27 stycznia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu. W tym dniu, osiemdziesiąt lat temu, Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz-Birkenau i dotąd ten największy z nazistowskich obozów koncentracyjnych pozostaje symbolem okrucieństwa i mordów popełnianych w imię ideologii, zbrodni dokonanych przede wszystkim na Żydach, ale też na przedstawicielach innych narodowości.
W tym roku w uroczystościach uczestniczyło pięćdziesiąt dziewięć delegacji z całego świata, tak państwowych jak i przedstawicieli organizacji międzynarodowych, przybyli monarchowie, w tym król Karol III. Zabrakło natomiast gości z Rosji, do której nie wystosowano zaproszenia. Oczy całego świata były jednak zwrócone na ponad pięćdziesięciu Ocalałych, byłych więźniach niemieckich obozów. To w ich imieniu Marian Turski powitał uczestników ceremonii, a głos zabrali Janina Iwańska, Tova Friedman i Leon Weintraub.
Marian Turski powiedział, że nasze myśli powinny być skierowane nie na tych, którzy przeżyli, a „ku olbrzymiej większości, milionom ofiar, które nigdy nam nie powiedzą, co przeżywały, co czuły, ponieważ pochłonęła je Zagłada” i zacytował wiersz jednej z ofiar, Henryki Łazowertówny. Żydowska poetka pisała: „Odjeżdżam gdzieś tam, bardzo daleko, do stacji nieznajomej, której nie ma na żadnej mapie. Nad dworcem niebo wisi jak wielkie czarne wieko. Lokomotywa krzyczy głosem bitego człowieka. Kolejarze mają twarze jak papier. Mam ze sobą tylko jedną walizkę i jeden żal, którego nikt nie próbował zgłębić. Jestem bardzo spokojna i to, czego nie widać, bardzo smutna. Bądź zdrów, mój daleki. Są serca, gdzie nic się nie zmienia. Mnie już nie ma. Nie ma”. Mimo wszystko po Łazowertównie pozostała pamięć. Wielu zamordowanych nie ma jednak już kto wspominać.
Goście uroczystości podkreślali, że dziś ponownie widzimy wzrost antysemityzmu, a przecież, jak przypomniał Marian Turski, „Uprzedzenia wzajemne, nienawiść, doprowadzały do konfliktów zbrojnych między tymi sąsiadującymi narodami i grupami etnicznymi. Kończyło się to zawsze przelewem krwi”. Tak, jak ma to miejsce i teraz, także w Europie.
Niedawno ponownie nie wierzyliśmy, że można wcielić w życie idee prowadzące do wojny, tak, jak kiedyś nie dawaliśmy wiary słowom nazistów, o czym mówił urodzony w Łodzi Leon Weintraub, jeden z Ocalałych. I pytał czyż na tym pyłku, jakim w skali kosmosu jest Ziemia, nie jest absurdem dzielenie ludzi na grupy zwalczające siebie nawzajem. Pytał o to, jak wielkie są wydatki na zbrojenia, gdy pokojowe życie nie kosztowałoby ani centa, a do tego ile można by dobrego zrobić za te wydatki!
Czy te pytania usłyszeli politycy, czy zastanowią się nad nimi ci, którzy decydują o rozpoczęciu kolejnych wojen? To, że „Nigdy nie możemy zapomnieć o złu Holokaustu ani o odporności, odwadze i nadziei tych, którzy stawiali opór i odbudowywali”, jak napisał sekretarz stanu USA Marco Rubio, wydaje się dziś oczywiste. Ale tak naprawdę „Jakie znaczenie ma dziś pamięć o strasznym okresie Zagłady?”, jak napisano na oficjalnym profilu izraelskiej ambasady. I czy w ogóle ma znaczenie, chciałoby się dodać.
Wśród gości przybyłych do Auschwitz był Wołodymyr Zełenski, który jako jedyny z polityków dostał oklaski, gdy składał znicz pod wagonem upamiętniającym zamordowanych w obozie. Były one wyrazem solidarności z narodem, który dziś uwikłany jest w wojnę z Rosją. Z narodem, który każdego dnia traci kolejne ludzkie istnienia, a wraz z nimi być może nadzieję i szansę na lepsze jutro. Nie tylko Ocalali pytają, gdzie bylibyśmy dziś, gdyby nie zamordowano milionów ludzi. Możemy spytać, gdzie bylibyśmy jutro, gdybyśmy dziś zaprzestali wojen.
„Jak ja mieć będę dwadzieścia lat, Zacznę oglądać nasz piękny świat. Usiądę w wielkim ptaku motorze I wzniosę się w wszechświata przestworze” marzył Abram Koplowicz mając trzynaście lat. Chłopiec napisał ten wiersz w łódzkim getcie. Rok później został zamordowany. Kim by był? Jak wielkim poetą mógł zostać? W jaki sposób zmieniłby świat? A inni, których zabito, bo nie przystawali do urojonego wzorca?
„Nie chcemy, by nasza przeszłość stała się przyszłością naszych dzieci” – mówił Ronald Lauder, przewodniczący Światowego Kongresu Żydów. Problem w tym, że w wielu zakątkach świata już tak się dzieje, a sprawcy tragedii zdają się wciąż nie rozumieć, że to od nich zależy pokój.
***
Na oficjalnej stronie Kremla Władimir Putin opublikował komunikat skierowany do uczestników i gości uroczystości w muzeum Auschwitz-Birkenau. Podkreślił w nim, że to Armia Czerwona wyzwoliła obóz i że „zawsze będziemy pamiętać, iż to radziecki żołnierz pokonał to straszliwe, totalne zło i odniósł zwycięstwo, którego wielkość na zawsze zapisze się w historii świata”. Nie omieszkał dodać, że „obywatele Rosji są bezpośrednimi potomkami i sukcesorami pokolenia zwycięzców”, po czym zrównał antysemityzm i rusofobię podkreślając gotowość do obrony „praw ludzi do tożsamości etnicznej, językowej i duchowej”.
Kiedy w Oświęcimiu prawosławni, protestanci, katolicy, muzułmanie i Żydzi wspólnie modlili się słowami psalmu 42. Mówiąc „Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będę wysławiać”, w Rosji kolejny raz skupiano uwagę na własnym narodzie, kraju, jego zasługach i prawach, lekceważąc prawa, zasługi i cierpienie innych. W słowach tych zabrakło pokory, ciszy, zadumy i refleksji wszechobecnych wśród tych, którzy w skupieniu wspominali tragedię Auschwitz. Ale czy tak nas to dziwi, skoro nawet Elon Musk rozmawiając z uczestnikami wiecu skrajnie prawicowego AfD wezwał by zapomnieć o dyskusjach o przeszłości? Nie nauczyliśmy się zbyt wiele od naszych przodków i zbyt często udajemy, że nie słyszymy słów, które, tak jak przed 1939 rokiem, mogą doprowadzić do Zagłady.
„Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść. Jest obojętność” – powiedział Ronald Lauder. Jeśli dziś zachowany obojętność skażemy siebie i nasze dzieci na powtórzenie losu, jaki stał się udziałem ofiar Holocaustu. Lepiej więc wysłuchać głosów Ocalonych niż słów tych, którzy o Ocalonych nie chcą dziś słyszeć.
Agnieszka Sawicz
