Hospicjum wileńskie. Do nieba idziemy miłością

Hospicjum wileńskie. Do nieba idziemy miłością

Czytelnicy Kuriera Wileńskiego wybrali Polaka roku 2014. Laureatką została siostra Michaela Rak. Siostra od dwóch lat prowadzi wileńskie hospicjum. Jest to pierwsza tego typu i jedyna placówka na Litwie! Zwyciężczyni mieszka w Wilnie dopiero od sześciu lat ale zrobiła tam więcej niż inni przez dziesięciolecia.

Odbierając telefon, nie spodziewałem się, że rozmowa telefoniczna zaowocuje wycieczką do Wilna. Zadzwonił do mnie Michał Żejmis, redakcyjny kolega. Jego niski, basowy głos zdradzał podniecenie: „Jest ciekawy temat, którym warto się zająć: W warszawie u dominikanów był koncert charytatywny na rzecz hospicjum w Wilnie. Prowadzi je niesamowita siostra, pełna charyzmy. Opowiadała o swoich pacjentach. Miałem łzy w oczach. Wiesz, że mi się nie przelewa, ale bez żalu wyjąłem z portfela 200 zł i dałem na hospicjum. Oni mają pieniądze tylko do marca a robią wspaniałą rzecz!” Zaintrygowany rozmową skontaktowałem się z siostrą. Umówiliśmy się na rozmowę telefoniczną na antenie Radia Wnet.

Usłyszałem w słuchawce ciepły głos. Pełen spokoju. Bez wątpienia rozmawiałem z osobą duchowną. Taki głos mają jedynie osoby, które spokój uzyskują w modlitwie, służbie Bogu, pomocy bliźniemu. Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki działa w Wilnie od dwóch lat. Przyjmują wszystkich bez względu na narodowość i obrządek: Litwinów, Polaków, Rosjan, katolików i nie katolików. Cierpienie nie zna narodowości. Placówka uzyskała status ośrodka służby zdrowia, dzięki czemu uzyskuje 40% potrzebnych środków z budżetu państwa. Skąd wziąć resztę? Siostra, jak to określiła, jeździ na żebry do Polski i zbiera pieniądze w kościołach. Pomogli księża z Białorusi, którzy prowadzili zbiórki w swoich parafiach, pomogła Polonia amerykańska, ale pieniędzy ciągle brakuje. Hospicjum posiada oddział stacjonarny – maksymalnie 16 łóżek, a oprócz tego pracownicy i wolontariusze opiekują się około sześćdziesięcioma osobami w ich domach. Dzień w dzień, bez względu na odległość od Wilna. Płynność finansowa w istocie kończy się w marcu. Musi zdobyć jakoś środki na pozostałe dziewięć miesięcy.

Siostra Michaela powiedziała w rozmowie telefonicznej, że na Litwie nie tylko idea hospicjum nie była znana ale nie było nawet takiego pojęcia w języku litewskim. Przyjechała do Wilna sześć lat temu. Odejmuję lata… a więc do roku 2008 Litwini nie znali takiego słowa. Kontaktuje się z zaprzyjaźnioną lituanistką z pytaniem czy to możliwie. „Jest słowo przytułek, ale hospicjum? Nie wiem!”. Sprawa zostaje skonsultowaną z Litwinką, filologiem z uniwersytetu w Wilnie: W istocie, szlachetny i archaiczny indo-europejski, podobno bliski sanskrytowi, język litewski nie posiadał w swoich zasobach słowa „hospicjum”.

Od kiedy funkcjonuje to słowo w polszczyźnie? Może mi się tylko wydaje, że „hospicjum” jest znane i zakorzenione w Polsce od dawna? Sprawdzam w encyklopedii. Pojecie ukształtowane w Szkocji. Rdzeń „hosp” świadczy o łacińskim pochodzeniu i oznacza gościa. Uchwały soboru nicejskiego z roku 325 wspominają o przytułkach dla ubogich, ale współczesny model opieki hospicyjnej stworzyła Angielka Cicely Saunders. W 1967 otworzyła w Londynie Hospicjum Świętego Krzysztofa, ośrodek opieki nad umierającymi. Odnajduję też polski ślad – Angielka opiekowała się nieuleczalnie chorym polskim lotnikiem, niewierzącym Żydem, który uczestniczył w Bitwie o Anglię. Rozmowy z Dawidem Taśmą zaowocowały ideą stworzenia miejsca dla osób umierających. Cicely Saunders odwiedziła Polskę w 1978 roku. Trzy lata potem powstało pierwsze polskie hospicjum. Obecnie w Polsce jest ich ponad 200.

