Jerzy Jurczyński – Honorowy Ambasador Miasta Charkowa w Polsce Jerzy Jurczyński i Konstanty Czawaga, ze zbiorów autora

Jerzy Jurczyński – Honorowy Ambasador Miasta Charkowa w Polsce

Rozmowa Konstantego Czawagi z Jerzym Jurczyńskim, koordynatorem projektów specjalnych PolandHelps, który od ponad trzech lat pomaga ofiarom wojny w wielkim mieście na wschodzie Ukrainy codziennie bombardowanym przez Rosjan. Niedawno został wyróżniony tytułem Honorowego Ambasadora Miasta Charkowa w Polsce.

Nasze spotkanie odbyło się w lwowskiej placówce PolandHelps, gdzie Jerzy Jurczyński zatrzymał się na krótko po drodze z Charkowa do Polski.

– Nigdy nie myślałem, że będę wolontariuszem, że będę zajmować się pomocą humanitarną – powiedział Jerzy Jurczyński. – I to chyba dotyczy większej liczby osób. Nikt nie spodziewał się, że znajdzie się w środku wojny, że będzie na tej wojnie walczył albo będzie przed nią uciekał. Albo będzie w jakiś sposób dotknięty wydarzeniami tej wojny. Ja niosę pomoc i mam szczęście, że mogę nieść tę pomoc, jaka finansowana jest przez Polaków. Jesteśmy dotknięci tą wojną. Ta wojna nas zmieniła. To co robimy teraz, nie ma nic wspólnego z całym naszym wcześniejszym życiem zawodowym.

ze zbiorów Jerzego Jurczyńskiego

Jak Pan zaangażował się w wolontariat? – zapytałem.

To co robię to nie jest wolontariat. To jest raczej służba ochotnicza. Tak się przyjęło, że wolontariusz to człowiek, który za darmo, bez żadnego wynagrodzenia pomaga innym. Jestem raczej ochotnikiem, który pracuje tutaj na Ukrainie. Organizowanie pomocy humanitarnej dla ofiar wojny to jest moja praca. Oczywiście praca na ochotnika i tutaj zostawiłem serce. Ale zawsze chcę oddać szacunek prawdziwym wolontariuszom, czyli tym, którzy społecznie, bezpłatnie pomagają innym.

Znam wielu wspaniałych, cudownych obrońców Ukrainy, którzy nigdy nie byli wojskowymi. Przed wojną byli politykami, prowadzili firmy, byli menedżerami. Później zostali wolontariuszami. A na końcu tego procesu sami ochotniczo wstąpili albo do gwardii, albo do zbrojnych sił Ukrainy. To jest ich szlak. Oni też nie byli przygotowani. Ja też nie byłem przygotowany, ale uważam, że wszytko co zawodowo robiłem w życiu, w jakiś sposób mnie na to przygotowywało. I gdyby nie to moje doświadczenie wieloletnie zawodowe, to nie mógłbym robić tego co robię teraz dla Polski i dla Ukrainy w czasie tej wojny.

A to doświadczenie – to aż boję się spojrzeć wstecz, bo to długie lata, w czasie których byłem dziennikarzem. Później zajmowałem się przez wiele lat komunikacją kryzysową, byłem rzecznikiem prasowym wielu potężnych polskich firm. Byłem wiceprezesem klubu sportowego do spraw bezpieczeństwa, gdzie zajmowałem się zwalczaniem grup przestępczych związanych ze środowiskiem kibicowskim. Byłem też lobbystą, lobbowałem dla przemysłu tytoniowego w Polsce. A tuż przed wybuchem wojny pracowałem dla Fundacji „Się pomaga!”, jednej z największych fundacji dobroczynnych w Polsce. I kiedy wybuchła wojna, sam się zgłosiłem na ochotnika, zostałem wyznaczony do koordynowania pomocy ofiarom wojny w Ukrainie.

