Istnieje cień szansy, iż stwierdzenie, jakoby Donald Trump lubił być w centrum zainteresowania, nie zrewolucjonizuje światowej behawiorystyki. Abstrahując od stopnia odkrywczości powyższej tezy, zwycięstwo w wyborach prezydenckich z 2024 roku zapewniło mu rozgłos, o jakim każdy inny celebryta może tylko pomarzyć.
Trumpa przedstawia się różnie. Dla jednych, zwłaszcza przed swoją pierwszą prezydenturą, był przede wszystkim biznesmenem, ucieleśnieniem amerykańskiego snu o sukcesie. Oto wnuk Friedricha, ubogiego Niemca z palatynackiej wsi, nanosi nazwisko protoplasty rodu na mapę Nowego Jorku, stawiając liczący pięćdziesiąt osiem pięter wieżowiec Trump Tower. Na tym się zresztą nie skończy, po kilku latach na Manhattanie stanie też młodszy brat drapacza chmur, nazwany dla rozróżnienia Trump World Tower i przewyższający go o całe czternaście pięter. Dumnie góruje nad siedzibą ONZ wprawiając w zachwyt tysiące Amerykanów pozbawionych opieki zdrowotnej, perspektyw i własnego locum, przypominając, że wszystko może się zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń. Trumpowi to jednak nie wystarczyło. Zmarły przed pięćdziesiątką (i zakończeniem I wojny światowej) Friedrich, czy raczej Frederick, nie mógł się raczej spodziewać, że jego nazwisko ozdobi też sieć hoteli, ładnych parę klubów golfowych, inne budynki nie mniej sporych rozmiarów, spółkę technologiczną, winiarnię, zakłady meblarskie, kasyno stylizowane na Tadź Mahal, agencję modelek, wódkę, linię steków czy cykliczny wyścig kolarski Tour de Trump, który na szczęście lub nieszczęście, pożegnał się z nazwą raptem po dwóch sezonach. I to wszystko w trzy pokolenia, począwszy od biednego imigranta, który zaczynał jako fryzjer, a z życiem rozstawał się czerpiąc krocie z restauracji i przybytku wątpliwej rozkoszy, zwanego zamtuzem bądź domem publicznym. Amerykanie lubią takie historie. No, może bez tego drugiego źródła zarobku. I taki właśnie był Trump, wizualizacja często naiwnych pragnień milionów. Ktoś, kto swoim uśmiechem dodawał sił i utwierdzał w przekonaniu, że warto pracować na zawał przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Gdzieś tam, za rogiem czai się cień szansy, że taki Trump zaczynał dokładnie tak jak ja.
W rzeczy samej, Donald J. Trump nie był tylko jednym z nielicznych krezusów, jacy zbili spektakularnie majątek w Stanach Zjednoczonych. Coś go odróżniało od tej często znienawidzonej, choć i pociągającej zarazem warstwy bogaczy, w gruncie rzeczy homogenicznej i odległej. Nazwisko Trump, wieszane na szyldach gdzie tylko się dało, było nie tylko wyrazem ekstremalnego narcyzmu, ale i, bądź przede wszystkim, reklamą. Trump był bowiem celebrytą.
„The Apprentice” nadawany był we właściwej formie od 2004 do 2015 roku i przerwała go dopiero walka o fotel prezydencki głównego bohatera. Program, w którym rekin biznesu Trump bezlitośnie oceniał rywalizujących adeptów sztuki interesu, był ukoronowaniem medialnej kariery przyszłego prezydenta. Trump dążył do wykreowania się na ikonę amerykańskiego snu, chciał zostać nie tyle miliarderem, co uosobieniem miliardera – z całym idącym za tym wizerunkiem blichtrem zahaczającym niebezpiecznie o kicz. Media pomogły mu w formowaniu tego wizerunku, widząc doskonały materiał by właśnie takiego go wyrzeźbić. Ideał. Przynajmniej dla pewnych odbiorców i w pewnym kontekście. A że też ekscentryczny? Jeszcze lepiej, jest o czym pisać! Kula śniegowa zaczyna się toczyć.
Im więcej było Trumpa, tym zapotrzebowania na opalonego, złotowłosego cudotwórcę interesu rosło – a wraz z tym i opalenizna i intensywność barwionego włosa. Sygnowane jego nazwiskiem książki (bo sam nie był autorem „The Art of the Deal”) sprzedawały się na pniu. Raperzy nawijali o Trumpie jako uosobieniu sukcesu. Miliony śledziły jego poczynania w telewizorze. Pojawił się nawet epizodycznie grając samego siebie w drugiej części zmory każdych Świąt, czyli „Kevina”. Kogo obchodził Trump-przedsiębiorca? Trump był przedsiębiorcą z ekranu. Postacią, która, jak zdaje się, zżyła się z prawdziwym Trumpem. A może wręcz zespoliła?
