Higiena informacyjna w sieciach społecznościowych, czyli jak nie stać się „pożytecznym idiotą” dla wroga Dwa identyczne podpisy fotografii sióstr z internatu, które stanęły w obronie Ojczyzny i proszą o „lajk”. Na jednej z nich obrończynie są w mundurach rosyjskich

Higiena informacyjna w sieciach społecznościowych, czyli jak nie stać się „pożytecznym idiotą” dla wroga

Obecnie front informacyjny jest częścią składową współczesnej wojny. Rosjanie o tym nigdy nie zapominali. Starania rosyjskich propagandystów koncentrowały się głównie na prorosyjsko nastawionej części społeczności Ukrainy. Tu Kreml osiągnął znaczne wyniki. Warto wspomnieć Krym czy Donbas, gdzie lokalna „wata” (tak określano prorosyjską ludność – red.) witała okupantów. Natomiast do 2014 roku Kijów nie wykazywał żadnej aktywności na froncie informacyjnym.

Drugi etap wojny informacyjnej różni się od pierwszego kardynalnie. Tym razem pod uderzeniem znaleźli się ludzie, którzy są zupełnie obojętni wobec Putina i Rosji jako takiej. Zastosowano więc inne podejście. Obecne technologie określane są skrótem PSYOPS – Psychological Operations. Krótkie określenie jego sensu brzmi: należy najpierw wpłynąć na nastroje poszczególnych przedstawicieli społeczeństwa, którzy z kolei wpłyną na jego działania. Wojna informacyjna, którą prowadziła Rosja przeciwko Ukrainie w latach 2005-2014, też mieściła się w tych ramach. Stawiano jedynie na inne grupy ludności.

Wzór produkcji rosyjskiej propagandy. Na pierwszy rzut oka jest to bardzo patriotyczny motywator. Ale po wyświetleniu go dziesiątki razy na dzień wywołuje depresję

Na razie Rosjanie stosują PSYOPS wyłącznie po to, aby maksymalnie pozbawić Ukraińców chęci stawiania oporu i szerzyć depresyjne nastroje porażki. Ostrzały infrastruktury cywilnej, dywersje i niespotykane okrucieństwo rosyjskich żołdaków, katowanie, gwałty i rozstrzeliwanie cywilów – wszystko to są elementy, opracowane w sztabach strategów PSYOPS, a nie jedynie działania samych wojskowych.

Zajmiemy się jednak wyłącznie informacyjną składową tego procesu.

Obecnie główną areną rosyjskich propagandzistów stały się sieci społecznościowe. Wątpię, by przytomny Ukrainiec oglądał rosyjskie programy czy pobierał informacje z moskiewskich stron. Ale sieci społecznościowe cieszą się pełnym zaufaniem. Szczególnie, gdy taka „wirusowa” wiadomość jest powielana przez tysiące użytkowników. Jak tu nie wierzyć informacji, którą umieściło na swoich stronach dziesiątki znajomych? Szczególnie, gdy podawane jest pod rubryką „władze ukrywają prawdę”, a „rzeczywisty świadek” zaraz opowie wam całą prawdę.

Bardzo łatwo jest szerzyć w sieciach paniczne nastroje. Przeważnie robi się to zawodowo, na półtonach i pod maską współczucia i poparcia dla Zbrojnych Sił Ukrainy (ZSU).

Można tu wyszczególnić patriotyczno-łzawe „motywatory”, które tak lubią udostępniać kobiety 50+. Rosyjscy propagandziści umieścili w sieciach stronę (z płatną reklamą) o pretensjonalnej nazwie „Kocham moją Ukrainę”, pełnej właśnie modlitewno-żałobnych motywatorów. Gdy jakaś grupa lokalna jest w jednej trzeciej wypełniona tą treścią, to wywołuje w niej nastroje depresji i nieuchronnej porażki.

„Ormiańscy patrioci” Ukrainy

Jednocześnie z gromadzeniem wojsk przy granicy Ukrainy Rosjanie aktywnie przygotowywali platformę do ataku w ukraińskiej przestrzeni informacyjnej. Od listopada 2021 roku do lutego 2022 w sieciach, przede wszystkim na FB, pojawiło się ponad sto specyficznych stron i grup bliźniaczych. Wszystkie łączyło krzykliwe patriotyczne oznakowanie – błękitno-żółte kolory, tryzuby, patriotyczne nazwy i dość specyficzną PŁATNA reklama. Były to przeważnie jakieś patriotyczne zdjęcia, z żołnierzami, po których obejrzeniu aż chciało się „polubić” te treści. Wyglądało to na otwartą manipulację.

