Jego Piramida Galicyjska

Jego Piramida Galicyjska Mirosław Rowicki (z archiwum KG)

Wcześniej nie znałem Go, tylko widziałem w „Gazecie Lwowskiej” wkładkę pod tytułem „Z grodu Rewery”. Ktoś udostępnił mu mój telefon. Powiedział, że nazywa się Mirosław Rowicki, że założył polską gazetę „Kurier Galicyjski” i chce się ze mną spotkać.

Umówiliśmy się w kawiarni przy ul. Dudajewa, a jak okazało się było to naprzeciwko mieszkania, które on wynajął na redakcję. Pokazał mi pierwszy wydrukowany numer gazety i od razu zaproponował pracę w zespole redakcyjnym.

– Ale nie jestem polonistą – wyjaśniłem.

– Polonistów już mam, potrzebuję dobrego dziennikarza – stwierdził on.

Współpracowałem wtedy z kilkoma szanowanymi mediami, jednak mimo braku czasu i za namową współrozmówcy zaryzykowałem dołączyć na pół etatu do grona twórców „Kuriera Galicyjskiego”. Zaimponowało mi przede wszystkim to, że nowe pismo jest niezależne i że jego właściciel i redaktor naczelny – biznesmen z Polski – to raczej entuzjasta, który znalazł wolną szufladę w polskim kuferku medialnym na Ukrainie. Dobre impulsy, jakimi promieniował ten człowiek, były silniejsze niż dobra lwowska kawa.

Kiedy dowiedziałem się, że jego przedsiębiorstwo prywatne jest zarejestrowane w obwodzie iwanofrankiwskim, a konkretnie w Chorośnie koło Kołomyi, również się uśmiechnąłem.

–Święty Józef, Święty Stanisław – przypomniałem sobie słyszane jeszcze w dzieciństwie nazwy okolicznych miejscowości, skąd kobiety wiejskie przynosiły mleko na targ do mej rodzinnej Kołomyi.

– Święty Józef – potwierdził.

– To tam, gdzie jest ta słynna piramida?! – trafiłem w „dziesiątkę”.

Nieco wcześniej przed naszym spotkaniem dowiedziałem się z jakiegoś portalu, że w tej małej wiosce przybyły z Polski biznesmen wybudował z desek zmniejszoną kopię piramidy Cheopsa, w której jakoby dzieją się różne cudowne rzeczy. Gospodarz m.in. udostępnia ją sąsiadom Ukraińcom, by na leżakach w jej wnętrzu mogli odzyskać siły po pracy w polu.

Mirosław Rowicki (z archiwum KG)

Od tego czasu upłynęło ponad dziesięć lat, aż nasza redakcyjna ekipa telewizyjna z szefem na czele trafiła pod bajeczną piramidę Mirka, żeby nakręcić tam wymarzony przez niego film o losie polskiej osady Święty Józef pod tytułem „Pokucka Troja”.

Zaledwie pół wieku istniało w Puszczy Chorośniańskiej to miasteczko, do którego jego mieszkańcy trafnie dopasowali znane polskie przysłowie: „Nie było nas – był las, nie będzie nas – będzie las”. I trzeba było, by dotarł tam szaleniec z warszawskiego Mokotowa, wykupił na Świętym Józefie podupadłą przedwojenną polską chałupę i znów zagospodarował zarośniętą drzewami leśnymi działkę. Tworzył tam prawdziwą oazę. Zrealizował się jako architekt, o czym świadczy piękny, przebudowany z chaty dworek, gdzie gromadził znalezione na tym terenie dzieła sztuki ludowej, pozostałe po Polakach różne rzeczy i świadectwa o dawnych mieszkańcach.

Kto wie, jak potoczyłaby się przyszłość tego uroczego miejsca, gdyby Mirek nie zainteresował się, i to poważnie, dziennikarstwem. Rutynowa praca w gazecie, relokacje i aranżacja lokali dla redakcji, realizacja kolejnych pomysłów i projektów „Kuriera Galicyjskiego” – wszystko to wymagało wiele wysiłku i pochłaniało cały jego czas. Zawsze brakowało mu tego czasu na zabiegi w swojej ulubionej piramidzie, do której z powodu jego nieobecności po cichutku skradał się las.

Tymczasem we Lwowie Mirosław Rowicki wybudował piramidę medialną, widoczną daleko poza granicami Ukrainy i Polski.

Konstanty Czawaga

X