Interes stulecia – Alaska

Interes stulecia – Alaska

Terytorialnie Rosja jest największym państwem świata, zajmuje bowiem aż 17,1 mln km2. Mogłaby mieć 1,5 mln km2 więcej, gdyby w 1867 r. nie sprzedała Stanom Zjednoczonym Alaski.

Do dziś Rosjanie zastanawiają się, jak można było przed 140 laty dopuścić do tej transakcji, zwłaszcza, że wielu z nich wciąż żyje kompleksem niegdysiejszej wielkości imperium. Tymczasem decyzję o niej podjął ówczesny ich władca wcale nie dlatego, że chciał się przypodobać Amerykanom czy też nieco zasilić kasę państwa – po prostu kierował się zdrowym rozsądkiem, współcześnie można powiedzieć, że zatwierdzona przez niego umowa kupna – sprzedaży była wyrazem „Realpolitik”.

Kula u nogi
Stronami transakcji były Rosja, którą wówczas władał car Aleksander II i Stany Zjednoczone, z siódmym z kolei prezydentem u władzy Andrew Jacksonem. Głównym jej motorem za Wielką Wodą był jednak minister spraw zagranicznych USA (sekretarz stanu) William H. Steward. Zapewne docierały doń informacje z Sankt Petersburga, że w kołach dworskich nad Newą kiełkują myśli, aby pozbyć się Alaski, będącej w gruncie rzeczy kulą u nogi rosyjskiego państwa. Głównym rzecznikiem pozbycia się tego balastu był młodszy brat cara, wielki książę Konstanty Mikołajewicz Romanow, wielki admirał floty, a w latach 1862 – 1863 namiestnik Królestwa Polskiego. Omawiając tę kwestię z bratem, książę operował kilkoma argumentami, niewątpliwie wypływającymi z właściwych kalkulacji. – Weź pod uwagę – mówił carowi – jak w ostatnich latach Stany poszerzają swe terytorium, jak wcielając w życie doktrynę izolacjonizmu prezydenta Jamesa Monroea, rugują z kontynentu mające tam kolonie państwa europejskie. Już wcześniej, bo w 1803 r., Waszyngton namówił Napoleona, by sprzedał mu Luizjanę, za marne 15 mln dolarów (była to olbrzymia kolonia, na której obszarze rozsiadło się aż 15 dzisiejszych stanów USA), w 1819 r. kupił za taką samą sumę od Hiszpanów Florydę, w 1845 r. zaanektował siłą Teksas, po czym znowu wysupłał 15 milionów, za które Hiszpanie oddali mu Kalifornię. Nie ulega kwestii, że teraz Stany skierują uwagę na Alaskę, jeśli jej nie sprzedamy, to po prostu ją zajmą. A obronić jej nie jesteśmy w stanie. Poza tym korzyści żadnych nam nie przynosi – żyje tam raptem najwyżej 800 Rosjan, utrzymujących się głównie z handlu futrami, ale ponieważ już wybili większość zwierząt, wkrótce i to źródło dochodów wyschnie. Przy tym wszystkim tamtejsza rdzenna ludność, Indianie, nie są do nas przychylnie ustosunkowani. Więc sprzedajmy ją, a pieniądze przeznaczmy na zagospodarowanie Syberii i Przyamurza.

Interior Alaski z kolei badał w latach 1842-1843 Wawrzyniec Zagoskin, pokazany na znaczku z 1992 r. nad Jukonem

Aleksander początkowo nie był przekonany, w końcu to Rosjanie odkryli Alaskę, duma majestatu doznałaby wielkiego uszczerbku, gdyby zrezygnować z włości, leżących wprawdzie dość daleko, ale jednak bez niczyich sprzeciwów zajmowanych przez Rosję. Co prawda kroniki mówią, że przed Rosjanami dobijali już do brzegów Alaski Hiszpanie, w 1640 r., jednak palmę pierwszeństwa daje się Rosjanom, a mianowicie, służącemu pod rosyjską banderą duńskiemu nawigatorowi Vitusowi Jonassenowi Beringowi oraz rosyjskiemu żeglarzowi Aleksandrowi Czirikowowi, którzy w czasie tzw. Wielkiej Wyprawy Północnej, dowodząc dwoma statkami („Św. Piotr” i „Św. Paweł”) dotarli w 1741 r., do brzegów północnoamerykańskiego kontynentu (na pokładach statków byli także Polacy, m. in. Wilhelm Buczowski, Andrzej Koźmian i Andrzej Wielkopolski). Ekspedycja skończyła się wprawdzie tragicznie, bo zginęło w niej wielu marynarzy, ale szlak został przetarty. Tę odyseję dokumentują dwa rosyjskie znaczki wydane w 1991 r. z okazji 250. rocznicy wyprawy, z których pierwszy pokazuje oba statki oraz mapę, wskazującą cel rejsu, oraz statek u wybrzeży Alaski, z górą św. Eliasza (6.050 m) w tle. Ci uczestnicy wyprawy Beringa, którzy z niej powrócili, opowiadali, jak bogata w zwierzynę jest ziemia, na której postawili nogę, zachęcając tym przedsiębiorczych ludzi do udania się za morze (później nazwano je Morzem Beringa). Poza wymienionymi wyżej znaczkami, w tymże 1991 r. ukazały siłę jeszcze trzy poświęcone Rosyjskiej Ameryce. 

