O tym jak w kościele św. Antoniego buczał transformator, czyli lemowskie improwizacje muzyczne fot. Andrzej Borysewicz / Nowy Kurier Galicyjski

O tym jak w kościele św. Antoniego buczał transformator, czyli lemowskie improwizacje muzyczne

Konsulat Generalny we Lwowie przygotował melomanom i miłośnikom twórczości Stanisława Lema nie lada gratkę. W kościele pw. św. Antoniego 24 października ze specjalnie przygotowanym programem muzycznym, zainspirowanym wizjami futurologicznymi ojca polskiej literatury science fiction, wystąpił znakomity organista i improwizator Filip Presseisen.

Polski artysta podjął się dzieła niełatwego – jak literaturę przetransformować na język muzyki? Znalazł na to sposób, choć w pierwszej chwili uważał, że to dzieło niewykonalne. Z powodzeniem w rzymskokatolickiej świątyni zagrał muzykę nie tylko klasyczną, ale też kompozycje awangardowe. Zapowiedzi Zofii Iwanowej wprowadzały słuchaczy w temat, w cytaty ze Stanisława Lema. Potem w swój świat lemowskich improwizacji wprowadzał zebranych Filip Presseisen. Publiczność w kościelnych ławkach w skupieniu przeniosła się w świat wizji Stanisława Lema.

Jak sam wykonawca ocenił ten wieczór? To co niepokoi przed występem, to często są warunki akustyczne sali, w której występuje artysta. Choć kościoły z założenia są przystosowane do muzyki organowej, ostateczny efekt nie jest oczywisty: „Akustykę oceniam bardzo dobrze. Dzień wcześniej na próbie miałem obawy, jak to wszystko wyjdzie – szczególnie, że akustyka lubi się zmieniać. Na próbie poszczególne barwy, poszczególne registry – muzyk jest zawsze zadowolony. Znajduje optymalne brzmienia, a potem przychodzi publiczność i brzmienia się zmieniają. Organy czasem są głośne, czasem są za ciche, barwy bywają zbyt ciemne. Tutaj w zasadzie te same barwy, które ustawiłem dzień wcześniej, zabrzmiały tak, jak chciałem”.

Akustyka sali bowiem zmienia się nierzadko, gdy sala jest wypełniona, artysta nie jest w stanie przewidzieć rozstawienia ludzi i ich „parametrów” chłonięcia dźwięku. Presseisen wytłumaczył, że można zaplanować brzmienie pod salę, ale: „nigdy nie wiadomo ilu ludzi przyjdzie, można zrobić dwie takie registracje i potem podczas koncertu coś dobrać, ale ma to wpływ na sposób gry, ponieważ trzeba reagować na akustykę, długość brzmienia piszczałek, czas, jaki potrzebują, by zarezonować we właściwy sposób, ale to też sprawia, że każdy koncert jest niepowtarzalny”.

fot. Wojciech Jankowski / Nowy Kurier Galicyjski

Artysta w pierwszej chwili miał wątpliwości, czy pomysł połączenia literatury Lema z odpowiednimi utworami muzycznymi jest wykonalny, ale lubi wyzwania. Poniekąd łączył już w swojej biografii artystycznej wizualność z muzyką – podkładał bowiem grę pod nieme filmy:

– Na początku myślałem, że to jest niemożliwe, żeby połączyć sztukę literacką i sztukę muzyczną, ale znalazłem artykuł, w którym była opisana twórczość Lema pod kątem muzycznym. Znalazłem tam wzmianki o tym, że brzmienie organów piszczałkowych było dla Lema czymś niesamowitym. Na początku koncertu pani Zofia Iwanowa przytoczyła cytat. Ja zresztą znalazłem kilka bezpośrednich cytatów z twórczości lemowskiej, gdzie były bezpośrednie odniesienia do muzyki. Należało jedynie poszukać odpowiednich utworów. W tej twórczości są wzmianki o Beethovenie, o Czajkowskim, ale to są kompozytorzy, którzy na organach nie są często grani. Poszedłem innym kluczem i pomyślałem, że najlepiej będzie improwizować. Będzie tu właściwe użyć kilku utworów, ale w większości będę improwizować, ponieważ te teksty były świetnym motywem przewodnim i inspiracją. W pewnym utworze pojawia się wzmianka o transformatorze, który nisko buczy. Więc tak, jak buczy transformator, mogą zabuczeć piszczałki organowe najniższe i to jest dobry początek do improwizacji organowej.

