Korzyści z porwania fot. Alina Wozijan

Korzyści z porwania

23 maja 2021 roku wiele osób dowiedziało się o istnieniu Romana Protasiewicza. Dziennikarz, aresztowany w Mińsku po zmuszeniu do lądowania samolotu pasażerskiego linii Ryanair lecącego z Aten do Wilna, był redaktorem naczelnym kanału internetowego NEXTA, z którego, jak się szacuje, może korzystać nawet co piąty obywatel Białorusi. Jeśli obliczenia te są prawdziwe, to po uwzględnieniu osób nieobeznanych z nowymi technologiami i dzieci może okazać się, że NEXTA jest jednym z głównych źródeł informacji dla Białorusinów. Tym groźniejszym dla Łukaszenki, że nie podlegającym jego kontroli – nie udało się go wyłączyć nawet po odcięciu obywateli od internetu podczas sierpniowych powyborczych protestów.

Dziennikarze NEXTA mieszkają i pracują za granicą, a sam kanał jest prowadzony za pomocą Telegramu, popularnego komunikatora pozwalającego na przesyłanie szyfrowanych treści. To dzięki publikowanym tam materiałom świat mógł poznać rzeczywistą skalę niechęci do Łukaszenki, a sami Białorusini przekonać się, do jakiego stopnia fałszowany jest medialny przekaz w ich kraju. Dlatego też NEXTA postrzegany jest przez reżim jako niebezpieczny dla stabilności państwa, choć może należałoby powiedzieć: reżimu. Co prawda Protasiewicz pozostawił zawiadywanie kanałem w rękach Sciapana Puciły i rozpoczął realizację kolejnego projektu w Wilnie, gdzie udzielał wsparcia Swietłanie Cichanouskiej, ale jego aresztowania nie można rozpatrywać w kontekście obecnego wpływu opozycjonisty na doniesienia pojawiające się w przestrzeni wirtualnej, ale symbolu. Protasiewicz ma być przestrogą dla tych, którzy chcieliby pójść w jego ślady i na jego przykładzie Łukaszenka pokazuje nie tyle światu, co swoim obywatelom, że nikt nie może czuć się bezpieczny.

Patrząc na tę sprawę z zachodniej perspektywy można byłoby spodziewać się, że Łukaszenka popełnił błąd i pojmanie niewygodnego dziennikarza przełoży się nie tylko na dotkliwe sankcje międzynarodowe (do których Białoruś już w jakiś sposób przywykła), ale też na wzrost nastrojów antyprezydenckich w kraju. Tymczasem akt ten pokazał raczej jak bardzo Białorusini są zastraszeni. Zamknięcie niezależnego portalu Tut.by, który miał blisko 60% udziałów w rynku internetowym, a następnie porwanie samolotu po to, aby z jego pokładu uprowadzić dwoje pasażerów (prócz Protasiewicza pojmano jego partnerkę, Sofię Sapiegę) były demonstracją siły, która może przełożyć się nie na radykalizację społeczeństwa, ale na wzrost poczucia niemocy i przekonania o bezkarności prezydenta.

Nie będzie to jedyna korzyść, jaką ktoś odniesie z tej sytuacji i wydaje się, że jej głównym beneficjentem będzie nie Łukaszenka, lecz Władimir Putin.

Po pierwsze, i najbardziej chyba oczywiste, Białoruś za sprawą uwięzienia Protasiewicza na dobre wpadła w rosyjskie ramiona. Niby nie zmienia to status quo, ale trudno uwierzyć, aby którykolwiek polityk na Zachodzie chciał jeszcze rozmawiać z Łukaszenką. Z terrorystami się nie dyskutuje. Co prawda długo przymykano oczy na morderstwa polityczne na Białorusi i narastający autorytaryzm, ale trudniej będzie przejść do porządku dziennego nad faktem uprowadzenia samolotu i narażenia życia jego pasażerów. W zachodnich demokracjach to obywatele rozliczają rządzących, a nikt nie chce lecąc na wakacje zastanawiać się, czy nie znajdzie się „migiem w Mińsku”, a może i w Moskwie. Została przekroczona niezwykle istotna granica nakreślona po zamachach na Word Trade Center. Teraz Zachód ponownie musi znaleźć odpowiedź na pytanie jak zadbać o bezpieczeństwo podróżujących po świecie, bo zakaz lotów nad Białorusią na dłuższą metę nie rozwiązuje problemu. I w pewien sposób to wyzwanie rzucone demokratycznym państwom jest drugą z korzyści, jakie może odnieść Rosja, bo przynajmniej na pewien czas wykaże, jak nieefektywne są procedury i narzędzia, którymi posługuje się zagranica. Podważy też zaufanie obywateli do władz, a przy umiejętnym podsycaniu nastrojów ci pierwsi mogą zacząć stawiać sobie pytania o sens demokracji, która okazała się słabsza, niż dyktatura.