Trump-polityk był więc kolejną fazą Trumpa-celebryty powstałego na bazie faktycznego Trumpa-przedsiębiorcy. Toteż nic dziwnego, że jako kandydat, czy jako prezydent, zachowywał się jak na swą postać przystało. Budził rozgłos jak mało kto. Mówił tak ostro, że nawet wypowiedzi zabójcze dla innych kandydatów spływały po nim. Na Trumpa brało się poprawkę, to przecież Trump. Trump nie jest politykiem, Trump jest Trumpem. A skoro widzieliśmy jego sukcesy na ekranie to kto wie, może i w prawdziwym życiu mu się uda? Sukces to sukces.
Szczególnie mocno wybrzmiała ta poza w jego ostatniej kampanii prezydenckiej, gdy nagle miał przed sobą Bidena – tu chciałoby się powiedzieć, że starszego i faktycznie, ale zaznaczyć należy, że o cztery lata, jedną kadencję, właśnie tę, którą Trump ma przed sobą (rocznik 1946), a później w teorii młodszą, sprawniejszą i bardziej przekonującą Harris, którą miażdżąco pokonał w wyborach. W starciu aż nadto wyrazistego przedsiębiorcy z nijaką prokurator koloryt wziął górę nad wyważeniem.
Tak więc, czy Donald Trump lubi być w centrum uwagi? Paradoksalnie, ma to dużo mniejsze znaczenie, niż fakt, że on musi się w nim znajdować. Uwaga to jego domena, środowisko naturalne. Żywi się nią, to ona go stworzyła i ukształtowała. Dzięki niej z jednego z wielu amerykańskich biznesmenów stał się Donaldem J. Trumpem, człowiekiem z pierwszych stron czasopism i reklam dedykowanych steków. Gdyby nie to dążenie do rozgłosu raczej nie zostałby prezydentem, a już na pewno nie stałby za nim swoisty kult fanatycznych zwolenników gotowych przełknąć każdą, nawet najbardziej absurdalną teorię, upatrujący w nim figury mędrca, zbawcy i wysłannika ludu, trybuna mającego wziąć za pysk przegniłe elity. Dziś Trump to nie tylko biznesmen, nie tylko polityk i nie tylko celebryta, ale i twarz swoistej kontrrewolucji społeczno-obyczajowej. Nierzadko zawziętej reakcji na nieuwzględniającą szerokich mas społecznych i ich oczekiwań politykę i narrację liberalno-lewicową obecną w głównym nurcie. Głos buntu wobec zamykania amerykańskiego przemysłu przed laty. Wobec rozczarowania wizją świata post-bushowskiego, poirackiego, poneokonserwatywnego, co za tym idzie, sytuacją gospodarczą. Wobec inflacji. Wobec polityki tożsamości. Wobec tak wielu różnych spraw – można tu nawet dorzucić chociażby fentanyl, migrację i sytuację weteranów. Cokolwiek. Niechby się te rzeczy nie zazębiały, nawet wykluczały – co z tego?
Trump jest głosem sprzeciwu wobec pewnych procesów zachodzących w Stanach Zjednoczonych jeszcze wcześniej niż za Obamy. Kumulacją smutku, strachu i rozczarowania. Niepewności i niemożności do zaadaptowania się w nowym świecie. Jest zarówno mechanizmem buntu, jak i wyparcia. Kończący urzędowanie Biden przekazuje władzę w zupełnie innym świecie, niż oddawał ją Bush Senior. Sztuczna inteligencja, Internet, media społecznościowe, dezinformacja, zmiany obyczajowe, MeToo, Black LivesMatters, polaryzacja społeczna, rozpad wizji końca historii i bolesne przebudzenie w cieniu wojen, zagrożenie ze strony ChRL, groźby jądrowe, antyamerykańska oś autokratów, plaga problemów psychicznych… Można by tak długo wyliczać. Ten świat nie wziął się znikąd, już wtedy się zaczynał, po prostu o wiele łatwiej było udawać, że wszystko będzie dobrze i nie musimy się już starać. Jakoś to będzie, w końcu wygraliśmy zimną wojnę.