Przygotowanie programu nie było łatwe. Konieczne było rzecz jasna dobre wykonanie muzyki w kościele, ale było to ukoronowanie całego przedsięwzięcia… Należało bowiem przygotować również program: „podstawą było przygotowanie koncepcji tego koncertu, z jednej strony, by całość nie przekroczyła tych 60 minut, ponieważ zaraz po koncercie była msza święta, z drugiej strony, by dobrać te improwizacje i te nastroje tak żeby było to dla publiczności ciekawe, żeby pojawiało się coś nowego, żeby to nie odbyło się na zasadzie: odczytanie tekstu a organy grają sobie. Chciałem by to była jedna narracja, taka konstrukcja jak dobry film – zaczyna się koncert i od początku do końca napięcie rośnie”.

Tworząc program, artysta nie opierał się wyłącznie na klasyce, sięgnął również po muzykę współczesną. Dużym zainteresowaniem publiczności cieszył się przedostatni utwór z tego koncertu:

– To kompozycja znakomitego polskiego kompozytora współczesnego profesora Krzysztofa Grzeszczaka z Łodzi, profesora kompozycji akademii muzycznej. Pisząc pracę doktorską, opisywałem sposób akompaniowania do filmów niemych. Profesor Grzeszczak obejrzał moje improwizacje do filmu „Metropolis”. Nagranie to powstało w Cieszynie. Słuchał mojej gry na organach w Cieszynie. Potem po przeczytaniu zapowiedzi w Internecie kolejnego koncertu w Cieszynie profesor stwierdził, że znając sposób mojej improwizacji napisze utwór z dedykacją, żebym wykonał go na tym koncercie. Szczerze mówiąc, ja się obawiałem, ponieważ to jest utwór napisany w systemie atonalnym. Jest to muzyka współczesna, a to kojarzy się z czymś niełatwym i nieprzystępnym dla słuchaczy. Łatwiej się słucha utworów Johanna Sebastiana Bacha czy innych kojarzonych z organami twórców. Z lekką obawą wykonywałem w Cieszynie ten utwór, ale okazało się, że był najlepiej przyjęty. Takie wrażenie miałem w kościele św. Antoniego, że ten utwór wywołał największy aplauz.

Wydaje się, że muzyk grający na organach w kościele jest odcięty od publiczności koncertowej. Nie widzi bowiem ich, oni nie widzą jego. Wydaje się, że między nimi jest bariera nie do przekroczenia. Tymczasem Presseisen przekonuje, że tak nie jest: „co prawda nie ma tego żywego kontaktu z publicznością. Nie są takie warunki, jak w czasie konkursu chopinowskiego, gdzie widać każdy ruch. Współcześnie czasem korzysta się z transmisji z pomocą środków multimedialnych. Jest wtedy ustawiona kamera i ludzie na dole widzą te ruchy, widzą organistę. Często są zdumieni, że organista gra nogami. Wydawać by się mogło, że gra się do ściany, ale tak nie jest. Jest to pewien rodzaj magii – doskonale czuć i słychać, czy ta publiczność słucha, czy jest skupiona. Może zależy to od liczby chrząknięć, trzaśnięć drzwiami czy wiercenia się w ławkach, ale naprawdę czuć – ciężko to wytłumaczyć – czy trafia to do publiczności, czy nie”.

