Koszyki wielkanocne ze Lwowa dla żołnierzy i uchodźców fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Koszyki wielkanocne ze Lwowa dla żołnierzy i uchodźców

W tym roku prawosławni i grekokatolicy obchodzili święta Wielkanocne tydzień później po katolickich. Duchowieństwo i wierni nie zapomnieli też o żołnierzach i przesiedleńcach wewnętrznych z regionów Ukrainy, gdzie toczy się wojna.

Ojciec Taras Mychalczuk, proboszcz greckokatolickiej cerkwi garnizonowej we Lwowie, powiedział dziennikarzowi Kuriera Galicyjskiego:
– Wojna wprowadziła korektę i osobliwe wyzwania w życiu wszystkich ludzi, dotyczy to również życia i służby kapelanów wojskowych. Teraz mamy dość trudno, ale zrobiliśmy wszystko możliwe, by dostarczyć wielkanocne koszyki na front obrońcom Ukrainy. Nasi kapelani również tam pojechali. Jest to naprawdę niełatwe, bo w tych regionach trwają intensywne działania wojenne. Syreny też wprowadzają element niepokoju. Ale Chrystus Zmartwychwstał – i to jest najważniejsze. Staramy się poza tymi wszystkimi wyzwaniami nieść naszym obrońcom wiarę, wsparcie i naprawdę jesteśmy im wdzięczni. Nabożeństw w nocy w tym roku nie było ze względu na godzinę policyjną, dlatego wszystkie msze zostały odprawione w ciągu dnia. W naszej świątyni są krypty, które mogą też być wykorzystane jako schron.

Żołnierzom i wszystkim życzę zwycięstwa. Życzę, żebyśmy nigdy nie wątpili w to, że diabła można zwyciężyć, że Pan Jezus go zwalczył przez swoje zmartwychwstanie i że dzięki Niemu jesteśmy mocni. Korzystając z okazji, chcę również podziękować narodowi polskiemu za wsparcie. Za to, że Polacy są ramię w ramię z nami i pomagają. Odczuwamy to od pierwszych dni wojny.

Ukraińscy i polscy wolontariusze zorganizowali we Lwowie spotkanie wielkanocne dla uchodźców z Mariupola.

– Jestem z Mariupola, ale od dwudziestu lat mieszkam we Lwowie. Mam 36 lat – powiedziała Anastasja Kucenko, organizator spotkania. – Ci ludzie to moi przyjaciele. Bardzo chciałam, byśmy się spotkali. Nie wszyscy mówią po ukraińsku, ale wszyscy jesteśmy Ukraińcami i mamy jedną biedę – wojnę. Wrócimy do Mariupola. Będziemy wspólnie go odbudowywać, jak i każde miasto Ukrainy. Myślę, że po zakończeniu wojny będziemy jeszcze bardziej Ukraińcami, jeszcze bardziej mocni, a patrząc na nas, inni ludzie będą wiedzieć czym jest wojna, jak może skupiać ludzi i czynić ich mocnymi. Wielu moich lwowskich przyjaciół nie było nigdy w Mariupolu, ale pomogli mi organizować to święto, bo wszyscy teraz rozumieją problem i nie wiemy, czy na przykład jutro we Lwowie będzie tak samo cicho.

– Chcieliśmy pomóc w organizacji tego święta, bo wojna wojną, ale życie trwa – dodał Wito Nadaszkiewicz, przedstawiciel we Lwowie polskiej Fundacji Siepomaga z Poznania. – I dzisiaj zgromadziliśmy tutaj uchodźców z Mariupola. Miasta bardzo pięknego, miasta wielonarodowego, w którym mieszkała największa na Ukrainie diaspora grecka. Mieszkało też wielu Bułgarów, Tatarów, przedstawicieli innych narodowości. Większość tych ludzi teraz straciła wszystko. Swój dom, wszystko co zbudowali długoletnią pracą. Ale dzisiaj Wielkanoc, święto Zmartwychwstania Pańskiego. Święto, które właśnie pomaga nam spodziewać się lepszego jutra, żyć dalej. Chcieliśmy pomóc ludziom z Mariupola odczuć to święto. Z ramienia Fundacji pojechałem do hurtowni. Kupiliśmy ponad tysiąc dwieście jajek. Kupiliśmy klementynki kandyzowane, cukier zwykły, waniliowy, mleko, masło – wszystko co jest potrzebne dla wypieku tradycyjnych wielkanocnych babek, zwanych tutaj na Wschodzie paschami. Mam nadzieje, że naprawdę dzisiaj zobaczymy na twarzach mieszkańców Mariupola uśmiech i że wspólnym wysiłkiem odbudujemy niebawem to piękne miasto nad morzem Azowskim, że tam znów wróci życie.