G. I. Szelichow, A. A. Baranow i I. A. KuskowNa pierwszym widzimy Zatokę Trzech Prałatów na wyspie Kodiak oraz portret rosyjskiego żeglarza i kupca G. I. Szelichowa, jednego z pionierów rosyjskiej obecności na Alasce, na drugim — pierwsze osiedle, założone przez Rosjan na Alasce w 1804 r., mianowicie — Nowy Archangielsk na wyspie Sitka, oraz podobiznę A. A. Baranowa, pierwszego rezydującego na Alasce rosyjskiego generalnego gubernatora (później tę funkcję pełnili także Polacy, Szymon Janowicz w latach 1818 – 1820 i Stefan Wojewódzki w latach 1854 – 1859, będący także pracownikami założonej w 1799 r. Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej), na trzecim – założoną w 1812 r. fortecę Ross w Kalifornii (aż tak daleko na południe dotarli bowiem rosyjscy osadnicy) i portret asystenta generalnego gubernatora, I. A. Kuskowa.

Łapówki
Sytuacja rosyjskich osiedleńców wciąż się pogarszała, utrzymywanie alaskańskich placówek straciło jakikolwiek sens, a groźba, że USA wcześniej czy później zagarną całą Rosyjską Amerykę, była coraz realniejsza. 28 grudnia 1866 r., na naradzie z uczestnictwem kilku najbliższych współpracowników, car Aleksander II podobno tak ocenił sytuację: Czas skończyć spory, sprzedajemy, Rosja nie będzie się targować, niechaj Amerykanie sami wyznaczą dobrą cenę. I podpisał się pod dokumentem, pozwalającym zawrzeć transakcję. Wyznaczył także dyplomatę, który miał wynegocjować umowę sprzedaży, barona Edwarda Stoeckla. Polecił mu jednocześnie tak pokierować w Waszyngtonie pertraktacjami, aby z nich wynikało, że to USA wystąpiły z inicjatywą kupna Alaski. Z tym nie było problemu, bo, gdy porozumiał się ze wspomnianym wyżej sekretarzem stanu Williamem Sewardem, ten przyjął go z otwartymi ramionami, gdyż od dawna łakomym wzrokiem spoglądał na północny zachód, na Alaskę, która, jego zdaniem, powinna należeć do Stanów.

Czek ze sprzedaży Alaski (Fot. upload.wikimedia.org)

Po wstępnym porozumieniu, Stoeckl przesłał do Petersburga telegram z projektem umowy o sprzedaży Alaski, skąd niebawem otrzymał odpowiedź, wyrażającą zgodę na jej ustalenia, zapisane w siedmiu artykułach. Pojechał z tą wiadomością do domu Sewarda, proponując, by już następnego dnia podpisać umowę. Gospodarz odpowiedział, że po co czekać do jutra, najlepiej załatwić sprawę od razu. Zwołał do siedziby swego urzędu pracowników, którzy przez całą noc szlifowali ostateczny tekst dokumentu, po czym o czwartej rano 30 marca 1867 r. złożono pod nim podpisy. W artykule szóstym wymieniona została kwota transakcji: siedem milionów dwieście tysięcy dolarów w złocie (nie wiemy, kto podpisał czek, opiewający na tę sumę, ale go – reprodukujemy). Petersburg był zadowolony, bo Stoecklowi zalecono, by nie schodził poniżej pięciu milionów! Ustalono także datę oficjalnego przekazania kolonii: 18 października 1867 r. Należało jednak jeszcze pokonać niemałą przeszkodę: umowę musiał zatwierdzić senat. A w nim nie wszyscy byli takimi entuzjastami Alaski, jak Seward, niektórzy senatorzy twierdzili wręcz, że to głupota kupować taki wielki kawał nikomu niepotrzebnego lodu, Sewarda nazywano szaleńcem. Jak ich przekonać, by nie bruździli? Prosta sprawa: należało ich przekupić, dać im łapówki. Sprawę wziął w swoje ręce Stoeckl, do którego rąk wpierw dotarła odpowiednia suma (100.000 dolarów) z cesarskiej kancelarii, w której rozchód zapisano krótko: „Na sprawy znane imperatorowi”. Łapówki otrzymali kongresmani, dziennikarze i rozmaite inne wpływowe osoby. Poskutkowały. Senat ratyfikował umowę 9 kwietnia 1867 r. 37 głosami „za” i 2 „przeciw”, potem podpisał ją prezydent.

