Majdanie słyszałem to samo?”. Cisza. Brak reakcji. Zachód pozostaje krainą mityczną, w której mało kto był. Ci, co tam byli, przywozili różne wspomnienia. Wszystko to oczywiście polane nieprawdopodobną propagandą. Na Krymie wyłączono Kanał 5, Nowyny 24. Pozostała jedynie tatarska telewizja ATR, która szczęśliwie nadaje też po rosyjsku. Siłą rzeczy częściej zacząłem oglądać Rassija 24. To, co tam zobaczyłem przerastało moją wyobraźnię, kojarzyło się z najgorszymi czasami Związku Sowieckiego. Przestały mnie dziwić opowieści o faszystach na Zachodzie. W Eupatorii na przykład słyszałem, jak pewna kobieta mówiła przez telefon „Przyjadą i nas wyrżną. Prawdziwi faszyści”.

Druga konstatacja jest taka, że poparcie dla Rosji nie jest przejawem wyłącznie nacjonalizmu. Jest to również akt protestu przeciw poziomowi życia na Krymie przeciętnych ludzi. To jest braku zaufania i chęć odrzucenia wszystkich ukraińskich elit, zarówno pomarańczowych jak i niebieskich. Nienawiść do Janukowycza jest tu podobna, do tej z Ukrainy zachodniej. Uważam, że paradoksalnie ludzie poparli tu przyłączenie do Rosji z podobnych pobudek, z jakich głosowano na Swobodę na Ukrainie środkowej i częściowo zachodniej. Niekiedy był to głos protestu i odrzucenia, który z nacjonalizmem niewiele miał wspólnego.

Plakat propagandowy (Fot. Wojciech Jankowski)
fot. Wojciech Janowski/Kurier Galicyjski

W momencie gdy kończę ten tekst, są już znane wyniki „referendum”. Zastanawiam się dlaczego, gdy trzy tygodnie temu w Kijowie, w polskich mediach mówiło się o Krymie, na Ukrainie panowała cisza? W Kijowie tematów było bez liku: prawy sektor, niebiańska sotnia, 200 lecie urodzin Szewczenki, Meżyhiria, złote sedesy… tymczasem na Krym przenikały podejrzane osoby. Były minister obrony Ukrainy Hrycenko kategorycznie oznajmił w telewizyjnym programie Szuster Live, że ukraiński wywiad jest jednym z najlepszych na świcie. Czy coś z tego wynika? Albo nie zadziałał albo jego praca została zmarnowana. Zdeptany prestiż państwa, lojalni, wierni przysiędze żołnierze otoczeni przez wroga i pozostawieni sami sobie, Tatarzy – najwierniejsza mniejszość – skazani na pół gangsterskie rządy Aksionowa…

Trzeba dodać jeszcze jedno: tzw. referendum było oczywiście bezprawne. Mieszkańcy Krymu szpikowani byli nieprawdopodobną propagandą. Wystąpił jednak pewien czynnik, którego już nie będzie można bagatelizować. Ci ludzie po raz pierwszy od lat mieli poczucie, że decydują o własnym losie i że mają rację i tego nikt im nie odbierze. Nawet Władimir Putin. Bez względu na to, ile w tym było bandytyzmu politycznego (a było go bez liku), tego już się nie da zmienić.

Nowe elity Ukrainy nie zdały najważniejszego egzaminu. Mam nadzieję, że mylił się Mustafa Dżemilew, mówiąc w wywiadzie, że podejrzewa, że wszystko zostało już ustalone. „Została zawarta jakaś umowa”. Niestety, mam coraz więcej pewności co do tego, że jego przypuszczenia są prawdziwe.

Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 201 za 18-31 marca 2014

X