Fundacja Siepomaga od pierwszych dni wojny na Ukrainie pomaga uchodźcom. Pomagamy wolontariuszom. Wspieramy też rozmaite organizacje, które m.in. świadczą pierwszą pomoc w bombardowanych miastach, na froncie i planujemy kontynuować tę pomoc tak długo, jak długo będzie tu, na Ukrainie, potrzebna. Chciałbym też powiedzieć, że próbuję szerzyć pomiędzy ludźmi na Ukrainie zrozumienie, skąd te środki pochodzą. To nie jest tak, że Polska jest aż tak bogata, że może rozdawać pieniądze na prawo i na lewo. Pomagają zwykli ludzie, obywatele Polski, Polacy, którzy też często żyją, jak to się mówi, od wypłaty do wypłaty, przez cały rok gromadzą pieniądze, żeby wyjechać z rodziną na wczasy, ale oni czują odpowiedzialność za to, co się dzieje dookoła Polski. Moim zdaniem, jest to podstawowa zasada prawdziwego chrześcijanina pomagać swoim bliźnim jak jest napisane w Ewangelii, że właśnie po tej miłości pomiędzy wami da się poznać, że jesteście uczniami Chrystusa.

Lidia Kotylak, właścicielka restauracji, gdzie odbyło się to spotkanie wyjaśniła:

– Najpierw zajmowaliśmy się transportem uchodźców do różnych krajów europejskich. Teraz świętujemy Paschę. Zaprosiliśmy mieszkańców Mariupola, którzy przeszli przez piekło wojny, którzy nie mogą się spotkać w swoim domu i spożyć śniadanie wielkanocne.

Wspólne modlitwy poprowadzili duchowni z Mariupola i Lwowa, kapłan greckokatolicki i pastorowie protestanccy.

– Nasza świątynia w Mariupolu jest zburzona – powiedział Witalij Krasnokucki, pastor protestancki Kościoła Dobrej Zmiany z Mariupola. – Przed wojną był tam przygotowany schron. Zawieźliśmy tam paliwo, żywność, materace, by można było przyjmować wiele ludzi. Było tam prawie tysiąc osób, wiele kobiet i dzieci. Teraz jestem kapelanem wojskowym. Zajmujemy się też tym, że wywozimy ludzi z Mariupola i przywozimy pomoc humanitarną dla tych, komu teraz najtrudniej. Jestem bardzo wdzięczny narodowi polskiemu za pomoc.

Po poświęceniu babek wielkanocnych rozmawiamy z Tatianą Plesziwcewą z Mariupola.

– Jeśli istnieje piekło, jest ono tam, w Mariupolu – stwierdza kobieta. – Tam jeszcze ludzie zostali. Bardzo bym chciała, żeby każdy z nich też taki koszyk miał, chciałabym każdemu tam taki przekazać. Mam wielką nadzieję, że tam wrócimy. Nie wyobrażacie sobie, jak się chce do domu. Doceniasz go, gdy stracisz. Dopiero teraz to rozumiem. Mam nadzieję, że to szybko się skończy. Świat musi zrozumieć, że to trzeba skończyć. Nie wiem jak, jestem zwykłą kobietą. W Mariupolu myśmy się stale ukrywali, zmieniali miejsce. Przeżyliśmy dużo. Powiedziałam: Panie, oddaję w Twoje ręce moją rodzinę, jeśli przeżyję. I przeżyliśmy, udało się nam stamtąd wyjechać. Chcę żeby wszyscy ludzie odczuli, jak bardzo ich szkoda, zwłaszcza dzieci. Siedzieliśmy w piwnicy, wybuchały bomby, aż wszystko się trzęsło, a ośmioletnia dziewczynka deklamowała wiersz o Ukrainie po ukraińsku i śpiewała piosenkę „Smereka”. Tam większość ludności jest rosyjskojęzyczna. Łzy spływały, płakaliśmy wszyscy. Cieszę się, że dzisiaj jestem tu. Pewnie Pan Bóg mnie tu przyprowadził. Chcę swoje serce do czegoś przytulić, mieć nadzieję, w pojedynkę bardzo ciężko to wszystko przeżywać. Oby ci wszyscy ludzie przeżyli i oby to wszystko się jak najszybciej skończyło.

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X