I tutaj zaczyna się ta cała dla mnie niesamowita historia. Ta wojna wiele osób zmieniła, zmieniła wszystko, zmieniła świat. Ale zmieniła też mnie. Bo bardzo szybko przekonałem się, przekonaliśmy się w Polsce, że żeby skutecznie i efektywnie pomagać, to nie można tego robić zza biurka w Polsce. Trzeba być tutaj. Trzeba identyfikować, gdzie ta pomoc jest naprawdę potrzebna, żeby była efektywnie wykorzystywana. I tak trafiłem do Lwowa. Przyjechałem tylko na trzy dni, a stąd razem z pomocą, którą finansowaliśmy z Polski, pojechałem do Pokrowska, a z Pokrowska do Charkowa. Myślałem że spędzę tam trzy dni, a to już ponad trzy lata.

Ostatnio patrzyłem na licznik i już parę razy objechałem kulę ziemską, cały czas podróżując po Ukrainie. To jest przede wszystkim Charków. To jest również Chersoń. I to co jest pomiędzy Charkowem i Chersoniem, czyli Donbas. Jesteśmy tam, gdzie rzeczywiście niewiele organizacji dociera. Tam, gdzie tę pomoc należałoby dostarczać. Bo nie sztuką jest dostarczyć pomoc do Lwowa, przy cały moim zachwycie dla tego miasta i szacunku dla wszystkich wolontariuszy. Jeśli chcemy pomagać, to kierujmy tę pomoc tam, gdzie ona naprawdę jest bardzo potrzebna. Tam, gdzie codziennie giną ludzie. Tam, gdzie codziennie Ukraińcy, nie tylko zresztą Ukraińcy, w tym również Polacy walczą o wolną Ukrainę, ale walczą również o niepodległą Polskę i niepodległą Europę. Po prostu jest to wojna o nasze wartości.

Jakie było pierwsze spotkanie z prawdziwą wojną? Gdzie Pan usłyszał strzały po raz pierwszy?

To był Charków. Był taki czas, kiedy regularnie o godz. 23 rozpoczynał się ostrzał miasta i z zegarkiem w ręku wszyscy na to czekali. To były pierwsze odgłosy wojny. Ale ta wojna szybko zbliżyła się do mnie. Już parę dni później, kiedy trafiłem do straży pożarnej i ze strażakami wyjeżdżałem do miejsc, gdzie były „przyloty”, gdzie ginęli ludzie. I to był obraz, którego nie da się zapomnieć. To był pierwszy moment, kiedy okazało się to rzeczywistością.

Ja tak mówię, że wojna nie jest dla ludzi, a ludzie nie są dla wojny. Nikt nie jest przygotowany na wojnę. Tak samo nie są przygotowani nawet zawodowi wojskowi – ci co całe życie przygotowują się do tego żeby stanąć z bronią w ręku w obronie ojczyzny. Tak samo strażacy, tak samo medycy. Dlatego, że to jest zupełnie inny świat, inna rzeczywistość. I tutaj pękają serca, pękają ludzkie umysły. Ludzie są złamani bardzo często.

W Ukrainie, w Charkowie, w Chersoniu, w Kijowie nikt się nie spodziewał, że będzie wojna, do ostatniego dnia. Ludzie byli przekonani, że to są takie plotki z telewizji, jakieś spekulacje polityczne. I nagle o 5 rano zobaczyli rosyjskie samoloty, zobaczyli wybuchy, ich domy stanęły w ogniu.

ze zbiorów Jerzego Jurczyńskiego

Kiedy dotarł Pan do Charkowa?