Sukcesem trzecim, takim na lokalną skalę ale związanym z powyższym, jest też zwątpienie Polaków w skuteczność własnego państwa. Polskie media skwapliwie podjęły temat azylu politycznego dla Protasiewicza, a dokładniej roztrząsają to, dlaczego nie mógł z takiego prawa skorzystać. Donoszą, że prawdopodobną przyczyną był brak urzędniczej woli lub kompetencji – na braku ochrony prawnej miał zważyć fakt nie odebrania istotnego listu poleconego, przez co Protasiewicz nie stawił się na wywiad statusowy, a o takiej konieczności nie poinformowano go inną drogą. Co za tym idzie, sprawa miała zostać umorzona, choć niektórzy dziennikarze twierdzą, że azylu po prostu odmówiono. Dowodem na to ma być niepowiadomienie zainteresowanego o umorzeniu procedur, przez co odebrano mu prawo odwołania się od decyzji.

Jakkolwiek wszystko wskazuje na to, że sprawy Białorusinów są w Polsce traktowane priorytetowo i zwykle w krótkim czasie ich finałem jest przyznanie statusu uchodźcy lub ochrony, to równocześnie media wskazują na szereg zaniedbań ze strony urzędów i wciąż niejasne procedury, a przede wszystkim brak dobrej woli ze strony osób prowadzących takie postępowania. Cytowane są opinie takie, jak dr Oleny Babakovej, ekspertki ds. migracji w Polsce, mówiącej, że Polska od blisko pięciu lat nie ma polityki migracyjnej. Jeśli dodamy do tego brak unijnych regulacji prawnych, na podstawie których opinia jednego państwa członkowskiego w tym zakresie byłaby wiążąca dla innych krajów UE, to mamy kolejne argumenty dla przeciwników eurointegracji, ale też dla krytyków polskich władz.

Co istotne, obok doniesień ukazujących Protasiewicza jako ofiarę zaniedbań polskiego systemu, równocześnie w mediach pojawiła się narracja krytyczna wobec Białorusina, za to niewątpliwie pożądana z perspektywy Moskwy. Mianowicie jednym z najczęściej wyszukiwanych haseł związanych z opozycjonistą stało się słowo „Azow”, pociągające za sobą narastające przekonanie niektórych środowisk o tym, że Protasiewiczem nie warto sobie głowy zawracać, bo kto chciałby bronić nacjonalisty?

I ta kwestia wydaje się być kluczową z punktu widzenia Polski i Polaków. Dowodzi bowiem jak wielka jest siła dezinformacji i łatwo ulegamy manipulacjom, bezkrytycznie traktując te doniesienia, które z jakiegoś powodu wydają się nam wygodne. Co więcej, nie pierwszy raz są to informacje de facto antyukraińskie, stawiające pod znakiem zapytania sens współpracy pomiędzy Warszawą a Kijowem. Tym razem jednak twórcy takiego przekazu poszli o krok dalej, poważając też zasadność polskiego wsparcia dla białoruskiej opozycji. Upieczono zatem dwie pieczenie na jednym ogniu i to sukcesy czwarty i piąty zarazem.

Protasiewicz przedstawiany jest jako neonazista, co w pewnym sensie ma usprawiedliwiać Łukaszenkę i dawać mu swobodę w dysponowaniu zdrowiem i życiem zatrzymanego. Jest to przekaz charakterystyczny dla Kremla, bo oskarżenia o nazizm czy faszyzm są jednymi z częściej stosowanych przez rosyjskich propagandystów, a w Polsce ma go uwiarygodnić powoływanie się na opinię Mateusza Piskorskiego, który jako pierwszy w kraju „zdemaskował” białoruskiego dziennikarza.

Trudno zaprzeczyć, aby miał on kontakty z „Azowem”, skoro jako korespondent relacjonował wydarzenia w Donbasie i wcale temu nie zaprzecza, ale mało kto stawia sobie przy tym pytanie, czy wykraczały one poza kwestie zawodowe. Niewielu także pamięta, że pułk ten wchodzi w skład sił zbrojnych Ukrainy i nie jest grupą ludzi wyjętych spod prawa, stąd obecność przedstawiciela prasy wśród żołnierzy „Azowa” nie powinna dziwić. Nie mniej Białorusin z miejsca stał się najemnikiem walczącym ramię w ramię z „azowcami”, członkiem pułkowej służby prasowej, czego potwierdzeniem miały być fotografie mężczyzny w mundurze i z bronią.

