Kardynał Marian Jaworski o przyjaźni z św. Janem Pawłem II

Kardynał Marian Jaworski o przyjaźni z św. Janem Pawłem II

Dobiegło kresu ziemskie życie kard. Mariana Jaworskiego. Odszedł do Pana po nagrodę wieczną za długoletnią i owocną posługę Kościołowi i ludziom.

W domu Ojca znów spotka się z przyjacielem świętym Janem Pawłem II. – Nie uważałem nigdy za słuszne, żeby eksponować znajomość czy bliskość z księdzem profesorem Karolem Wojtyłą, potem biskupem, kardynałem i wreszcie Ojcem Świętym. Nigdy też z tej znajomości nie korzystałem – powiedział kiedyś kard. Marian Jaworski. Dziś jednak zechcę Twoim Eminencjo spojrzeniem popatrzeć na tę bliskość i znajomość ze świętym Janem Pawłem II. Posłużę się własnymi wywiadami przeprowadzonymi z Tobą i przez innych dziennikarzy.

Przyjaźń i współpraca na niwie naukowej i kontaktach osobistych
– W 1951 roku Ojciec Święty, wówczas młody ksiądz, został skierowany przez arcybiskupa Eugeniusza Baziaka na Uniwersytet Jagielloński, aby napisał rozprawę habilitacyjną. Odszedł wtedy z parafii św. Floriana, gdzie prowadził duszpasterstwo akademickie. Ja zaś w tymże roku – po rocznym wikariacie w Baszni Dolnej koło Lubaczowa – skierowany zostałem przez naszego abp. E. Baziaka na studia doktoranckie do Krakowa. Zamieszkałem przy parafii św. Floriana. Od tego czasu trwała nasza znajomość i współpraca. Ks. Wojtyła wciąż przychodził do św. Floriana, aby prowadzić duszpasterstwo akademickie, głosić rekolekcje. A potem, gdy został mianowany biskupem i przeniósł się na Kanoniczą 21, zaproponował mi mieszkanie w tej kamienicy. Tak było do czasu, kiedy został arcybiskupem, metropolitą krakowskim. Wtedy razem z nim przeniosłem się na ul. Franciszkańską 3 i mieszkałem tam jeszcze kilka lat po jego wyborze na papieża. Łączyły nas zainteresowania filozoficzne. Z tą różnicą, że ksiądz profesor, a potem biskup Wojtyła prowadził refleksje w dziedzinie etycznej, natomiast ja przeszedłem z metafizyki do filozofii religii. Opierałem się wtedy na fenomenologii, zwłaszcza Maksa Schelera. W tym była także pewnego rodzaju bliskość, dlatego, że praca habilitacyjna księdza dr. Karola Wojtyły poświęcona była myśli Maxa Schelera. Łączyła nas także praca, zarówno gdy chodzi o organizację Wydziału Teologicznego w Krakowie, a potem Papieskiej Akademii Teologicznej, jak i w Komisji do spraw Nauki Katolickiej oraz w Radzie Naukowej Episkopatu, której przewodniczył kardynał Wojtyła, a ja byłem jej sekretarzem. Spraw do załatwienia w stosunkach Państwo – Kościół w sprawach nauki i uczelni katolickich było sporo. Władze komunistyczne zlikwidowały Wydział Teologiczny w Warszawie i Krakowie i otworzyły jednostronnie Akademię Teologiczną na model rosyjski, by zaniżyć status duchowieństwa w Polsce. Podjęliśmy działania, by studia seminaryjne powiązać z wydziałami teologicznymi na prawach papieskich, aby spełniając odpowiednie warunki, mogli studiujący otrzymywać stopień magistra. Na to bardzo gniewały się władze państwowe. Przez wiele lat nie uznawały one Papieskich Wydziałów Teologicznych w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu. Nasze wydziały działały nie po ich myśli i przeprowadzały wszystkie przewody naukowe na uczelni, tak jak państwowe. Władze chciały pertraktacji, ze strony kościelnej prowadził je bp Romaniuk, ks. Żurowski jezuita i ja. Kilka razy jeździliśmy do Warszawy na te rozmowy. Władze państwowe zgodziły się na to, ale chciały żeby wszystkie przewody posłać jeszcze raz do komisji weryfikacyjnej w Ministerstwie, by mogli je zatwierdzić. Nie mogliśmy się zgodzić na to. Cieszę się, że papież podniósł Akademię Papieską do rangi Uniwersytetu Papieskiego. W tej pracy także było wspólne zrozumienie i wspólny cel. Oprócz poszukiwań intelektualnych było codzienne życie i pasje. Robiliśmy wycieczki narciarskie i rowerowe. Nie zapomnę, jak po nominacji Karola Wojtyły na arcybiskupa krakowskiego w 1964 roku mogłem się wybrać z nim na nartach przez Markowe Szczawiny na Babią Górę. Pomyślałem wtedy, że arcybiskup poznaje swoją archidiecezję. Ale ja byłem raczej kiepskim narciarzem. Późno zacząłem uprawiać ten sport. Tak więc na niwie pracy naukowej, ale i w osobistych kontaktów, ukształtowała się ta przyjaźń – mówił kard. M. Jaworski.