Pojawiłem się w Charkowie w czerwcu. To już był okres, kiedy udało się odepchnąć Rosjan od granic miasta. To jest lekcja dla nas, że czy jesteśmy we Lwowie, czy jesteśmy w Przemyślu nie dopuszczamy tej myśli, że to nie jest taka wojna, jak na przykład w Chersoniu, gdzie całą dobę nad miastem latają drony i polują na ludzi. Człowiek boi się wyjść na ulicę, boi się wyjść przed swój własny dom, bo może zostać zabity. I trudno w to uwierzyć, ale to jest rzeczywistość. Kiedy jedzie się z Chersonia do Lwowa, raptem może 800 km z Chersonia, z Charkowa czy Kupiańska 1200 km, ale to jest przejazd do innej rzeczywistości.

ze zbiorów Jerzego Jurczyńskiego

Są takie odcinki – droga życia czy droga śmierci – pomiędzy Chersoniem a Mikołajowem.

Droga życia. Tam Rosjanie polują na drogach dojazdowych do Chersonia, do Kramatorska, Słowiańska na Donbasie. Również drony już na światłowodach dolatują do obwodnicy Charkowa. Jedną z metod ratowania się, aby ci, którzy nimi podróżują, przeżyli, jest zasłonięcie, zakrywanie tych dróg siatkami rybackimi. Ale nie ma pełnej gwarancji bezpieczeństwa. Na tej drodze widać rozbite samochody i co parę dni ktoś na tej drodze ginie. Też są pewne żelazne zasady, których należy przestrzegać, czyli trzeba jechać w pełnym zabezpieczeniu, jeśli się posiada – kamizelka, kask, gogle. Powinien być w to wszystko wyposażony i nie wolno jechać poniżej 100-120 km/godz., żeby zminimalizować ryzyko.

Jak skutecznie pomagać?

Bardzo dużo dyskutuje się na temat, jaka pomoc potrzebna, ale ja uważam, że potrzebna jest chwila refleksji nad tym, jakiej pomocy Ukraina nie potrzebuje. Przede wszystkim nie potrzebuje śmieci. Ukraina to nie śmietnik. To nie jest miejsce, gdzie można wysyłać przeterminowaną żywność, przeterminowane leki, aparaturę medyczną, która została wycofana, złomowana albo już jest zabroniona w Europie. Albo używana odzież, która nikomu nie jest potrzebna, i będziemy to wysyłać tutaj. Nie, to nie jest pomoc.

Naszą pomoc dla Ukraińców tam na wschodzie zaczynaliśmy chyba tak jak wszyscy – od podstawowych produktów. Od dostarczania żywności, środków higieny, odzieży, też wody, bo były takie potrzeby. Ale to była zupełnie inna rzeczywistość. Ta wojna zmienia się bardzo dynamicznie, więc żeby skutecznie pomagać, trzeba też dostosowywać się do tych warunków. Podam przykład. Po zalaniu Chersonia przez wody Dniepru ruszyliśmy tam. Kiedy dotarliśmy z kajakami, pontonami, to okazało się, że w ciągu trzech dni woda już opadła i ta pomoc nie była potrzebna. Trzeba reagować na to co jest naprawdę potrzebne. Pamiętam też spotkanie z naczelnikiem jednej z gromad chersońskich, to już było parę miesięcy później. On nas prosił: przekaż wolontariuszom na zachodzie Ukrainy, żeby nam już nie przywozili jedzenia. My naprawdę z głodu nie umrzemy, mamy zupełnie inne potrzeby. Pamiętam, że wtedy przyjechaliśmy do jednego ze szpitali i lekarz opowiadał, że dwa dni wcześniej przyjechał konwój samochodów z Polski, który przywiózł im parę tirów wody pitnej. Oni mówią: ale my tej wody nie potrzebujemy. Okazało się, że wodociągi działały sprawnie, deficytu wody właśnie nie było.

Opowiem jeszcze o takim przykładzie pomocy dla Chersonia. Przyjeżdżało dużo konwojów i ludzi, którzy przywozili pomoc. Ponieważ jest to miejsce niebezpieczne, przyjeżdżali, w ciągu pięciu minut wszystko rozładowywali, przekazywali pierwszej lepszej organizacji, która była gotowa to przyjąć. Robili sobie zdjęcia i wyjeżdżali. Inni z kolei przyjeżdżali, zatrzymywali swój konwój w centrum miasta i każdemu kto akurat przechodził obok rozdawali tę pomoc. I znowu kończyło się to fotografiami. Ale to nie jest skuteczna pomoc.