Taka reklama działa dość efektywnie. Każda taka strona miała od 30-50 tysięcy do miliona przeglądów. Chociaż w większości przypadków były to zupełnie puste strony z kilkoma patriotycznymi zdjęciami. Te „ukraińskie” strony łączyła jedna dość dziwna okoliczność – wszystkie one były administrowane ze… słonecznej Armenii.

Wyjaśnienie tej sytuacji jest proste. Wielu na pewno słyszało o tzw. „olgińskich trolach”. Utrzymywać cały sztab w dzielnicy Petersburga Olgino jest dość drogo. Wobec tego ormiańskie boty za tę pracę brały mniejsze pieniądze. Zaznaczam, że wspomniana wyżej strona również administrowana była z Armenii.

Kilka tygodni przed agresją Rosji na Ukrainę puste strony, na które wchodziło setki tysięcy Ukraińców, zaczęto wypełniać treścią. Na pierwszy rzut oka – patriotyczną i proukraińską. Ale prawdziwa informacja była tu mieszana z fejkami i manipulacjami w rodzaju: „Płacze matka, płaczą sierotki, zalewa się łzami Matka Ukraina – o co walczył ten młody chłopczyna? Dlaczego nasi chłopcy nadal giną?!”.

Taką informację podawano, by wywołać tęsknotę, brak nadziei i niechęć do najmniejszego oporu wobec najeźdźcy. Przy publikacji zdjęć z pogrzebów ukraińskich wojskowych rosyjscy propagandziści nie zawracali sobie głowy datami. Jako „najnowsze” – podawano zdjęcia z lat 2014-2015.

Dzięki ukraińskim dziennikarzom i wolontariuszom-informatykom (w tym i autorowi) udało się odbić pierwszy informacyjny atak Rosjan. Udało się całkowicie usunąć prawie 50 podobnych fejkowych stron. A było to uderzenie wymierzone nie tylko w propagandzistów, ale zadało szkody również samym Rosjanom. Na opracowanie każdej ze stron, jej utrzymywanie i na umieszczane tam reklamy wydawano tysiące dolarów.

Dlaczego pseudobohaterowie są niebezpieczni?

Z początkiem rosyjskiej agresji ilość takich propagandowych stron znacznie wzrosła, a od początku kwietnia – wprost lawinowo. Zmienił się jednak charakter fejków. Tym razem są to propozycje uczczenia bohaterskiego czynu jakiegoś anonimowego żołnierza. Na przykład, pod zdjęciem sympatycznej dziewczyny z oznaczeniami „Ajdaru” (strona z 10 marca 2022 roku) czytamy: „Nasza piękność zniszczył 100 pozycji wroga. Postaw lajk po prawej”. Podkreślenie moje.

Tu wszystko jest wspaniałe. Zaczynając od „zniszczył” w rodzaju męskim. Czyli tekst ukraiński tłumaczony był przez Google Translator lub ormiańscy autorzy niezbyt znają się na odmianach czasowników. Polubień pod tym zdjęciem jest 21 tys., strona zaś ma około 800 tys. subskrypcji.

Podobna jest sytuacja ze zdjęciem sympatycznego ukraińskiego żołnierza na innej stronie (340 tys. subskrypcji). Podpis głosi: „Nasz bohater wysadził w powietrze 13 samolotów wroga. Postaw lajk po prawej”.

W tym przypadku część liter cyrylicą zamieniona na łacińskie, aby nie można było zbadać czy jest to fejk, czy nie. Sam zaś podpis jest absurdalny – samoloty w powietrzu się niszczy, a wysadzić można je tylko na lotnisku. Tym nie mniej – 45 tys. polubień pod zdjęciem i ponad tysiąc wdzięcznych komentarzy.

Podsumujmy.

Jak widać, te reklamowe zdjęcia i podpisy pod nimi są otwarcie prowokacyjne i przeznaczone dla osób pozbawionych krytycznego myślenia. O jakich zniszczonych pozycjach i jakich wysadzonych samolotach czy czołgach można mówić? Takie zdawałoby się absurdalne treści zupełnie nie świadczą o głupocie rosyjskiej propagandy. Wręcz przeciwnie.

