Najtrudniejsze pytanie do przewodnika

Najtrudniejsze pytanie do przewodnika

Nie zaskoczy mnie pytanie o różnice dogmatyczne między kościołem katolickim a ormiańskim, mogę przez godzinę opowiadać o przebiegu wojny polsko-ukraińskiej, wiem, na co zmarł Michał Korybut Wiśniowiecki, wyliczę z pamięci adresy, pod którymi mieszkał we Lwowie Banach, powiem Wam, ile kosztowała budowa Teatru Wielkiego i jak przed wojną nazywała się ulica Czechowa.

Ale jest jedno pytanie, z odpowiedzią na które zawsze mam problem. I które prawie zawsze pada z ust odwiedzających Lwów turystów:

„A gdzie by nam pani poleciła zjeść obiad?”
Pytanie, które odbiera mi głos, czyni mnie bezsilną, sprawia, że chciałabym się zapaść pod ziemię, albo żeby zaraz uderzył piorun i nie trzeba było odpowiadać.

„Jakieś miejsce z fajną atmosferą, miłą obsługą i miejscową kuchnią”
Oczywiście, żeby było niedaleko. Gdzieś w centrum, w okolicach Rynku, Opery, pomnika Mickiewicza. Tam, gdzie spacerują turyści. Takie niewielkie wymagania, prawda? Żeby tylko poczuć miejscowy smak, atmosferę. Zdążyć zjeść obiad w ciągu tej godziny czasu wolnego, która jest do dyspozycji. Nawet nie musi być tanio. Ludzie coraz częściej są gotowi zapłacić za to, żeby było smacznie, żeby kelner się uśmiechał, żeby w toalecie było czysto, żeby mieć miłe wspomnienia. Tymczasem ze świeczką szukać zakładu, który pozostawiłby wyłącznie miłe wspomnienia. Często wrażenie psuje się już na samym początku. Przypuśćmy, że jest nas piątka. Przychodzimy, siadamy. W restauracji pustawo, a na kelnera trzeba czekać 10 minut. Przychodzi w końcu i przynosi trzy karty.

Po pół na osobę, czy dwie zlekceważył zupełnie?
Nikomu nie trzeba mówić, jakie ilości polskich turystów odwiedzają Lwów. Nie ma chyba wątpliwości, że jest to najliczniejsza grupa obcokrajowców, którzy odwiedzają miasto. Zupełnie jednak się to nie przekłada na obecność polskich menu w lwowskich restauracjach i kawiarniach. Dobrze, kiedy jest przynajmniej wersja angielska. A jeśli nie? Młode pokolenie Polaków nie zna cyrylicy. Tyłem do klienta. Bierzemy się więc za tłumaczenie. Na szybko (czas ucieka) czwórce gości muszę przetłumaczyć główne pozycje menu. Czasem wybór jest duży. W końcu wołamy kelnera, zamawiamy. Dwa rosoły, dwie grzybowe, barszcz, solanka.

„Grzybowej nie ma”
 – Jeśli grzybowej nie ma, to po jakiego grzyba jest w menu? Jeśli to zupa sezonowa, to czy tak ciężko wymienić menu 2-3 razy do roku? Dopisać „tylko w sezonie”? Wywiesić ogłoszenie na drzwiach, uprzedzić przed rozdaniem menu? No, uprzedzić czasem ciężko, bo są lokale w których brakuje połowy pozycji wymienionych w karcie. W zeszłym roku wybrałam się z koleżanką do knajpy „Pod Złotą Różą”, chyba tak się ten zakład nazywa. Jest to restauracja, która słynie z tego, że można w niej zjeść potrawy stylizowane na żydowskie (Żydom nie polecam), a potem potargować się co do ceny. To był jakiś długi weekend, dużo ludzi, stolików nastawiane tak, że krzesła nie można odsunąć. Koleżanka (jest wegetarianką) wybrała humus, ja pomidory faszerowane. Po długiej chwili podeszła kelnerka. Humusu nie ma, chyba że w zestawie z pastą rybną i pasztetem. Pomidorów nie ma. To co jest? Z tej strony nic. NIC! Zamówiłam rosół z naleśnikami, który w efekcie okazał się z makaronem – „Pani, naleśników to u nas już dawno nie ma” i zgodziłam się zjeść pasztet i rybę z zestawu koleżanki. Nie zaproponowano nam targowania się.