Skuteczna pomoc polega na tym, że trzeba tam być, trzeba rozmawiać z ludźmi, trzeba wiedzieć gdzie naprawdę jest potrzebna. Czy jest potrzebna żywność, czy są potrzebne piecyki, czy zimą jest potrzebne drewno na opał. Oczywiście, możemy wszystko zawieźć, wszystko rozdać i przekazać, ale to będzie tylko pozorna pomoc. Opowiem kolejny przykład: w jednym z większych miast na wschodzie Ukrainy jedna z organizacji jednego dnia wydała 500 paczek żywności w centrum miasta. Poinformowała, że będzie udzielać pomocy. Za tydzień okazało się, że przyszło tysiąc osób, za trzy tygodnie już trzy tysiące i zrobiła się z tego jakaś niekończąca się opowieść, wydawało się, że przybywa potrzebujących w mieście. Ale to był efekt rozdawania za darmo – a zawsze się znajdą ludzie, którzy przyjmą. Równie dobrze możemy przekazać pomoc w Polsce – biednym osobom, chorym osobom, dzieciom. To znaczy, że to nie jest naszą misją tutaj. To są czasami trudne decyzje.

Jaka jest teraz sytuacja w Charkowie i czym bezpośrednie Pan się zajmuje?

Charków to miasto-bohater. Charków jest zraniony codziennie. Dzisiaj też mamy informacje, że być może w stronę miasta poleci kilkaset „szachedów”. Nie wiemy ile z nich dotrze do miasta. Ale pomimo to Charków, w którym jest teraz około milion czterysta tysięcy ludzi, żyje i pracuje. To jest ten fenomen, że ludzie się adaptują do wojny, próbują jakoś żyć. Próbują przetrwać. I Charków ma dwa oblicza. To jest to oblicze normalnego miasta, gdzie są otwarte restauracje, salony fryzjerskie, kluby, metro, trolejbusy. Wszystko to pracuje. Ale z drugiej strony, w Sztabie Zarządzania Kryzysowego widzimy, że nadlatują rakiety, że w każdej chwili ta rzeczywistość się zmienia. Za chwilę na ulicy pojawi się śmierć. I to są właśnie te dwa światy. Z jednej strony, ludzie normalnie żyją, ale z drugiej strony w każdej chwili ktoś może zginąć i niestety ginie. Bo tylko w minionym miesiącu w Charkowie rannych zostało ponad sto osób. I to jest rzeczywistość tej nowoczesnej wojny.

Jakie emocje Pan odczuwa, gdy jest zagrożenie życiu?

Strach zawsze jest. Dopóki się boisz, to znaczy, że twój organizm prawidłowo reaguje. Tylko trzeba kontrolować ten strach. Przez rok żyłem w mieszkaniu razem ze strażakami i po każdym ostrzale wyjeżdżałem z nimi w myśl zasady: jedziemy tam, skąd wszyscy uciekają. I to było takie złamanie pewnej blokady instynktu samozachowawczego, co dla strażaków jest naturalne. Oni po to są szkoleni. Podejmują ryzyko i idą. W zasadzie każdy taki wyjazd to było ryzyko. Ale to jest stan, powiedziałbym, permanentny strachu kontrolowanego. Ostatnio byłem w Charkowie, bo teraz tam pracuję z Departamentem Sytuacji Nadzwyczajnych. Jest to zespół ratowników, koordynatorów obrony cywilnej, który wyrusza natychmiast w miejsca gdzie jest ostrzał.

Na czym polega Pana praca w takich miejscach i sytuacjach?

