Igor Melnyk – znawca Lwowa nr 1

Igor Melnyk – znawca Lwowa nr 1

Igor Melnyk (Fot. Konstanty Czawaga)

Kamienice przeżywają ludzi, zmiany historyczne i epoki. Przychodzą nowi mieszkańcy. Stanisław Lem nie chciał przyjeżdżać do powojennego Lwowa, wolał zachować go w pamięci takim jaki był.
Ja też z obawą jechałem do miejsc, które pamiętałem z dzieciństwa. Na przykład do tegoż Stanisławowa. Dzięki Bogu w centrum Lwowa, jeszcze nie ma tak wielkiej transformacji. Naturalnie mamy przykłady agresywnej ingerencji w środowisko lwowskie.

Jaki fragment miasta uważasz za najbardziej „lwowski”?
Nie jest to Śródmieście. To pas otaczający Śródmieście – ulica Zamarstynowska, aż poza most kolejowy, gdzie nie ma ingerencji współczesności, Stare Zniesienie, Podzamcze, Kleparów. To jest właśnie podmiejski Lwów. Mój dziadek mieszkał początkowo na Zofiówce.

Kto jest najbardziej zainteresowany Twoimi publikacjami?
Są to różne grupy ludzi. Przede wszystkim Ukraińcy, bo moje książki są po ukraińsku. Ale Polacy i Rosjanie też je kupują. Wielu mieszkańców miasta chce dowiedzieć się co było w kamienicy, gdzie mieszkają.

Czy twoje książki doczekały się przekładu na język polski?
Jakby były na to fundusze, to nie mam nic przeciwko temu. Nawet gotowy jestem pomóc w przekładzie. Może nie wszystkie moje publikacje, ale coś z nich można by skompilować dla polskiego czytelnika.

Kogo byś nazwał dzisiejszym lwowiakiem?
Formalnie tych, kto mieszka w mieście: jest zameldowany czy nie, uczy się czy pracuje, jest dorosłym czy małym dzieckiem. W zasadzie nawet tych, kto tylko przez kilka lat mieszkał w mieście i wyjechał, to w duszy jakąś cząstkę tego miasta poniesie. Weźmy, dla przykładu, naszego wspólnego znajomego, rosyjskiego pisarza Igora Klecha, który mieszkając w Moskwie, przeklina Lwów, ale z drugiej strony pozostaje lwowiakiem, bo coś z tego miasta wyniósł. Jest Moskwiczem, ale Lwowiakiem w diasporze. Nie na darmo mówią: „Tylko we Lwowie”.

Na czym polega ten lwowski fenomen?
Jest to specyficzne miasto. Zrozum, że dla Europy Lwów nie jest niczym nadzwyczajnym, bo w wielu europejskich miastach można zobaczyć coś ładniejszego. Lwów nie zadziwi swoimi arcydziełami architektury w porównaniu z Krakowem, Wiedniem, czy nawet z Wrocławiem. Tam jest mniej więcej to samo. Coś lepszego, coś gorszego co może zainteresować historyków. Jednocześnie – Lwów, to pogranicze światów. Tu jest europejski dział wodny, ale tu jak granica geograficzna przechodzi granica mentalna, granica cywilizacji. Również i religijna. Wszystko to nakłada się na siebie. Na ludzi, którzy tu mieszkają, nakładają się historyczne i przyrodnicze uwarunkowania. Nawet pochówki wybitnych postaci. To miasto jest przemodlone. To nie może nie wpływać na jego mieszkańców.

Nawet dzisiejsze wydarzenie – odsłonięcie tablicy na kamienicy, gdzie mieszkał Jacek Kuroń (rozmowa odbyła się w tym dniu – K.Cz.). Przyszli ludzie z różnych środowisk.
Chociaż ta impreza nie była tak rozreklamowana. Dla Polaków, dla Ukraińców i dla tych Rosjan, którzy są związani z miastem, było to wydarzenie. Lwów zachował się. Może nie z czasów Średniowiecza, ale gdzieś zaczynając z końca XVIII – XIX wieku i pierwszej połowy XX wieków ten duch, te kamienie, te ulice, te bruki, te parki, klatki schodowe, kafle, poręcze, klamki – wszystko to niesie w sobie ciężar Lwowa.

Co trzeba, żeby zachować ten prawdziwy Lwów?
Trzeba po prostu tego nie niszczyć. Naturalnie, że Lwów to nie muzeum i nie cmentarz – miasto żyje. Trzeba przekładać nowe ulice, stawiać nowe domy, a z drugiej strony – trzeba maksymalnie zachować to co jeszcze pozostało. Trzeba rozładować historyczne centrum miasta, z tego co nie jest tam konieczne. Dzięki Bogu, Lwów pozbył się funkcji przemysłowych. Ktoś może narzeka, że przyszli demokraci i nacjonaliści i zniszczyli powojenny przemysł. Ale to uratowało miasto. Bo te przedsiębiorstwa pochłaniały 90% wody. Teraz mamy wodę przez całą dobę. Dwie trzecie całej produkcji przemysłowej przypadało na niewiadomy kompleks wojskowy. Lwów od zawsze był centrum handlowym, kulturalnym, oświatowym. Do dziś na przedstawienia do Opery lwowskiej przyjeżdżają widzowie z Rzeszowa, Lublina. Lwów pozostał centrum Galicji i całego regionu. Optymalnym dla Lwowa jest 300-400 tys. mieszkańców. W czasach sowieckich miasto przerosło swoje możliwości, ale teraz wszystko wraca do równowagi. Ale 150 tys. aut w mieście – to stanowczo za dużo. Trzeba całkowicie odciążyć historyczne centrum miasta.

Jak oceniasz przystosowanie historycznych kamienic w Śródmieściu pod restauracje czy kawiarnie, gdy poza fasadą wewnątrz wszystko jest zrujnowane – przykład „Lampy naftowej”?
Zrozum, że większość kamienic w centrum wymaga kapitalnych remontów. Tam zachowały się jeszcze drewniane stropy. Wcześniej, czy później grozi to zawaleniem. Weźmiemy budynki na pl. Mickiewicza nr9 i nr10, które „zginęły” śmiercią naturalną. Ul. Szewska rozsypałaby się, gdyby nie inwestor z Niemiec. Dobrze, że przynajmniej fasady są zachowane. Nie można zmuszać ludzi by mieszkali w średniowiecznych warunkach. Kilka kamienic można pozostawić, jako „żywe muzeum”, jako rekonstrukcją historyczną. To egzotyka i warto tym się zająć.

Z okazji jubileuszu 60-lecia Igora Melnyka redakcja „Kuriera Galicyjskiego” składa najserdeczniejsze życzenia Znawcy Lwowa nr1.

Dziękuję za rozmowę

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X