Wychowankowie Matki Boskiej Kalwaryjskiej
W życiu kard. Mariana Jaworskiego i świętego Jana Pawła II ogromną rolę odegrała Kalwaria Zebrzydowska. Ojciec Święty dwukrotnie w czasie swojego pontyfikatu w 1979 i 2002 roku pielgrzymował do Kalwarii Zebrzydowskiej, zawierzył Kościół, naród Matce Bożej. „Tobie ufam i Tobie raz jeszcze wyznaję Totus Tuus, Maria!” – powiedział w homilii. O niej tak mówił kard. M. Jaworski: – W 1945 r. wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego we Lwowie. Jednak kiedy miały rozpocząć się studia, władze sowieckie nakazały zlikwidować seminarium, które istniało od kilku wieków. Abp Eugeniusz Baziak, metropolita lwowski, oświadczył:

– Zrobię wszystko, aby nie zmarnowało się ani jedno powołanie kapłańskie. Na jego prośbę o. prowincjał Bronisław Szepelak udzielił gościny naszemu seminarium w klasztorze Ojców Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej. Po tygodniu od wyjazdu ze Lwowa koleją, wagonami towarowymi, przybyliśmy na miejsce. Pobyt w klasztorze pod opieką Pani Kalwaryjskiej to wielki dar Boży za pośrednictwem Ojców Bernardynów. To nie tylko przetrwanie Seminarium Lwowskiego przez 5 lat (1945–1950), to nie tylko 26 kapłanów, którzy otrzymali tu święcenia i którzy zagwarantowali ciągłość tradycji duchowieństwa lwowskiego na przestrzeni jego dziejów; to także duchowy „klimat”, w którym żyliśmy. Przebywając w klasztorze weszliśmy w uporządkowany rytm życia zakonnego, w normalność. Po wszystkich zawirowaniach i doświadczeniach, które stały się naszym udziałem, to była przystań. Cenię sobie to co otrzymałem w Kalwarii i opiekę Matki Bożej Kalwaryjskiej. 25 czerwca 1950 r. przyjęliśmy w bazylice święcenia kapłańskie, których udzielił nam abp Eugeniusz Baziak – a więc wielka łaska kapłaństwa w trudnych latach wygnania ze Lwowa i najostrzejszego wtedy reżimu stalinowskiego. Karol Wojtyła był też związany z Kalwarią na swój sposób, od lat dziecięcych chodził razem z ojcem i tam odbywał swoje dróżki i to pozostało jego tradycją do końca życia. Karolowi Wojtyle zmarła matka, gdy miał 9 lat. Ojciec po śmierci żony zabrał Karola na pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej, by tam powierzyć go Matce Bożej Kalwaryjskiej mówiąc: „Oto teraz, gdy zabrakło ziemskiej matki, Matka Niebieska będzie twoją czułą opiekunką, chroniącą cię przed złem tego świata”. I jak sam twierdził, gdy miał trudne problemy, udawał się do Matki Bożej Kalwaryjskiej i ona pomagała mu je rozwiązać. Spotykałem się z Nim w Kalwarii. w miejscu pielgrzymowania. Pamiętam pielgrzymki przybywające tu z różnych stron kraju, szczególnie z południa Polski, a także ze Słowacji i Węgier. Budowaliśmy się pobożnością ludzi, na klęczkach obchodzących ołtarz w bazylice, odbywających drogę krzyżową i czekających w długich kolejkach do konfesjonału. To wszystko nas wychowywało i bogaciło. Na swój sposób jesteśmy wychowankami Matki Boskiej Kalwaryjskiej.