Jestem jednym z nich, gotowy do pomocy przy ewakuacji, przy działaniach ratowniczych. Z drugiej strony, obserwuję jak to jest zorganizowane w Charkowie i te doświadczenia staram się przenosić do Polski. Każda sytuacja jest inna, więc obserwując na miejscu co jest potrzebne, podejmujemy decyzję o zakupieniu tego czy innego sprzętu. Na przykład ostatnio dostarczyliśmy im dozymetry, które pozwolą zidentyfikować zagrożenie radiacyjne. Oby nie były potrzebne. I to jest chyba największa satysfakcja.

Ale zawsze jest możliwy ponowny atak w to samo miejsce.

Oczywiście. Medycy, ratownicy, strażacy są celem ataku. I ta wojna po raz pierwszy wyraźnie to pokazała. To jest coś, czego nie mogą zrozumieć ludzie, na przykład, w Polsce. Że strażak, policjant, medyk, karetka, wolontariusz to cel. Ta wojna dotknęła nie tylko tych, którzy są w okopach.

Najbardziej poruszające momenty?

Najbardziej poruszające momenty to na przykład sceny ze szpitala wojskowego. Nie będę mówił w jakim mieście. Tam pomagamy. Tam codziennie trafiają ranni chłopcy, zwłaszcza w nocy, kiedy można ewakuować tych ludzi. Czasami trafiają tam parę godzin po poranieniu, a czasami dopiero po tygodniu. Kiedy są przywożeni do szpitala, jeszcze pachną wojną, pachną prochem. I następnego dnia jeszcze są w szoku, budzą się i wtedy muszą zawiadomić rodzinę, że są ranni i żyją. To są poruszające sceny, kiedy chłopak, który stracił dwie ręce, dwie nogi, przez telefon próbuje o tym powiedzieć swojej matce. Albo mężczyzna, który nie widzi, nie słyszy, ma poparzoną całą twarz. I żona przyjeżdża i widzi go w tym szpitalu. Takich chwil nie można zapomnieć.

Jaka pomoc jest potrzebna tam, gdzie jest potrzebna?

Chwała Bogu, we Lwowie na razie nasza pomoc nie jest potrzebna. Ale potrzeby są ogromne. Począwszy od specjalistycznego sprzętu medycznego, leków i opatrunków. My w tej chwili dostarczamy tysiące apteczek taktycznych. To jest podstawowa rzecz dla każdego wojskowego, która ratuje życie. Koszt apteczki taktycznej to około 500 złotych. Kupujemy takie apteczki w Ukrainie, kompletujemy, przekazujemy obrońcom, przekazujemy policjantom, medykom. To są również ogrzewacze, termo bielizna, różne rzeczy. Potrzebują ogrzewaczy do dłoni. A czasami potrzebują jakiegoś mojego podarunku po to, żeby wiedzieli, że ktoś o nich pamięta, że ktoś jest razem z nimi. W szpitali wojskowych to jest zupełnie inne miejsce. Tam codziennie trafiają żołnierzy ranni w nocy są przywożeni i oni potrzebują prostych rzeczy: szczoteczki do zębów, pasty do zębów, bielizny. I też wspieramy medyków w tych szpitalach. Ukraina, zwłaszcza szpitali wojskowe ma wspaniałą kadrę oddanych ludzi. Wspaniałych lekarzy, którzy robią tutaj cuda. Ale potrzebują sprzętu medycznego, który nie jest tanio. Dlatego my dostarczamy najnowocześniejszy sprzęt medyczny dla szpitali wojskowych we Wschodniej Ukrainie. Dlatego że wiemy, że on realnie ratuje życie. Że każdy taki mikroskop operacyjny czy endoskop do specjalistycznych operacji na kręgosłupie to są setki uratowanych ludzi. Jesteśmy tam, gdzie toczy się codziennie walka o życie. To są na przykład szpitali.

