Kaziuki nielubiane, Kaziuki uwielbiane

Kaziuki nielubiane, Kaziuki uwielbiane

Raz w roku przychodzi taki moment, kiedy Wilno zmienia się nie do poznania. Tak jest od czterystu lat. Przychodzi dzień świętego Kazimierza, 4 marca – i w Wilnie rozpoczyna się szaleństwo.

Kiedyś przyjeżdżano tu bryczkami. Dziś zjeżdżają się samochody z całej Litwy i z sąsiednich państw. Ulice są zablokowane. Panuje tłum. Wilnianie, którzy nie lubią Kaziuków, pod żadnym pozorem starają się nie jechać do centrum.

Jarmark już dawno zatracił charakter ludowy. Można jeszcze kupić kosze wiklinowe i sławne palmy wileńskie, ale coraz więcej tu współczesnych produktów, również takich, których nie spodziewalibyśmy się na Kaziukach.

Tak mówi o Kaziukach Edyta Maksymowicz z portalu Wilnoteka: „Kaziuki to jest coś, na co się czeka cały rok i nawet jak człowiek mówi: „nie, mam już dość”, to i tak wszyscy się tam wybiorą, bo wiadomo, że zawsze się coś kupi. Z jednej strony, dużo chińszczyzny, dużo rzeczy, które nie są w tej tradycji kaziukowej, ale z drugiej strony, pamiętajmy, że to ostanie chwile, kiedy można kupić prawdziwe palmy. Coraz mniej młodych ludzi zajmuje się wyplataniem palm, więc jak są te plamy, to bierzmy, kupujmy!”

Prospekt Giedymina jest kompletnie zapchany. Ludzie idą powoli, trudno przyspieszyć kroku w tłumie Trzeba wytężyć wzrok, żeby odnaleźć palmy wileńskie na tym gigantycznym jarmarku. Produkty spożywcze za to są wszystkie, które możemy sobie wymarzyć, albo takie, o których nigdy nie słyszeliśmy. Cudowny litewski chleb: wersja kobieca z owocami i męska z czosnkiem i słoniną. Produkty z miodu. Grzane piwo, grzana gyra, czyli kwas chlebowy. Sosy i pasty z czosnku. Kawa z palonych żołędzi. Nie sposób oprzeć się wszystkiemu, ale nie da się kupić wszystkiego. Następna okazja będzie za rok… jest tylko jeden czynnik powstrzymujący przez zakupami. Królestwo euro dotarło i do Wielkiego Księstwa. Niewinne z pozoru ceny, po przeliczeniu na złotówki, nie mówiąc o hrywnach, przybysza z daleka potrafią przerazić.

Fot. Wojciech Jankowski

Kuszą prywatne, małe, rodzinne browary. Piwa żywe, niepasteryzowane o smaku tak przednim, że wszystkie korporacyjne produkty chmielowe nie mają szans na konkurencję. Polskie oko gubi się w nazwach litewskich. Już wiem, że moje ulubione nazywa się kvietinis – piwo pszeniczne. Odczuwam ogromną pokusę, żeby od razu napić się piwa, ale chyba na Litwie nie jest to w dobrym tonie. Nie widzę nikogo pijącego piwo z butelki, chociaż stragany z piwem są na każdym kroku. Wreszcie zobaczyłem kogoś popijającego cudowny trunek z flaszki… Mówił po rosyjsku.

Na jednym ze straganów rozpoznaję konopie. Należy zadać pytanie, czy indyjskie, czy lokalne. Można nabyć olejek z konopi, suszone konopie na wywar… wyglądają raczej, jak by były do palenia. Nawet jeśli to nie są indyjskie konopie, to sprzedawcy wyglądają na takich, co od czasu do czasu lubią zapalić nielegalne indyjskie konopie. Na kolejnych straganach znów pojawiają się produkty z podejrzanej rośliny: napar z herbaty – smaczny, olejek – gęsty, mielone konopie – fantastyczne. Wszyscy zachęcają do próbowania ich towarów z pewnym natręctwem. Bywają natarczywi, a gdy odpowie się ačiu i idzie się dalej, w ich oczach jest widoczne rozczarowanie. Gdzieś litewska oschłość i małomówność ginie. Są gadatliwi i kontaktowi. Mają tylko trzy dni na sprzedanie towaru. Druga taka okazja będzie za rok.

Na jednej z bocznych „uliczek” bazarowych jest wyspa polsko-ukraińska. Obok siebie stoją stragany z ukraińskimi wyszywankami, rękodziełem z Ukrainy, słodyczami. Nieopodal polskie wyroby z drewna z Białowieży, polskie słodycze – nad straganem widnieje napis „krówki” i… baklawa z Polski. Polsko-turecka piekarnia z Warszawy sprzedaje baklawę z powodzeniem. Kontaktują się z klientami po angielsku i są zadowoleni. Litwini kupują tureckie słodycze. Kupują również wyroby z drewna, ale Polacy musieli zaniżyć cenę w porównaniu do Polski. Pomimo to, są zadowoleni. Warszawiacy sprzedający słodycze z Polski narzekają – Litwini nie chcą kupować polskich produktów, gdy usłyszą, że towar jest z Polski, potrafią zostawić zakupy i sobie pójść. Nie wiedzą, czy przyjadą za rok.

W niedzielę po południu tłum rzednie. Wystawcy powoli zaczynają zwijać stragany. Jeszcze kilka godzin korków w Wilnie i wszystko wróci do równowagi.

Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 5 (249) 18-30 marca 2016

X