Kolejny problem to czas oczekiwania na przygotowanie posiłku. Dlaczego na zachodzie, nawet bardzo bliskim zachodzie, który ma tradycje obsługi klienta nie lepsze, niż my, można dostać zupę w 10 minut, a drugie danie w 20-25 minut? A u nas?

„Bo my robimy wszystko na zamówienie i świeże”
Czyli jeśli czekam na zupę 30 minut, to w tym czasie ugotował się rosół, pokroiły warzywka, ulepiły uszka, usmażyła zasmażka? Bo rozmrażanie zamrożonej zupy nie trwa przecież pół godziny. Dlaczego stek, który smaży się maksymalnie 8 minut, wjeżdża na stół klienta po 45 minutach? Dlaczego na grillowane warzywa z patelni trzeba czekać godzinę? To pytanie zadałam w książce skarg i wniosków restauracji Mons Pius (nie pierwsza, jak się okazało), ale odpowiedzi nie otrzymałam do dziś. Oczywiście, zdarzają się też przypadki losowe. Restauracja Diwa. Rodzinny obiad – 3 osoby, jesteśmy jedyni w restauracji. Po 25 min. oczekiwania na sałatkę zaczynam się niecierpliwić. A to była dopiero połowa.

„Bo jeden kucharz jest na zwolnieniu i nie dajemy rady”
– Jeśli nie dajecie rady z trzema osobami, to co z pozostałymi trzydziestoma miejscami w restauracji? Czasem można odnieść wrażenie, że niektórzy kelnerzy przybyli z zupełnie innego świata. Może nie z księżyca, ale z jakiegoś świata na wspak. Takiego, w którym najpierw je się drugie danie, a potem zupę. Albo nie je się wcale.

„Przepraszam, ile jeszcze będę czekać na moje zamówienie?”

„A co pani zamawiała? Bo zapomniałem”.
Do takich rzeczy jest w dobrym tonie w ogóle się nie przyznawać, podobnie jak nie należy przepraszać. Za nic.
Niedawno miałam nieostrożność zaprowadzić gości do kawiarni „Pod Klepsydrą”. Byliby może zadowoleni, gdyby nie to, że im towarzyszyłam. A to właśnie o moim zamówieniu zapomniano. Cała grupa zdążyła już zjeść, kiedy w końcu po godzinie i mnie przyniesiono talerz. Bez przeprosin. Na wszystkie pytania kelner odpowiadał przestraszonym „nic nie mogę odpowiedzieć”. Może i lepiej, bo kiedyś na zwróconą w innej kawiarni uwagę, że w moich lodach są kawałki plastiku usłyszałam od kelnerki „czego pani ode mnie chce, przecież to nie ja nakładałam” (tej kawiarni już nie ma).

Może będziecie zdumieni, a może nie, ale to nie są wyjątkowe przypadki. Nie są odosobnione. To jest materiał nie na jeden felieton, a na całą serię felietonów. I nie piszę tu o barach niewysokich lotów, w których rzucone przez kelnerkę „szybciej wybierać, nie mam czasu” można zaliczyć do miejscowego folkloru. Piszę o zakładach, które są wizytówkami naszego miasta. Szukałam już pod progiem tego jajka, za pomocą którego ktoś rzucił na mnie urok – nie znalazłam. Rozmawiam ze znajomymi – każdy zna z własnego doświadczenia takie same historie.

Pytam więc Was, Lwowscy Restauratorzy – gdzie jesteście? I czy jesteście w ogóle? Wy, którzy doglądacie swojego interesu, jak ukochanego dziecka, jak oczka w głowie i dbacie, aby wszystko chodziło w nim jak w zegarku, a każdy klient był gościem? Wy, którzy gotowi jesteście poświęcić swój czas i część zysku dla naszego zadowolenia? Za Wasze błędy, niedopatrzenia, za opryskliwość Waszych kelnerów, za plamy na Waszych kieliszkach, za włosy w Waszych zupach odpowiadamy przed gośćmi my wszyscy – przewodnicy, gospodarze, my – lwowiacy.

Nie jestem drugą Olą Frejmut, nie będę robić Wam nalotów na kuchnię, ani wycierać kurzy w białych rękawiczkach. Chcę tylko pokazać ludziom, że Lwów da się lubić. Od kuchni także.

Katarzyna Łoza
Tekst ukazał się w nr 7 (179) 16 – 25 kwietnia 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X