Włodzimierz Bonawentura Krzyżanowski (Fot. upload.wikimedia.org)Gubernator z Polski
A zatem Alaska zmieniła właściciela. Należało teraz zorganizować w niej administrację. I tu niniejsza opowieść przybiera nasze barwy narodowe, bo pierwszym administratorem nowych włości został Polak, generał Włodzimierz Bonawentura Krzyżanowski! Pochodził z Wielkopolski, jego ojciec i dwaj wujowie walczyli o niepodległość w wojsku napoleońskim, brat był uczestnikiem powstania listopadowego, on sam zaś wziął udział w powstaniu poznańskim w 1848 r. Gdy Prusy rozprawiły się z Polakami, musiał uchodzić, udał się do Stanów. Tam wpierw pracował jako inżynier, a gdy Abraham Lincoln ogłosił zaciąg do wojska, zaraz się zgłosił i utworzył oddział, złożony z polskich emigrantów, a krótko potem został dowódcą regimentu.

W wojnie secesyjnej Krzyżanowski uczestniczył w najważniejszych bitwach (m. in. pod Gettysburgiem), jego karierę wojskową prezydent Lincoln uwieńczył mianowaniem go w 1865 r. generałem brygady. Pochowano go wpierw w Brooklinie, ale w 50. rocznicę śmierci jego prochy przeniesiono na Arlingtoński Cmentarz Narodowy w Waszyngtonie. Wówczas mowy poświęcone jego pamięci wygłosili (zaocznie) dwaj prezydenci: USA, Franklin D. Roosevelt i Polski, Ignacy Mościcki.

Dlaczego, gdy w Waszyngtonie rozważano, komu powierzyć tak odpowiedzialną funkcję na Alasce, wybór padł akurat na niego? Zapewne zadecydował o tym jego udział w pertraktacjach o jej zakupie (mówi się, że to on w końcu dobił targu). Był na Alasce dwa lata, potem zajmował jeszcze stanowiska gubernatorów Florydy, Georgii i Wirginii. Niestety, choć historycy uważają, że jeśli chodzi o jego udział w wojnie secesyjnej i dalszej potem działalności, Krzyżanowski zasługuje na atencję równą co najmniej tej, jaką darzy się Tadeusza Kościuszkę czy Kazimierza Pułaskiego, nie mamy dotąd znaczka z jego konterfektem, toteż przedstawiamy go na zdjęciu.

Po kupnie przez kilka dziesięcioleci nic się nie Alasce nie działo, w Waszyngtonie nazywano ją nadal „Lodówką Sewarda”. Wszystko zmieniło się, gdy również ją, jak poprzednio w 1848 r. Kalifornię, ogarnęła „gorączka złota”. Żółty kruszec odkryto w dolinie rzeki Jukon w 1896 r., wieść o tym rozeszła się lotem błyskawicy i niebawem ten dziki obszar zaludniły dziesiątki tysięcy ludzi, pragnących się szybko wzbogacić. Gdy „gorączka” opadła, Alaska znowu popadła w zapomnienie, ale nie na długo, bo czekał ją wielki boom gospodarczy, gdy odkryto na niej bogate złoża ropy i gazu ziemnego, których zasoby są więcej niż olbrzymie. Suma, jaką otrzymała za nią Rosja w 1867 r. już wówczas wydawała się śmieszna, wypadało, że Ameryka zapłaciła po kilka centów za akr, czyli ponad 4.000 m2 (po przeliczeniu, dzisiejszy ekwiwalent owych 8,2 mln dolarów to zaledwie ok. 1,7 miliarda dolarów), samo złoto wydobyte na jej obszarze warte było kilka tysięcy razy więcej, niż ta kwota, a gdyby zrobić rachunek, ile dziś warty jest 49. stan USA, wyliczenia byłyby astronomiczne. Nic dziwnego, że w USA „Dzień Alaski” obchodzony jest corocznie bardzo uroczyście 18 października, czyli w dniu, kiedy Rosja oficjalnie wycofała się z kontynentu.

Dotyczący Alaski filatelistyczny plon poczty USA jest dość pokaźny. Prawie wszystkie emisje są związane z rocznicami. Wypada jeszcze dodać, że z Alaską związanych jest więcej Polaków, niż to wynika z artykułu, było ich nawet sporo wśród tysięcy poszukiwaczy złota. Warto się zagłębić w dzieje największego stanu USA. A może także zastanowić się, co by było, gdyby Rosja Alaski nie sprzedała? Czy trwałaby tam jeszcze w okresie „zimnej wojny”? Jakby to wyglądało?

Tadeusz Kurlus
Tekst ukazał się w nr 2 (44) 31 sierpnia 2007

X