Po pierwsze – dzięki takiej reklamie „odurzani” są subskrybenci z bardzo niskim poziomem krytycznego odbioru informacji. Czyli ten „złoty” kontyngent, dla którego może być „wrzucana” tego rodzaju prowokacyjna i szkodliwa informacja.

Po drugie – ludzie, krytycznie odbierający informację o niszczonych setkami i dziesiątkami obiektach uzbrojenia wroga – orientują się, że jest to nieprawda. Wówczas poszukują rzetelnej informacji o osiągnięciach ZSU.

Po trzecie – takie fejki dyskredytują osoby, przedstawione na zdjęciach.

Podsumujmy: nie wszystko, co na zewnątrz wydaje się patriotyczne, takim jest, w błękitno-żółtą otoczkę może być zapakowana informacyjna trucizna. Należy być uważnym i krytycznie analizować wszystko, co jest nam podawane. A już szczególnie to, co oznaczone jest jako „reklama”.

Gdy proponują nam coś polubić, udostępnić czy zaakceptować – pomyślmy trzykrotnie, co nam to da i po co to komuś jest potrzebne. Zastanówmy się, czy rannemu żołnierzowi lub ostrzelanemu w schronie potrzebny jest wasz like? Lajki jeszcze nikomu nie pomogły, a gdy chce się pomóc – można przekazać bodaj hrywnię na konto ZSU.

Należy się zastanowić, komu nasze lajkowanie jest potrzebne i czy nie potwierdzamy panicznych informacji, podrzuconych nam umyślnie. Szczególnie dotyczy to tzw. „wrzutek” od niby osób prywatnych. Tu lajkowanie jest wprost szkodliwe, bo mało kto zastanawia się nad treścią, działa emocjonalnie i staje się mówiąc żargonem służb specjalnych – „pożytecznym idiotą”.

Fejkowa pseudopatriotyczna strona rosyjskich propagandzistów

Wszystko już dawno wymyślił Goebbels

Maskowanie „informacyjnych cukierków” pod hurrapatriotyczną otoczką, które stosują rosjanie, już dawno wymyślił zły geniusz propagandy dr Joseph Goebbels.

W czasie niemieckiego ataku na Paryż zorganizował on sieć „bardzo patriotycznych” francuskich rozgłośni radiowych, które ostatnimi słowami wyzywały Hitlera i jego „boschów”, ale aktywnie propagowały zdradę, podając, że rząd już dawno spakował walizki i już ucieka ze stolicy. W warunkach wojennego chaosu i informacyjnego głodu goebbelsowskie fejki przekazywały już dalej francuskie media, wywołując tym nastroje paniki i brak chęci stawiania oporu. Czy takimi fejkami nie były „proroctwa” Nostradamusa, mówiące o zniszczeniu całej Francji przez Hunów i że ocaleje jedynie jej północna część? Wywołało to panikę i chaotyczny potok uciekinierów w „bezpieczne” północne strony. Wskutek tego wszystkie drogi na północ zostały zatłoczone uchodźcami i ruch wojsk francuskich w kierunku Kanału La Manche był niezwykle utrudniony.

Dziś obserwujemy właśnie prawie pełną powtórkę metody Goebbelsa stosowaną przez rosjan. Oczywiście, z poprawką na możliwości techniczne XXI wieku. Należy o tym pamiętać i nie poddawać się manipulacjom, by tym bardziej nie sprzyjać rosyjskiej propagandzie. Nie należy popierać lajkami szerzenia wrogich treści.

Dmytro Poluchowycz

Tekst ukazał się w nr 8 (396), 29 kwietnia – 16 maja 2022

Dmyto Poluchowycz. Za młodu chciał być biologiem i nawet rozpoczął studia na wydziale biologii. Okres studiów przypadał na okres rozpadu ZSRS. Został aktywistą Ukraińskiego Związku Studentów. Brał udział w Rewolucji na Granicie w styczniu 1991 roku. Był jednym z organizatorów grupy studentów, która broniła litewskiego Sejmu. W tym okresie rozpoczął pracę jako dziennikarz. Pierwsze publikacje drukował w antysowieckim drugim obiegu z okresu 1989-90. Pracował w telewizji, w prasie ukraińskiej i zagranicznej. Zainteresowania: historia, krajoznawstwo, podróże.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X