Kołomyja nie pomyja, Kołomyja miasto!

Na obchody Dnia Miasta do Kołomyi redakcja „Kuriera Galicyjskiego” została zaproszona przez Towarzystwo Kultury Polskiej „Pokucie”.

Do „stolicy Pokucia” jeździmy często. Z przyjemnością odwiedzamy to niewielkie sympatyczne i zadbane miasteczko, które – po konserwacji starówki i pobliskich uliczek, przeprowadzonej przed kilkoma laty przez władze poprzedniej kadencji z okazji Światowego Festiwalu Hucułów – stało się szczególnie urocze i schludne.

„Z odległych czasów, tak odległych, że aż giną one w dalekiej, nieznanej i legendarnej przeszłości, wywodzona jest przez etnografów prastara słowiańska nazwa rzeki – „myja”. Rzekomo niektórzy Huculi jeszcze w ubiegłym stuleciu nazywali rzekę Prut po prostu Myją. Zatem cała osada leżąca „koło rzeki”, czyli „koło Myji” stała się z czasem Kołomyją. Stąd już tylko krok do ludowej interpretacji tej „etnograficznej” wersji, zapamiętanej z lat dziecinnych, a przytaczanej też przez dawniejszych badaczy. Otóż Huculi, jadący do dużej osady położonej nad rzeką (Myją), gdy w bagnach wokół Zabłotowa mocno zabłocili koła wozów, dopiero pod samą osadą handlową „koła myli” w rzece Prucie (czy też Myi) i stąd miała powstać nazwa Kołomyja” – pisze o swoim rodzinnym mieście znany kołomyjanin, prof. dr hab. Ryszard Brykowski z Warszawy.

Z otrzymanego programu uroczystości wiemy, że na święto została zaproszona delegacja z Nysy – miasta partnerskiego Kołomyi. Będzie obecna również 19-osobowa grupa Rodaków z Krośniewic na czele ze swoim wójtem Mirosławem Drobiną, o którym tyle słyszeliśmy od wolontariuszy, porządkujących przed miesiącem stary zabytkowy cmentarz kołomyjski.

Spieszymy się, ażeby nie spóźnić na niedzielną mszę świętą. Stojąc przy drzwiach wejściowych, nie sposób nie zauważyć pięknie odrestaurowanych malowideł ściennych o charakterze ornamentalno-roślinnym starego pojezuickiego kościoła pw. św. Ignacego Loyoli, odzyskanego przez miejscowych Polaków w roku 1990 r. Efekt wieloletniego wysiłku i starań kołomyjan z Kraju i rozproszonych po świecie oraz pomocy Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” jest nazbyt widoczny. Wsłuchujemy się w piękny śpiew liturgiczny chóru parafialnego „Lutnia”.

Po mszy św. wychodzący z kościoła parafianie witają się nawzajem oraz z gośćmi z Polski. Zauważamy niewielką grupkę Niemców. Jak się okazało, również dawnych mieszkańców Kołomyi. Podobno, przyjeżdżają tu rokrocznie. W ramach promocji rozdajemy pierwszy numer niezależnego pisma Polaków na Ukrainie „Kurier Galicyjski” oraz numer specjalny, poświęcony wyłącznie Huculszczyźnie. Obydwa pisma rozeszły się błyskawicznie.

