Rozmowy o niczym Spotkanie Władimira Putina ze Stevem Witkoffem na Kremlu 6 sierpnia 2025 r. Fot. Biuro Prasowe Kremla

Rozmowy o niczym

Mówiąc o planie Donalda Trumpa, mającym zakończyć wojnę w Ukrainie, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że Rosja „jest zainteresowana, aby osiągnąć cele środkami polityczno-dyplomatycznymi”. Jakie cele – o tym wytrawny dyplomata nie wspomniał i wypowiedź tę można różnie interpretować. Zwłaszcza, że podobno dokument miał pochwalić sam Władimir Putin! I w zasadzie mógł to zrobić, bo ten projekt musiał upaść. Nawet, jeśli był przygotowany w Moskwie, a może zwłaszcza wtedy.

Chociaż Donald Trump bagatelizuje doniesienia agencji Bloomberga, wedle których Steve Witkoff udzielał instrukcji Jurijowi Uszakowowi, doradcy Putina, w jaki sposób pochlebstwami przygotować grunt pod rozmowy z przywódcą USA, a słynny plan pokojowy został oparty o ten przekazany przez Rosjan, to jednak historia ta kładzie się cieniem na wizerunku USA i ich prezydenta. Historia, którą 25 listopada, powołując się na trzy źródła, potwierdził także Reuters, a której wiarygodność podważył sam Uszakow mówiąc, że opublikowanie transkrypcji rozmów jest próbą utrudnienia rozmów w sprawie ewentualnego porozumienia pokojowego. Co swoją drogą już jest wygodnym argumentem, by rozmowy te zerwać, zakładając, że Rosjanie jakichkolwiek argumentów mogliby potrzebować.

Ktoś może powiedzieć, że przecież już słyszeliśmy pogłoski, jakoby wygrana Trumpa była przede wszystkim zasługą rosyjskiego wsparcia, w tym udzielonego przez trolle i boty, że zarzucano mu działania na rzecz Kremla i to, że jest marionetką w rękach rosyjskiego wywiadu, a jednak żadna z tych kwestii politykowi nie zaszkodziła. Mimo wszystko wydaje się, że czym innym są personalne ataki na Trumpa, które zawsze można przedstawić jako przejaw politycznych rozgrywek, a czym innym oskarżenie Stanów Zjednoczonych o prorosyjskość. To zły sygnał nie tylko dla Ukrainy, ale przede wszystkim dla sojuszników Ameryki, którym nie spieszy się do przedstawienia im nowej „przyjaciółki”, miłej i sympatycznej Rosji, którą należy wprowadzić do grona cywilizowanych państw obdarowując ją na dzień dobry Krymem i połową sąsiedniego kraju.

Tę drugą połowę może zechce Polska przygarnąć, bo tak mówią na Kremlu…?

Ukazanie USA jako państwa, które nie prowadzi dziś niezależnej polityki wobec jednego kraju, podważy ich wiarygodność także na innych kierunkach. Kto da wiarę, że relacje z Chinami nie są układane w Pekinie, a zakończenie konfliktu trwającego w Gazie naprawdę nie jest realizowane według wytycznych z Tel Awiwu? Mocarstwo, które pisało scenariusze dla świata, teraz zostało zdegradowane do roli wykonawcy cudzych projektów. Czy wciąż powinniśmy się z nim liczyć?

Paradoksalnie rysa na wizerunku może stać się paliwem dla człowieka tak nieprzewidywalnego, jak Trump. Niewykluczone, że zaostrzy swoją retorykę i będzie chciał za wszelką cenę przekonać wszystkich o swojej sile i niezależności. Trudno ocenić, czy będzie to dla Kijowa dobra wiadomość, obojętna, czy może zła, bo próbując odwrócić uwagę od porażki Trump zajmie się Wenezuelą, sytuacją na Bliskim Wschodzie, albo przypomni sobie o Grenlandii. W przypadku tego polityka, jak chyba żadnego innego, trafna analiza polityczna opiera się o łut szczęścia.

Po niemal czterech latach wojny nie tylko Ukraińcy wyglądają pokoju. Prezydent USA, marząc o pokojowej nagrodzie Nobla, chciałby do swojej listy mniej lub bardziej rzeczywistych sukcesów dopisać rozwiązanie tego konfliktu. Europa pragnie stabilizacji na kontynencie, a część jej państw widzi w tej sytuacji okazję, by udowodnić swoją sprawczość i to, jak ważnymi są graczami na arenie politycznej. Polska chciałaby odsunąć widmo wojny od swoich granic, a wielu jej obywateli ma chęć pozbyć się z kraju ukraińskich uchodźców. Po pięknym zrywie z 2022 roku niewiele już pozostało, poza umiejętnie podsycaną ksenofobią. Każdy ma swój interes, oficjalny, głęboko skrywany, czasem wstydliwy, ale zawsze ważny. W tej sytuacji niejako automatycznie zakładamy, że także patriarcha Cyryl modli się o koniec Specjalnej Operacji Wojskowej i bezpieczny powrót do domów dzielnych obrońców ojczyzny, a na Kremlu ściskają kciuki, aby wreszcie udało się zdjąć z Rosji sankcje i by można było znów odwiedzić posiadłości na Lazurowym Wybrzeżu.