Tydzień po rozmowie telefonicznej jestem w Wilnie. Odnajduję Hospicjum z pomocą taksówkarza. Od miesiąca Litwini płacą w euro. Pytam taksówkarzy o cennik – 1 euro za kilometr. Chyba bracia Litwini zaokrąglili sobie ceny do „bardziej im odpowiadającej” wartości. Zapytałem tydzień temu zresztą siostrę Michaelę, czy odczuwają wprowadzenie nowej waluty. Tak. Bezwzględnie, ceny poszły w górę. Wpadam do hospicjum. Poznaję kolejne siostry i wolontariuszy. Siostra Michaela zaraz przyjdzie. Wreszcie przychodzi: „Witam pana, cieszę się, że pan przyjechał. Proszę obejrzeć nasz dom a ja na chwilę muszę zniknąć, poprawić makijaż. Dziś jest taka uroczystość. Zostałam wybrana Polakiem roku”. Siostra się śmieje. Ja przez chwilę stoję zdezorientowany: jaki makijaż?, przecież to zakonnica? Zakonnice chyba nie powinny się malować? A może mogą? Po chwili dopiero rozumiem żart. Siostra Michaela Rak ma dystans do własnej osoby. Jest osobą nie tylko dobrą i pełną poświęcenia, ale też skromną. Dalej dworuje sobie z siebie: „właściwie, to zostałam wybrana Polakiem czy Polką roku? Jak pan myśli”. Śmieje się. Jej śmiech jest prawdziwy, szczery i dobry.

Czytelnicy Kuriera Wileńskiego wybrali osobę niezwiązaną z polityką. Siostra Michaela połączyła Litwinów i Polaków. Została również uhonorowana pod koniec 2014 roku prestiżową statuetką św. Krzysztofa. Nagrodę przyznaje samorząd Wilna. Do tej pory nie otrzymał jej żaden Polak. Uroczystość wręczenia nagród jest jednym z ważniejszych wydarzeń w środowisku polskim na Wileńszczyźnie. Dom Polski jest wypełniony po brzegi. Siostra Michaela jest na scenie. Widać, że jest szczęśliwa, ale nie zamieszaniem wokół jej osoby a tym, że doceniono pracę wolontariuszy i pracowników hospicjum. Podkreśla w przemówieniu, że to jest nagroda dla nich wszystkich. Dodaje słowa św. Augustyna: „do nieba nie idziemy drogą, do nieba idziemy miłością”.

…Wchodzę na piętro ośrodka stremowany. Za chwilę ujrzę ludzi cierpiących, przewlekle chorych, umierających… Na korytarzu widzę zapewne bliskie osoby, poważne, smutne, zamyślone, ale chorzy w salach są… dziwnie pogodni. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Przychodzą mi do głowy tylko dwa wytłumaczenia: „cud” i „siostra Michaela”. Robert Mickiewicz, redaktor naczelny Kuriera Wileńskiego, mówił o prawdziwym cudzie, że siostra Michaela Rak jest w Wilnie. To w istocie jest cud.

***
Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki jest jedynym ośrodkiem tego typu na Litwie. Prowadzą je siostry ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego. Wspólnota została założona przez ks. Michała Sopoćkę jako odpowiedź na objawienia s. Faustyny Kowalskiej.

Chcący pomóc hospicjum, mogą wpłacać pieniądze na konto: „Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki“, ul. Rossa 4, LT-11350 Wilno, Litwa
Nordea Bank Finland Plc Lietuvos skyrius
Kod Banku: 21400
Kod BIC, SWIFT: NDEALT2X

LT23 2140 0300 0285 6368 EUR
LT39 2140 0300 0285 6371 USD
LT76 2140 0300 0285 6384 PLN

To prawdziwy cud, że siostra Michaela przybyła do nas

Z Robertem Mickiewiczem, redaktorem naczelnym Kuriera Wileńskiego, rozmawiał Wojciech Jankowski.

Panie redaktorze, jakie znaczenie mają dla czytelników z Wileńszczyzny nagrody, które przyznaje Kurier Wileński
Chciałbym zaznaczyć, że nie są to nagrody Kuriera Wileńskiego. Jest to tytuł przyznawany przez czytelników Kuriera – tych aktywnych czytelników, którzy zadają sobie najpierw trud zgłosić kandydatów do tytułu, a następnie w ciągu blisko dwóch miesięcy głosują, wycinając kupony z Kuriera i wpisując na nie nazwisko z finałowej dziesiątki. Typowani są nie tylko czytelnicy Kuriera, ale ludzie z całej Wileńszczyzny. Są to osoby znane i zasłużone. Jest to taka swego rodzaju wdzięczność swoim bohaterom, ludziom, którzy czasem bezinteresownie poświęcają swój czas, ryzykują i narażają się. Typowani są działacze społeczni, samorządowcy, nauczyciele. To jest taka zbiorowa wizytówka najlepszych ludzi Wileńszczyzny.

Który raz został przyznany tytuł „Polaka Roku”?
Konkurs trwa już 18 lat i wygląda na to, że czasami traktujemy to jako zabawę, bo przy wycinaniu kuponów i typowaniu zwycięzców powstaje coś na kształt „komitetów wyborczych” promujących swego kandydata. W ciągu tych 18 lat nigdy nie było osób przypadkowych, noszących jedynie polskie nazwiska. Za każdą z tych osób stoją naprawdę wielkie i ważne dla nas czyny.