Również chciałbym powiedzieć jaka pomoc NIE JEST POTRZEBNA. I to jest ważniejsze. Najpierw należy słuchać i jeśli wsłuchamy się, będziemy wiedzieć jakie potrzeby są w szpitalu w Chersoniu, a jakie potrzeby są w Charkowie. Dla bardzo wielu organizacji, dla bardzo wielu osób – pomijam kwestię tego, że był to też sposób na biznes – pomoc humanitarna zaczęła przypominać troszeczkę utylizację rzeczy niepotrzebnych. Ukraina to nie śmietnik. Jeśli chcemy coś wyrzucić, to nie udawajmy że wysyłanie tego to pomoc. Wiele mieliśmy takich przypadków. Przeterminowane leki. Przeterminowana żywność. Jakaś potargana odzież. Zniszczony sprzęt medyczny, wycofany dawno z użytku, niekompletny. Łóżka szpitalne – miały być nowoczesne dla rannych, ale kiedy przyjęliśmy to do naszego magazynu w Charkowie, okazało się że są to połamane ramy bez silników, po prostu złom. Ale jakaś organizacja, jacyś dobroczyńcy gdzieś tam w dokumentach wpisali to jako „łóżka przekazane dla Ukrainy”. Są takie przykłady naszych rodaków, którzy jadą tysiąc kilometrów do Chersonia po to żeby przywieźć cztery butle turystyczne gazowe, z czego trzy nie działają. Czy historia następnej pomocy, czyli busa jadącego do Charkowa wypełnionego ziemniakami i jarzynami. I tak dalej, i tak dalej. To jest udawana pomoc, turystyka.

Cenię oczywiście poświęcenie i to, że ludzie chcą pomagać Ukrainie i chcą osobiście w tym brać udział. Ale należy wymyśleć jakiś inny sposób. Jak najbardziej zapraszamy do współpracy.

Jak układa się współpraca z władzami ukraińskimi?

Żeby skutecznie pomagać, niezbędna jest współpraca z władzami lokalnymi, samorządowymi, bądź państwowymi. I z administracją wojskową, i z lokalnymi gromadami. Dlatego że naczelnicy tych małych wsi nad Dnieprem czy wokół Charkowa i Sum doskonale wiedzą, kto jest kim, kto potrzebuje pomocy, ile osób zostało w tej wsi. Mają wodę czy nie mają wody, czy potrzebują chleba. My tak działamy i to jest warunek. Jeśli chcesz pomagać skutecznie, przede wszystkim współpracuj z organizacją. Nie można mówić, że wszystko jest kradzione, że jest korupcja, że ta pomoc nie dociera. My współpracujemy, ale dostarczamy sami – to jest ważne, że zaufanie musi być z obu stron.

ze zbiorów Jerzego Jurczyńskiego

Charków to hub przyfrontowy, to miasto zmilitaryzowane, w odległości 30 km od niego toczą się cały czas bardzo krwawe walki. Jestem w Charkowie już ponad trzy lata. Na początku do wszystkich instytucji państwowych czy samorządowych podchodziłem bardzo nieufnie. Na początku przekazaliśmy tam parę generatorów, później zaczęliśmy wspólnie realizować większe projekty. Na przykład finansowaliśmy kilkaset tysięcy gorących posiłków dla mieszkańców Charkowa w zimie 2023 roku. Ale cały czas to była taka współpraca, w której ja patrzyłem na ręce instytucjom przyjmującym od nas pomoc. Dopiero teraz, po trzech i pół roku zdecydowałem się na bardziej ścisłą współpracę. Dokonaliśmy filtracji i rzeczywiście mamy tam partnera strategicznego, jak Departament Sytuacji Nadzwyczajnych. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to jest zespół ludzi, którzy są patriotami, którzy nie pracują – oni służą swojej ojczyźnie i swojemu miastu. I chwała tutaj też merowi Charkowa, Ihorowi Terechowowie (Terechow), że potrafi takich ludzi wokół siebie skupić. Są oczywiście miejsca, gdzie sowiecki sojuz jeszcze tkwi, jak w całej Ukrainie, ale to jest problem całej Ukrainy, tak jak korupcja. I trzeba tylko być bardzo wyczulonym i pracować tam, gdzie takie schematy nie obowiązują. Od początku mówiliśmy, że nie uczestniczymy w żadnych takich schematach.

ze zbiorów Jerzego Jurczyńskiego

Czy są jeszcze Polacy-wolontariusze na terenach wschodniej i południowej Ukrainy?