Tymczasem wcale tak nie musi być. Rosjanie wciąż wierzą, że będą kontrolować całe terytorium Ukrainy (to, które łaskawie pozostawią Ukraińcom), wybiorą rządzących w Kijowie i będą decydować o tym, kto stacjonuje w Polsce, Pribałtyce czy Rumunii. Będą nadawać kształt europejskiej polityce, bo w zasadzie kto inny miałby się tym zająć? Stany Zjednoczone, którym już nikt nie zaufa? Unia Europejska? O tym, że jest niewydolna i zajmuje się nie tym, czym powinna, a do tego chce przejąć władzę w poszczególnych krajach, przekonują prezydenci kilku państw członkowskich, a Brytyjczycy już dawno przejrzeli na oczy i opuścili ten „eurokołchoz”.

To, że prawdziwy, zakorzeniony w radzieckiej tradycji „kołchoz” czeka nas, jeśli kolejne państwa „wypiszą się” z Unii, lub pozostając w jej strukturach będą rozkładać ją od wewnątrz, czerpiąc korzyści z członkostwa równocześnie będą szkalować jej organy i siać antyunijną retorykę, nie przedostaje się już do narracji obowiązującej w niektórych europejskich partiach. Rosja sprawnie kształtuje nastroje społeczne i postawy polityków. Skutecznie wpływa na Amerykanów podsuwając im swoje pomysły, które oni uznają za własne, a cały świat przekonała, że jest gotowa do zakończenia wojny, do czego raczej wcale jej się nie spieszy. Podczas dyskusji na kolejnych spotkaniach przywódców mających zadecydować o kształcie przyszłego pokoju nikt nie zastanawia się, czy Kreml aby na pewno chce jakiegokolwiek porozumienia. Za takie nie można przecież uznać opcji narzucanych przez Rosjan – kapitulacja Ukrainy nie jest wywalczeniem pokoju.

Wydaje się, że wciąż wierzymy, że Putin zasiądzie do negocjacji i przyzna z pokorą, że popełnił błąd, że wcale nie chce Donbasu, nad Krymem może się jeszcze zastanowi, bo jednak to referendum, i Artek, i krajobrazy, no i resztki floty będą miały gdzie stacjonować. Poza tym jednak przeprasza i jeszcze wypłaci reparacje.

Możliwe też, że wcale nie o Putina tu chodzi, a o utrzymanie amerykańskiego zaangażowania w tę wojnę i choćby szczątkowej pomocy dla Kijowa. Chcemy, by w tę ułudę wierzył prezydent Trump, bo od jego kaprysów (nie rzetelnej oceny sytuacji) zależy los milionów ludzi.

***

Rosja nasila ataki, morduje kolejnych cywilów, zabija swoich i ukraińskich żołnierzy, a iluzoryczne negocjacje dają jej czas potrzebny na wyniszczenie Ukrainy. Nie wykazuje śladu dobrej woli i gotowości do rozmów, których punktem wyjścia powinno być zawieszenie broni, o którym nikt nie wspomina.

W cieniu wojny w Stanach Zjednoczonych politycy z otoczenia Trumpa walczą o lepsze stołki, a Europa i jej sojusznicy prowadzą rozmowy o niczym, pokazując światu, jak ważne zajmują miejsce przy stole. I nikt nie mówi o tym, że aby powstrzymać wojnę Putinowi nie są potrzebne Niemcy, Francja, Stany Zjednoczone czy Polska. Rozpoczął ją na własnych warunkach i w taki sam sposób będzie chciał ją zakończyć. Pozostaje tylko jedno – zmusić go do pokoju, ale kto miałby to zrobić?

Agnieszka Sawicz

Tekst ukazał się w nr 202 (482), 28 listopada – 17 grudnia 2025

W Tarnopolu są ofiary śmiertelne po zmasowanym ataku Rosji

Prof. dr hab. Agnieszka Sawicz pracuje na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a z Kurierem Galicyjskim współpracuje od 2009 r. Zajmuje się historią współczesnej Ukrainy, polityką rosyjską i z pasją śledzi wszelkie fałszywe informacje. Lubi irlandzką muzykę, gorzką czekoladę i górskie wyprawy. Od 2013 r. jest też etatową wiedźmą, autorką ukazujących się w wirtualnej przestrzeni „Zapisków Wiedźmy”.

X