Wypadek, który pogłębił przyjaźń
Panuje powszechne przekonanie, że tym, co połączyło profesorów Karola Wojtyłę z Marianem Jaworskim był wypadek. 4 lipca 1967 r. pod Działdowem doszło do katastrofy kolejowej, w której zginęło 7 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Wśród poszkodowanych znalazł się ks. prof. Marian Jaworski. Kapłan miał zmiażdżoną część lewej ręki. Został przewieziony do działdowskiego szpitala, w którym zespół medyczny dokonał operacji. Na wieść o tym Metropolita Krakowski Karol Wojtyła 11 lipca 1967 r. odwiedził swojego przyjaciela. O tym wydarzeniu w jednym z wywiadów ks. prof. Marian Jaworski powiedział:

– Mnie na te rekolekcje poprosił śp. biskup Obłąk z Olsztyna. Wcześniej był u abp. Wojtyły. Czy oni między sobą to uzgadniali, nie mogę powiedzieć. Pojechałem głosić rekolekcje do Olsztyna, abp Wojtyła poleciał do Rzymu i tam dowiedział się o moim wypadku. Kiedy po otrzymaniu pierścienia i biretu kardynalskiego wrócił do Polski, pojechał do przyjaciół na kajaki na Mazury i wtedy także odwiedził mnie w szpitalu w Działdowie. Na pytanie: -Czy to wydarzenie mocniej was połączyło? Kardynał odpowiedział:

– Tożsamość każdego człowieka kształtuje się przez odniesienie do drugiego. Tożsamość rodziców, tożsamość dziecka kształtuje się przez wydarzenia, historie życia. Ich relacje są wypełnione treścią wspólnoty między nimi. Niewątpliwie i w naszym przypadku te wszystkie wydarzenia, także mój wypadek, wpisywały się w nasze relacje. Ale jednocześnie kształtowały one tożsamość każdego z nas.

Ogromny sukces to wizyta papieża Jana Pawła II w Lubaczowie, Lwowie i Kijowie
Na trasie czwartej pielgrzymki do Ojczyzny papieża Jana Pawła II znalazł się Lubaczów. Pojawiły się wątpliwości dziennikarzy, a nawet Episkopatu Polski, czy takie małe miasteczko potrafi zorganizować tak wielkie przedsięwzięcie, by nie było kompromitacji. Nie zwątpił abp Marian Jaworski. Posługiwał się jednym argumentem: – Ale papież Jan Paweł II chce być w Lubaczowie. I był, i to dwa dni – 2–3 czerwca 1991 roku. W 2001 roku Ojciec Święty Jan Paweł II dzięki staraniom kard. M. Jaworskiego odbył pielgrzymkę na Ukrainę. Wizyta Ojca Świętego w Lubaczowie to symbol. Gdy Go zapraszałem byłem biskupem administratorem apostolskim Archidiecezji w Lubaczowie. Gdy witałem Go w tym mieście byłem już arcybiskupem metropolitą lwowskim. Zostały już w styczniu 1991 r. przez Ojca Świętego wskrzeszone struktury kościelne na Ukrainie, które działały od wieków. Biskupi i wierni z tamtej strony granicy przybyli do Lubaczowa na spotkanie ze swoim Papieżem. Lubaczów wypiękniał przed tą papieską wizytą. Ojciec Święty podziękował Lubaczowowi, że był przez 45 lat siedzibą Archidiecezji Lwowskiej i zapewnił ciągłość funkcjonowania tej metropolii. Wspomnieć tu należy postać abp. Eugeniusza Baziaka. On mnie wyświęcił na kapłana, byłem jego kapelanem przez 3 lata. Ks. Karola Wojtyłę wybrał i wyświęcił na biskupa. Był jego biskupem pomocniczym przez 4 lata. W Lubaczowie w homilii przypomniał, że był tutaj jako biskup nominat we wrześniu 1958 roku na jubileuszu 25-lecia sakry biskupiej śp. Eugeniusza Baziaka. Powiedział wówczas: „Ja sam zaciągnąłem wobec metropolity lwowskiego olbrzymi dług. Dane mi było w tydzień po owym spotkaniu w lubaczowskiej prokatedrze przyjąć z jego rąk święcenia biskupie w katedrze na Wawelu, aby jako biskup wspomagać go pasterską posługą aż do śmierci w czerwcu 1962 r.”.10 lat później Ojciec Święty Jan Paweł II 26 czerwca 2001 roku na lwowskim hipodromie dokonał beatyfikacji ks. Zygmunta Gorazdowskiego i abpa Józefa Bilczewskiego. W homilii powiedział: „Ta beatyfikacja jest także dla mnie źródłem szczególnej radości. Błogosławiony Józef Bilczewski wpisuje się w linię mojej sukcesji apostolskiej. To on bowiem konsekrował arcybiskupa Bolesława Twardowskiego, ten zaś z kolei wyświęcił biskupa Eugeniusza Baziaka. Z jego rąk otrzymałem święcenia biskupie – tak więc dzisiaj ja również zyskuję nowego szczególnego patrona. Dziękuję Bogu za ten przedziwny dar”. Ojciec Święty chciał być we Lwowie, mieście ślubów Jana Kazimierza. Z ołtarza polowego w Lubaczowie spojrzał na Wschód. Mówił: „Nie wiem kiedy będzie mi dane odwiedzić Lwów i tamte ziemie”. I stało się to. W Truskawcu mieliśmy, przedstawiciele wszystkich kościołów, spotkanie z prezydentem Ukrainy L. Kuczmą. Każdy mógł coś powiedzieć. Powiedziałem, że pielgrzymka papieża Jana Pawła II byłaby wyrazem niepodległości Ukrainy. Potwierdził to. Poszło zaproszenie ze strony władz państwowych. Wizyta ta zapoczątkowała przełom w historii Ukrainy. Była wyrazem uznania dla naszego Kościoła, który przeżył ciężkie czasy w czasie wojny i później, przeszedł takie doświadczenie. Jest wiele jeszcze do zrobienia. Trzeba pracować nad oczyszczeniem pamięci, bez której nie będzie pojednania. Jest za dużo zafałszowania historii i tyle nieznajomości, że trzeba tę pamięć oczyścić. Dla mnie wielkim darem i łaską Bożą był jubileusz 80-lecia urodzin we Lwowie. Do mnie, którego początkowo nie chciano przyjąć we Lwowie i musiałem odwołać swój ingres który odbył się później 18 maja 1991 r., na tę uroczystość przyszli przedstawiciele wszystkich kościołów działających na Ukrainie i władze państwowe. To był prawdziwy ekumenizm. Nie potrzeba większej laurki dla mnie.

