Hugo Chavez nie żyje

Hugo Chavez nie żyje

Prezydent Wenezueli Hugo Chavez umarł po dwuletniej walce z rakiem. Potępiał rodzimą oligarchię, kapitalizm, a Stany Zjednoczone stały się dla niego przyczyną wszelkich nieszczęść jego kraju i całego kontynentu. W wielogodzinnych przemówieniach piętnował imperializm amerykański i obiecywał jutrzenkę sprawiedliwości społecznej, jaką sprowadzą jego rządy.

Wiadomość o śmierci Chaveza, który jak nikt przed nim zapanował nad życiem swojego kraju, od kiedy w 1999 roku po raz pierwszy wygrał wybory prezydenckie, podał w telewizyjnym przemówieniu wiceprezydent i wyznaczony na następcę Nicolas Maduro.

Była to jedna z niewielu prawdziwych wiadomości o stanie chorego prezydenta, jaką jego rząd podał od czasu, gdy latem 2011 roku Chavez zachorował na raka i poddał się pierwszej operacji na Kubie. Od tamtej pory jego zdrowie było pilnie strzeżoną tajemnicą państwową i przedmiotem niekończących się manipulacji, plotek i spekulacji jego popleczników i wrogów, których mu nie brakowało w kraju i za granicą. W grudniu ub. roku przeszedł czwartą operację nowotworu, po której spędził dwa miesiące na rehabilitacji w klinice w Hawanie. Dwa tygodnie temu wrócił z Kuby i leżał w pilnie strzeżonym szpitalu wojskowym w Caracas. Nie pokazał się publicznie ani razu od wylotu z kraju 11 grudnia ub.r.

Hugo Chavez nie leczył się w swoim kraju, bo nie ufał rodzimym lekarzom. Odmówił poddania się operacji w Brazylii, co proponował mu dwa lata temu prezydent Inacio Lula da Silva.

Chavez ufał tylko swojemu ideologicznemu mistrzowi – kubańskiemu dyktatorowi od 1959 roku Fidelowi Castro, który sam przeszedł poważną operację sześć lat temu i od tamtej pory odsunął się w cień kubańskiej polityki, oddając pole swemu bratu Raulowi.

Socjalizm XXI wieku
Przez dwa lata Hugo Chavez krążył nieprzerwanie między Kubą, gdzie opiekowali się nim lekarze Castro oraz specjaliści z Hiszpanii i Rosji, a Caracas, dokąd wracał po radio- i chemioterapiach, by przekonywać rodaków, że nadal rządzi i czuwa nad swoją populistyczną rewolucją. Określał ją mianem socjalizmu XXI wieku i „rewolucji boliwariańskiej” od nazwiska swego idola Simona Bolivara, wyzwoliciela Ameryki Łacińskiej spod hiszpańskiego panowania.

Kilkakrotnie ogłaszał, że zwyciężył chorobę ostatecznie, i gromił wrogów, którzy dybali na jego życie. Jesienią ubiegłego roku postawiony na nogi przez lekarzy w Hawanie wrócił i po raz kolejny stanął do wyborów prezydenckich, które wygrał.

„Ponowny wybór Hugo Chaveza na prezydenta Wenezueli to nieszczęście dla jego kraju i marna wróżba dla światowej lewicy. (…)

Najgorsze jest jednak to, że Chavez przekonał swoich rodaków oraz zagubionych lewicowców z całego świata do podwójnego fałszu. Po pierwsze, że Wenezuela jest bogatym krajem. Po drugie, że stanowi ekonomiczną i społeczną alternatywę dla łupieżczego, neoliberalnego kapitalizmu.

Wenezuela jest biedniejsza niż kiedykolwiek, bo całkowicie zależy od ropy. Sama oprócz ropy już nic nie produkuje i nie eksportuje. I niemal nie potrafi już niczego produkować, bo umiejętności potrzebne we współczesnej gospodarce zostały wytrzebione, a indywidualna przedsiębiorczość potępiona. Gdyby ropy nagle zabrakło lub jej ceny spadły, Wenezuelczycy zostaną w samej koszuli, nie rozumiejąc, że nic nie mają i nic nie umieją. Wenezuela jest jak Arabia Saudyjska albo Rosja Putina – stoi na surowcu i łudzi się, że jest potęgą. A łatwe pieniądze odbierają rozum.” -pisaliśmy wtedy w „Gazecie Wyborczej”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X