Bidena od starszego z Bushów dzieliło siedem kadencji. Tyle też obejmującego urząd na kilka miesięcy przed wielkim kryzysem Herberta Hoovera od pewnie nieco zapomnianego w Polsce i na Ukrainie Williama McKinleya. Lata 1901–1929. Po drodze między innymi Wielka Wojna. Lot Lindbergha nad Atlantykiem, popularyzacja radia, napięcia w związku z upadkiem Rosji i powstaniem tajemniczego tworu głoszącego jakiś komunizm, narodziny faszyzmu i penicyliny. No i oczywiście prohibicja. Panie tańczące do jazzu w nieco mniej skromnych strojach. Upadek obyczajów, powiedzieliby poniektórzy. Koniec świata! A z pewnością duże zmiany. Wielkie wręcz. Ale czy równie drastyczne? Kwestia dyskusyjna. Tyle, że w niektórych krajach ówcześni zachowawczy politycy też myśleli, że może da się to przeczekać. Może nawet żyć jak dawniej. W innych być może wykazali się trzeźwym oglądem spraw i przeliczyli rozmiar bojówek. Tych tworzonych jako reakcja na niedawno co powstałe zagrożenie egzystencjonalne, czający się na kraj komunizm. Po wszystkim stwierdzili, że w sumie to nie takim głupim pomysłem jest dopuścić do władzy narodowych socjalistów. Wcześniej jednak z rzeczonymi narodowymi socjalistami przegrali sromotnie wybory, nie potrafiąc odczytać tendencji społecznych. A może nie, może właśnie potrafili je czytać. Tyle, że ograniczali się do własnego elektoratu, nie dostrzegając mas zmęczonych stanem rzeczy i upatrujących alternatywy.
Rzecz jasna nie chodzi tu o czynienie analogii między Trumpem a Hitlerem, jak to w zwyczaju miały pewne środowiska Demokratów, czy wreszcie sam jego wiceprezydent Vance. Sęk tkwi w nieumiejętności dostrzeżenia, że czasy się zmienią. Ludzie będą gotowi w pewnym momencie wypróbować terapię eksperymentalną, gdy widzą, że sprawdzone lekarstwa nie działają. Nie muszą przy tym wierzyć w niczyje zapewnienia, że oto podaje się im panaceum. Maszerujące ulicami miast bojówki nie wszystkich przekonywały. Ale możliwość, że kraj stanie na nogi – a przecież wszyscy wiemy, że przy Nich to się nigdy nie stanie – przynajmniej jakoś istnieje. Błędem jest bowiem zrównywanie kultu Trumpa z jego elektoratem. Trump to, podobnie jak Putin, konsekwencja lat zaniedbań specyfiki danego kraju. Nie przyszedł zły Putin i nie zrobił złej Rosji. Nie przyszedł dziwny Trump i nie wywrócił stolika. Nie wystarczy przeczekać Putina, by Rosja znormalniała. Nie wystarczy przeczekać Trumpa, by naród znów nie był w stanie wybrać kogoś takiego. Wszystko ma swoje powody. Trump, Putin, Fico, Orban, Le Pen, Erdogan, nawet Netanjahu – żaden z tych ludzi nie znalazł się tam, gdzie jest tylko dlatego, że jest fenomenem. Tak samo Zełenski. Rotacje PiS-u i PO. Nic nie bierze się znikąd. Historia – a teraźniejszość jest częścią historii – nie tworzy się sumą impulsów. Jesteśmy częścią procesów, które za wszelką cenę zależy poznać i zrozumieć. Bezstronnie i merytorycznie. Tylko tak zrozumiemy jak działać w teraźniejszości i będziemy w stanie prognozować przyszłość.
Warto by na sam koniec zaryzykować pytanie, czy aby zyskawszy sobie najpodatniejszy z podatnych gruntów, pułapka wizerunku w której się znalazł, nie zaczęła go z czasem wciągać jeszcze bardziej? Czy wykluczanie możliwości użycia siły w przejęciu autonomicznego terytorium partnera z NATO jest raptem logicznym przedłużeniem grożenia impertynenckiej Korei Północnej „ogniem i furią jakiej świat nie widział”, czy też stanowi jego wariant rozwojowy?
Jako prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump pociągnie nas za sobą w podróż pozłacaną spiralą. I nikt, nawet on sam nie jest w stanie powiedzieć, dokąd nas ona zaprowadzi.
Maciej Serżysko
Tekst ukazał się w nr 1 (461), 17 – 30 stycznia 2025