Są Polacy, którzy tam docierają z pomocą. Każdy z nich raczej stara się to robić indywidualnie. Charków jest dużym miastem, gdzie zarówno jest Caritas i to już od wielu-wielu lat, jest też Polska Akcja Humanitarna ze swoimi milionowymi budżetami.

ze zbiorów Jerzego Jurczyńskiego

Pan otrzymał certyfikat Honorowego Ambasadora Charkowa w Polsce.

Tak, to jest niezwykłe wyróżnienie, które otrzymałem od Rady Miasta Charkowa. Mam zaszczyt reprezentować Charków w Polsce, jak i w Ukrainie. To na pewno wyróżnienie, którego się nie spodziewałem. To jest dla mnie ogromny zaszczyt, ale oczywiście też odpowiedzialność. Tym tytułem będę mógł posługiwać się tylko przez trzy lata. Kiedy wręczano mi certyfikat, zapytałam dlaczego – czy nie wierzycie, że przeżyje dłużej niż trzy lata? Odpowiedziano mi: mamy za trzy lata następne plany z tobą związane. A moją misją jest właśnie mówić o jego bohaterstwie i o tym, że to miasto żyje i pracuje. Mamy nadzieję, że po wojnie polski biznes będzie współpracować z Charkowem.

Ale mogę tez powiedzieć, że w Charkowie inna nagroda była dla mnie również ważna. To było dwa lata temu, kiedy otrzymałem plakietkę ratownika strażackiej jednostki ratownictwa wysokościowego. I wydaje się, że cały czas trzymamy ten wysoki poziom w Charkowie. Ja bardzo dziękuję wszystkim charkowianom za to zaufanie, jakim mnie obdarzyli, bo jest to również forma też podziękowania nie tylko dla mnie, ale forma podziękowania i forma szacunku miasta Charkowa dla Polaków za tę pomoc, którą tam od początku pełnoskalowej agresji niesiemy. Bo ta pomoc jest naprawdę bardzo-bardzo potrzebna. Ona ma nie tylko wymiar materialny. To nie tylko tony żywności, higieny czy miliony złotych, za których kupujemy  sprzęt medyczny, ale to chodzi też o coś więcej. O tą świadomość, że Ukraina nie została sama. Że Charków, Chersoń, Donbas, że ci ludzie, którzy tam walczą i codziennie umierają nie są sami. Że walczą o jakąś większą sprawę i że my jako Polska czy jako Europa jesteśmy razem z nimi. A moim zdaniem powinniśmy też, bo to jest wojna nie tylko Ukrainy. To wojna o nasze wartości, a kto nie lepiej jak Polacy nie znają rosyjskiego imperializmu, raszyzmu”.

Pan jeździ na wschód, na front i z powrotem, na zachód. Jak Pan radzi sobie z przekraczaniem granic emocjonalnych i fizycznych?

Może ujmę to w trzy hasła. Jedno – to podróż pomiędzy dwoma światami. I dobrze, że ona tyle trwa, że człowiek ma 12 godzin w samochodzie, żeby zaadaptować się z jednych warunków do drugich i żeby się uspokoić – że to co lata nad samochodem to ptak, a nie dron. A w drugą stronę – trzeba się uwrażliwić, że to już nie są ptaki, a drony.

Drugie – przekraczanie granicy strachu i tego jak człowiek reaguje na strach. Czy go kontroluje. I czy to mobilizuje go do większej ostrożności, do roztropności, czy go po prostu paraliżuje i wyeliminowuje. Ten człowiek powinien uciekać, nie powinien pojawiać się w takich miejscach.