Do uroczystego rozpoczęcia świętowania Dnia Miasta jest jeszcze sporo czasu. Chętnie przystajemy na zaproszenie prezes Towarzystwa „Pokucie” Stanisławy Kołusenko na spotkanie przy herbatce z rodakami z Krośniewic. Miejsce spotkania – masywny, strasznie zaniedbany budynek, znajdujący się głęboko w podwórzu poza gmachem niegdyś Polskiego Domu Ludowego, w którym mieściła się biblioteka z czytelnią udostępniona przez Edmunda hr. Starzeńskiego oraz Muzeum Pokuckie z jego własnych zbiorów. Idąc wąską zabłoconą ścieżką do wyznaczonego miejsca spotkania zastanawiamy się, czy ktoś z władz miasta kiedykolwiek przemierzył ją osobiście. Czy był w tym budynku – bez toalety, w którym oddano (odpłatnie, a jakże!) Polakom dwa pomieszczenia na klasy szkółki sobotnio-niedzielnej. Doprawdy, dziwny ten dysonans. Z jednej strony podpisuje się umowy o współpracy i przyjmuje delegacje z Polski, z drugiej – tak mało się interesuje życiem miejscowych Polaków. Nasuwa się wniosek, że przy kolejnym spotkaniu gości z Kraju koniecznie trzeba ich zaprosić do tego „uroczego” miejsca – wraz z miejscowymi notablami. A i burmistrzom zaprzyjaźnionych miast z Polski godziłoby się przejawiać większe zainteresowanie życiem Rodaków, pozostałych na Kresach oraz losem poloników i nie ograniczać się odwiedzeniem odremontowanego (zresztą, za pieniądze polskiego podatnika) kościoła. Owszem, na ścieżce spotkaliśmy panią burmistrz z Nysy, spieszącą dołączyć do delegacji, oficjalnie zaproszonej przez władze miasta. Nawet zamieniliśmy kilka słów.

Czasu jednak zabrakło, by dowiedzieć się co myślała, omijając po trawie błoto i kałuże i czy wspomniała choć słowem gospodarzom miasta o swoich wrażeniach po odwiedzinach „ogniska kultury”. Przypomnieliśmy sobie, że przecież jeszcze w maju 2005 roku w rozmowach władz obu miast zostało poruszonych kilka spraw, między innymi siedziby dla ww. szkółki i Towarzystwa Kultury Polskiej „Pokucie”. Ale jak to się mówi: „howoryła, jichała…” czy „ty sy mów, a ja sy zdrów”.

Przy herbacie poznajemy 19-osobową delegację z Krośniewic. Z zainteresowaniem słuchano słów powitania wójta Krośniewic: „Trzy lata wstecz byłem po raz pierwszy na Ukrainie. Była to wyprawa do Kirowogradu i Dniepropietrowska. I uważam, że każdy z Polaków w Kraju powinien chociaż raz wyjechać poza Polskę, ażeby poznać, co to jest być Polakiem na obczyźnie, ponieważ łatwo nim być wśród swoich. Łatwo jest mówić o Kresach w Polsce, ale ważne jest nie tylko o tym mówić, ale i czynić coś konkretnego, nieść wam pomoc. Łączy nas wszystkich to, że byliśmy, jesteśmy i będziemy Polakami. Przyjechałem, ażeby wam pomóc. I dzisiaj tu chcę zadeklarować nie tylko z urzędu, lecz i z całego serca pomoc dla was, zwłaszcza nekropolii kołomyjskiej. Między innymi, jesteśmy tu po to, ażeby wasze władze samorządowe widziały, że nie jesteście sami. Jutro, w rozmowach z merem Kołomyi również wspomnę o tym, co was boli”. Po krótkim występie dzieci i młodzieży i przyjaznych rozmowach na pożegnanie goście zainicjowali: „Abyśmy byli razem podajmy sobie ręce, abyśmy byli razem i jedno mieli serce” oraz „Dzielmy się chlebem, dzielmy się niebem, niech się odmieni oblicze tej ziemi”.

Czas naglił. Krośniewicka delegacja pospiesznie, a my spacerkiem udaliśmy się pod Ratusz miejski. Kierując się do głównego miejsca uroczystych obchodów, nie sposób było nie zauważyć odświętnie ubranych mieszczan i wieśniaków. Całe rodziny, włącznie z dziećmi w wyszywanych „soroczkach” i z przybranymi koszykami z owocami i zielem. 19 sierpnia kołomyjanie obchodzili również uroczystość kościelną „Spasa”. Począwszy od Muzeum Pisanki wzdłuż ulicy Szewczenki mijamy i zaglądamy do gęsto ustawionych straganów z wyrobami rzemiosła ludowego: wyszywanki, w tym ikony i obrazy, tkactwo, talerze rzeźbione i wyroby użytkowe z wikliny, gobeliny, pisanki-wydmuszki, witraże, nowe ładnie wydane książki o Kołomyi (drogie, jak na naszą kieszeń), reprint widokówek przedwojennej Kołomyi. Nie bacząc na cenę, kupujemy ostatnie dla siebie. Chociaż pogoda pochmurna, deszcz nie pada, a wokół gwarno i wesoło.