Fotograficy błyskający światłem fleszów są utrapieniem wielu artystów stojących na scenie. Czy przeszkadzają również organistom? Presseisen przyznał, że przeszkadzają, ale zapewnił, że organizacja koncertu była znakomita i zapytano go, czy wyraża zgodę. Bez zastanowienia wyraził zgodę: „dla organisty to nic niezwykłego, ponieważ organista grając na organach powinien mieć świadomość, że jest to instrument tak kompleksowy, tak różnorodny, że obsługa jego jest tak skomplikowana, że mógłbym porównać ten stół do jakiegoś kokpitu Boeingu. Kiedyś byłem w symulatorze Boeinga w Krakowie. Pan zaprezentował mi te wszystkie przyciski, pokrętła. Byłem zdziwiony, że tego jest tak mało. Czasem w organach jest więcej tych wszystkich klapek, włączników i dźwigni, że musi mieć pomoc registranta, który przekłada mu kartki, ale też pomaga dołączać i wyłączać poszczególne rejestry. Akurat przy improwizacji w świętym Antonim jest to o tyle łatwiejsze, że te rejestracje byłem w stanie sam sobie przerzucać, ale w utworze Grzeszczaka rejestrant był niezbędny. Zatem organista ma świadomość, że co najmniej jedna osoba jeszcze tam jest – w XIX wieku ich było więcej, bo ktoś musiał pompować powietrze… To nawet czasem jest przyjemnie, że ktoś tam na chórze się kręci.

fot. Wojciech Jankowski / Nowy Kurier Galicyjski

Pan Filip musiał zatem skorzystać z pomocy registranta… uroczego registranta – dodajmy. Jak się okazało była nim żona: „we wrześniu wzięliśmy ślub, więc potraktowaliśmy ten wyjazd jak podróż poślubną. Nasz artysta zapowiedział, że jeszcze przyjedzie do Lwowa. Spodobało mu się miasto, poza tym zafascynowała go postać lwowskiego organisty Andrzeja Taraska. Opowiedziała mu o nim i do tego zachęciła Jadwiga Pańkowska, która oprowadzała muzyka po Lwowie: „myślałem, że są to utwory przedwojenne, bo linia melodyczna jest skonstruowana jak najlepsze wzorce z przeszłości. Okazało się, że jest to twórczość powojenna, więc jestem ciekaw, czy na podstawie kompozycji pana Taraska nie skomponować czego albo nie poimprowizować na temat tych pieśni”.

Po koncercie muzyk zbiegł z chóru na dół do publiczności. Ukłonił się zebranym i podziękował za przyjęcie. Ojciec Mikołaj Oracz, proboszcz parafii, podziękował za koncert, z kolei konsul Rafał Kocot podziękował parafii za gościnę. Bisów niestety nie było, ponieważ zbliżała pora Mszy świętej.

fot. Andrzej Borysewicz / Nowy Kurier Galicyjski

Pan Filip żałuje, że tak późno trafił do Lwowa. Przyznał, że w Szczecinie, gdzie się wychował, wiele osób mówiło, że pochodzi z tego miasta. Teraz wysłuchałby ich wspomnień inaczej, znając już to cudowne miasto.

Filip Presseisen jest organistą i improwizatorem. Wykształcenie muzyczne zdobywał w Niemczech, Polsce, Norwegii i Francji. Występował w licznych krajach, podkładał muzykę do filmów niemych. Jest wykładowcą Międzyuczelnianego Instytutu Muzyki Kościelnej, a także kierownikiem sekcji instrumentalnej w Archidiecezjalnej Szkole Muzycznej II stopnia w Krakowie. Miejmy nadzieję, że jeszcze nie raz usłyszymy pana Filipa we Lwowie.

Wojciech Jankowski

Tekst ukazał się w nr 20 (384), 29 października – 15 listopada 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X