Ale są jeszcze inne granice. Rozmawiałem z osobami wojskowymi i niewojskowymi, że setki tysięcy ludzi, którzy byli na froncie przekroczyli taką granicę, że potrafią zabić człowieka. Oni przeszli przez to. Oni muszą to robić i już potrafią. To są już inni ludzie, oni przeszli na drugą stronę. I prawda jest taka, że zarówno ja i wszyscy, którzy są tam czy byli, uczestniczą bezpośrednio w tej wojnie, są innymi ludźmi niż byli. Te rodziny, które na nas czekają, które czekają na tych chłopaków, muszą się z tym liczyć, że do domu wrócą zupełnie inni ludzie.

Kiedy przyjeżdżam do Polski i to jest podróż nie w czasie, ale to jest podróż do innej rzeczywistości. Zresztą podroż z Charkowa, podroż z Chersonia do Lwowa to jest podroż do innej rzeczywistości. Tam jest wojna, tam jest śmierć. Tam trzeba pamiętać, że codziennie można zginąć, a tutaj tej świadomości nie ma. Tutaj w Zachodnie Ukrainie ludzie normalnie żyją. Oczywiście zdaja sobie sprawę i tutaj Carstwo Niebieskie i pamięć ofiarom wojny tym, którzy zginęli we Lwowie, ale to jest jednak zupełnie inna rzeczywistość. Przyjeżdżamy do Polski, to widzimy ludzi, którzy nie wierzą w wojnę. Którzy nie tylko, że nie wierzą w tą wojnę tutaj w Ukrainie, ale nie wierzą w to, że taka wojna mogła by się zdarzyć w Polsce. Tak zawszę myślę o tych ludziach, których spotykam w Charkowie albo o tych, którzy są w okopach. I oni też wspominają, że oni jeszcze 23 lutego nie wierzyli w wojnę. Oni uważali, że to jakiś informacje, spekulacje, głupie dyskusje polityków w telewizji. Nikt nie wierzył w tę wojnę, a nagle nad ranem naleciały rosyjskie samoloty. My musimy być świadomi, że ta wojna jest realna i realnie nam zagraża i powinniśmy się do niej przygotowywać. Powinniśmy korzystać w doświadczenia ukraińskiego. I to jest też moje zadanie, żeby to doświadczenie z Ukrainy transferować, przenosić do Polski. Bo uczmy się na ukraińskich błędach i pamiętajmy, że tą wiedzę Ukraińcy przelali morze krwi.

Najbliższe plany – szybko wracać do Charkowa. Szybko wracać do Chersonia. Czekać na Zwycięstwo.

Dziękuję za rozmowę

PS Już po tym wywiadzie koordynator projektów specjalnych PolandHelps Jerzy Jurczynski razem z funkcjonariuszami Departamentu do spraw nadzwyczajnych Rady Miejskiej Charkowa zaprezentowali doświadczenia charkowskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego podczas polsko-ukraińskiej konferencji „Ochrona ludności w warunkach wojennych – doświadczenia miast ukraińskich”, która w dniach 17–18 listopada odbyła się w Warszawie. Jej współorganizatorami były Unia Metropolii Polskich oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, przy współudziale Akademii Pożarniczej.

Delegacja miasta-bohatera Charkowa podzieliła się swoim unikalnym doświadczeniem z przedstawicielami 12 największych miast w Polsce oraz dowództwem operacyjnym Państwowej Straży Pożarnej. Honorowy Ambasador Miasta Charkowa w Polsce Jerzy Jurczyński z PolandHelps zaprosił polskie miasta i polskich ratowników Państwowej Straży Pożarnej do partnerskiej współpracy z władzami miasta Charkowa. Wśród zaproszonych gości był Wasyl Bodnar – ambasador Ukrainy w RP.

Rozmawiał Konstanty Czawaga

Tekst ukazał się w nr 202 (482), 28 listopada – 17 grudnia 2025

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X