Wyjątkowy dar Pana Boga
Gdy Ojciec Święty Jan Paweł II był umierający Jego drugi sekretarz osobisty ks. prał. Mieczysław Mokrzycki poinformował telefonicznie o tym kard. Mariana Jaworskiego. Pomimo tego, że był po operacji na serce poleciał samolotem do Rzymu. W dniu umierania wraz z abp. Stanisławem Dziwiszem, kard. Stanisławem Ryłko i ks. prał. Mieczysławem Mokrzyckim koncelebrował Mszę św. przy łóżku Papieża, udzielił Mu świętego wiatyku i sakramentu namaszczenia. O tym mówi niewiele: -Wielkim darem Bożym było to, że przez tyle lat życia byliśmy razem. Wyznaczał moją drogę życiową. To nie ulega żadnej wątpliwości, że łaską Bożą było dla mnie i to, że po zabiegu na serce zaraz na drugi dzień mogłem wylecieć do Rzymu i być przed śmiercią u Ojca Świętego. Boży spokój miał Jan Paweł II. To wszystko dokonało się w duchu głębokiej wiary. To jest dla mnie doświadczenie przemijania. Ja patrzyłem na historię tego przemijania. Poznałem tego człowieka gór, nart, intelektu, serca. Jak była wystawiona trumna ze zwłokami Ojca Świętego i przychodzili najwięksi ludzie z całego świata, ja to odbieram jako wyjątkowy dar Pana Boga. To, że na drodze swojego życia spotkałem Karola Wojtyłę i byliśmy tyle lat razem aż do Jego śmierci, to też był wielki dar Boży.

PS Wielkim darem Bożym dla mnie było to, że na drodze swojego życia spotkałem kard. Mariana Jaworskiego. Mogłem spotykać się z Nim, rozmawiać, słuchać Jego kazań. Dziękuję Mu, że pozwolił korzystać z archiwum Kurii, pisać o Nim. Każdy artykuł nagradzał swoimi książkami, obrazkami z napisem „Dziękuję”. Pewnego dnia dyrektor szkoły powiedziała mi, że bp M. Jaworski prosi, bym przyszedł do Kurii. Poszedłem „z duszą na ramieniu”. Czego może chcieć ode mnie Biskup? – Poprosiłem Pana, by podziękować za artykuł w „Gościu Niedzielnym” – powiedział. – A powiem Panu jak to było. Przyjechałem do Rzymu na spotkanie z Ojcem Świętym. Byli tam moi koledzy profesorowie z krakowskiej uczelni. Jeden z nich powiedział: „Marian, o Tobie tu piszą”. Wręczył mi ten tygodnik. Zrobiłem sobie ksero. Przeczytałem. I chcę się z Panem podzielić refleksją. Byłem zaskoczony. Odniósł się do każdej mojej myśli, nie mając tekstu przed sobą. Zrozumiałem, jak dokładnie przeczytany został ten artykuł. Wręczył mi trzy piękne albumy wydania watykańskiego w podzięce za tę publikację. Z wrażenia zapomniałem poprosił o autograf. Kard. Marian Jaworski za każdą rzecz dziękował Opatrzności Bożej i ludziom, którzy wyświadczyli dobro. Pozostanie w mojej pamięci na zawsze.

Adam Łazar
Tekst ukazał się w nr 20 (360), 30 października – 16 listopada 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X