Czy po raz pierwszy w tym roku ten tytuł uzyskała Polka spoza Wileńszczyzny?
Pozwolę sobie nie zgodzić się z panem, że siostra Michaela jest tak zupełnie spoza Wileńszczyzny. Chociaż ma pan rację, bo przyjechała tu do nas spoza Wileńszczyzny. Swoje pierwsze kroki po przyjeździe skierowała do kaplicy Ostrobramskiej, a potem ktoś podpowiedział jej, że warto wpaść do redakcji Kuriera. I tak to już od wielu lat jesteśmy z nią. Tak pięknie wtopiła się w nasze środowisko. Nie tylko w polskie środowisko, ale również oddziałuje na naszych braci Litwinów, naszych współobywateli, którzy widzą, że Polacy nie są tacy negatywni, jak próbuje się ich przedstawiać.

Siostra nie była jedyną osobą z Polski. Ksiądz Dariusz, który tak pięknie zakończył dzisiejszą uroczystość, również jest obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej, ale też jest od kilku dziesięcioleci z nami w Wilnie. Bardzo żałujemy, że musiał wyjechać dalej na Wschód i robić swoją piękną sprawę. Było wśród nas wiele osób z Polski, którzy wspaniale tu działali. Po prostu nie wyobrażam sobie bez ks. Dariusza i s. Michaeli dzisiejszej Wileńszczyzny.

Od jakiegoś czasu media polskie na wschodzie mają problemy finansowe. Jak wygląda w tej chwili sytuacja Kuriera Wileńskiego?
Muszę przyznać, że miniony – 2014 rok – był pierwszym rokiem, gdy tych problemów było znacznie mniej. Był to pierwszy rok, gdy udało się w porozumieniu z instytucjami, zajmującymi się opieką nad Polakami za granicą, czyli MSZ i współpracującymi z nim fundacjami, czyli „Pomoc Polakom na Wschodzie”, przejść bardzo sprawnie i w bliskim kontakcie. Po raz pierwszy usłyszano nas, czego potrzebujemy i większość naszych postulatów i próśb zostały spełnione. Niezmiernie jestem wszystkim bardzo wdzięczny. Oczywiście, że tych potrzeb jest morze, że jeszcze większe wsparcie i większa współpraca pozwoliłyby na uatrakcyjnienie naszych mediów. Ale dzięki temu wsparciu po raz pierwszy od blisko dwóch dziesięcioleci prenumerata Kuriera wzrosła o 7%. My to uważamy za rekord. Na początku roku po prostu nie uwierzyłem temu, ale wspólny wysiłek ze strony państwa polskiego i ze strony zespołu redakcji przyniósł efekty.

Ilu czytelników ma Kurier Wileński?
Mamy nakład od 2 do 3 tys. egzemplarzy. Ale czytelników jest o wiele więcej. Gallup, pracownia badań socjologicznych, określa ich na ponad 30 tys. Społeczność na Wileńszczyźnie jest bardzo biedna i jedną gazetę czyta kilka osób. W jednej wsi Kurier wędruje od jednego domu do drugiego. Podobnie jest w Wilnie, gdy np. emerytowane nauczycielki robią zrzutkę i kupują jedną gazetę i w ciągu dnia również przekazują sobie.

Czy poza Wileńszczyzną są chętni do czytania Kuriera?
Chętni są wszędzie tam, gdzie są Polacy. A większość z nich, mieszkających na Litwie, mieszka tu na Wileńszczyźnie. Poza tym jest rzeczą bardzo ważną, że potrafią czytać po polsku, bo dzięki polskim szkołom, których w Wilnie i okolicy działa wiele, polskie media są dla nich potrzebne. Z nich mogą dowiedzieć się co dzieje się na Litwie, na Wileńszczyźnie i na świecie.

Wracam do s. Michaeli. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że obecność siostry łagodzi stosunki polsko-litewskie?
To prawdziwy cud, że s. Michaela przybyła tu do nas i robi tu tę swoją ogromną robotę. Ona zbliża dwa nasze narody, Litwinów i Polaków. Jej działalność roztapia te lody, pokonuje te negatywne zjawiska. Ona potrafi roztopić ten brak zaufania, który jest generalnie sztuczny. Jest to taki przykład, że osoba, która przyjechała z Polski wyciągnęła swoją dłoń pomocy do wszystkich. Pomaga wszystkim, nie tylko Polakom. Jest to dostrzeżone również w środowisku litewskim, w litewskich mediach. W tym roku, oprócz nagrody plebiscytu Kuriera Wileńskiego, siostra dostała bardzo prestiżową nagrodę Świętego Krzysztofa, ufundowaną przez samorząd miasta Wilna. Jest to bardzo ważna nagroda na Litwie, bo związane są z nią wybitne postacie stolicy Litwy i jesteśmy dumni, że po raz pierwszy od wielu lat w tym gronie znalazła się Polka, działająca na pograniczu polsko-litewskim.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 3 (223) za 17-26 lutego 2015

X