{gallery}gallery/2007/romer_kolomyja{/gallery}

Powoli tłum, a za nim i my przemieszczamy się do placu Odrodzenia. Wysoko ustawione podium jest wymownie udekorowane na pomarańczowo balonikami i logo partii „Nasza Ukraina”. Na frontonie górującego nad placem neorenesansowego murowanego ratusza z siedmiokondygnacyjną wieżą, na balkonie dumnie powiewają flagi państwowe Ukrainy, Mołdawii, Polski i Rumunii. Za chwilę przy dźwiękach orkiestry dętej wchodzi kolumna, składająca się z przedstawicieli władz samorządowych, obwodowych, administracji państwowej, deputowanych, radnych oraz gości. Od razu rzuca się w oczy polityczne ukierunkowanie kolumny: trzepocą flagi: niebiesko-żółta państwowa, czerwono-czarna „hałyćkich” narodowców, żółte partii „Pora” oraz pomarańczowa z podkówką i wykrzyknikiem „Naszej Ukrainy”. O białej z serduszkiem, czyli symbolu Bloku Julii Tymoszenko też nie zapomniano.

Zahuczały trombity, zagrały „muzyki troiste” i na scenę wszedł w pięknych strojach huculskich dziecięcy zespół, śpiewający: „Oj, zełene żyto, zełene, chorosziji hośti u mene…”. A za nim już złożony z dorosłych zespół taneczny, tańcząc skoczną kołomyjkę przyśpiewywał: „Oj, pojide mij myłeńkyj taj do Stanisława, nechaj sobi zatańciuje, bude jomu sława…”. Tak nietradycyjnie zapoczątkowano część oficjalną. Na podium stali wraz z gospodarzem miasta Jurijem Owczarenką zaproszeni przedstawiciele władz, duchowieństwo, goście.

Władyka Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego Ioan Bojczuk przekazał słowa powitania od Patriarchy Ukrainy Filareta oraz udzielił zebranym pasterskiego błogosławieństwa. Okolicznościowe przemówienia przedstawicieli władz kojarzyły się z agitacją przedwyborczą. Niektórzy z nich wręcz zachłystywali się własnym krasomówstwem. Przypominano o dziejach miasta w historii nowożytnej, cieszono się z tego, że właśnie w nim przed stu laty było 15 wydawnictw i wydawano książki w języku ukraińskim oraz po raz pierwszy wydano encyklopedię w języku ukraińskim.

Przypomniano też, że właśnie tu, w Kołomyi, w dniach „puczu Janajewa” ustanowiono pomnik Stepana Bandery. Cóż, tu odczucia zapraszających i zaproszonych gości pewnie się rozeszły. Kim innym jest bowiem ta postać dla każdej ze stron. Z niewiadomych powodów nie poproszono o zabranie głosu żadnego z gości spoza Ukrainy. Wręczono prezenty najstarszej, 98-letniej mieszkance Kołomyi, oraz nowonarodzonemu jej obywatelowi, odznaczenia i nagrody dla zasłużonych w różnych dziedzinach. Świąteczne koncerty odbywały się na dwóch scenach.

Przez cały dzień Kołomyja przypominała kolorowy wypielęgnowany kwietnik, w którym kwiaty lekko kołysały się od lekkiego podmuchu wiatru, jaki zwykle bywa przed deszczem. Niebiosa wreszcie trochę pokropiły świętujące miasto. Mówi się, że na dostatek.

Wanda Ridosz
Tekst ukazał się w nr 2 (44) 31 sierpnia 2007

X