To, że tej wersji zaprzeczył jeden z byłych dowódców formacji, Andrij Biłeckij, działa raczej na niekorzyść Protasiewicza i w ocenie części Polaków świadczy o czymś przeciwnym. Niektóre media prawicowe i komunistyczne (tak, takie też istnieją i publikują po polsku, choć na przykład korzystając z domeny francuskiej) chętnie podchwyciły tę narrację i wprost stwierdziły, że praca w neonazistowskiej formacji wojskowej była przyczyną odmowy azylu dla działacza. Co ciekawe, wiadomość tę dziennikarze potrafili zestawić z doniesieniem, że był on też aktywnym uczestnikiem Majdanu, na którym obalał pomnik Lenina, co mogłoby być w Polsce poczytywane mu za zasługę, ale jeśli zostanie ujęte w „odpowiednim” kontekście staje się raczej zarzutem, niż powodem do dumy.

Polacy mogą obecnie przeczytać, że Protasiewicz to haker i „zawodowy wywrotowiec”, zatem ktoś działający poza prawem. Mogą też dowiedzieć się, że porwanie samolotu nie jest żadnym groźnym precedensem, gdyż podobnych czynów dopuściły się Ukraina, Francja, Hiszpania, Portugalia czy Włochy, przejmując samoloty białoruski i rosyjski. Tym samym raz jeszcze poddawane są w wątpliwość standardy demokracji, a przede wszystkim budowane jest przekonanie, że o ludzi takich, jak białoruski opozycjonista, nie warto kruszyć kopii, bo są przestępcami, a nie bojownikami o wolność.

**
Zapowiedź przekazania uprawnień prezydenckich Radzie Bezpieczeństwa Białorusi jest przygotowaniem gruntu pod działalność przyszłej junty wojskowej i jasnym komunikatem, że w tym kraju może zmienić się władza, ale nie sytuacja. Łukaszenka kpi z praw człowieka i wystawia na pośmiewisko Zachód, który nie był przygotowany na taki scenariusz i musi teraz improwizować. Ale niezwykle niepokojące jest w tym kontekście to, że jesteśmy świadkami budowania fundamentów postaw antydemokratycznych, antyunijnych, a zarazem opartych na podziwie dla siły polityków, którzy nie liczą się z nikim i niczym.

Tendencja ta utrzymuje się od dłuższego czasu, choć może się zdawać, że ostatnio nie tylko przybiera na sile, ale też przyjmuje nowe, zaskakujące i zawoalowane formy. Przekonanie Polaków, że Łukaszenka ma rację więżąc opozycjonistę okazało się być prostym zabiegiem. Przekaz ten będzie z pewnością utrwalany i poszerzany, przede wszystkim dlatego, że trudno wskazać zainteresowanych jego zdementowaniem. Oczywiście w kontekście sytuacji Romana Protasiewicza sprawa ta nie jest wcale najważniejszą – priorytetem jest walka o zdrowie, życie i wolność dziennikarza. Nie mniej to, że problem fałszywych i zmanipulowanych informacji i ich wpływu na nastroje społeczne i polityczne narasta, jest kolejnym sukcesem tych, którzy marzą o destrukcji Unii Europejskiej i reintegracji przestrzeni poradzieckiej, pozostającej pod wpływami Kremla. Dlatego tak istotne jest to, abyśmy potrafili równocześnie pomóc Protasiewiczowi, ale i samym sobie. Chociażby po to, aby w żadnym kraju nie znalazło się dziś miejsce dla kolejnego dyktatora, a jeśli ktokolwiek stałby się w przyszłości więźniem politycznym, to abyśmy potrafili go wspierać, a nie przyklaskiwali jego oprawcom.

Agnieszka Sawicz

Tekst ukazał się w nr 10 (374), 31 maja – 14 czerwca 2021

Prof. dr hab. Agnieszka Sawicz pracuje na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a z Kurierem Galicyjskim współpracuje od 2009 r. Zajmuje się historią współczesnej Ukrainy, polityką rosyjską i z pasją śledzi wszelkie fałszywe informacje. Lubi irlandzką muzykę, gorzką czekoladę i górskie wyprawy. Od 2013 r. jest też etatową wiedźmą, autorką ukazujących się w wirtualnej przestrzeni „Zapisków Wiedźmy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code

X