„Głos Pracy” – tygodnik Chrześcijańskiej Demokracji Budowa Domu Katolickiego w Łanowicach. NAC

„Głos Pracy” – tygodnik Chrześcijańskiej Demokracji

W 1924 r. chrześcijańska spółka wydawnicza zaczęła wydawać tygodnik polityczno-społeczny Chrześcijańskiej Demokracji „Głos Pracy”. Pismo ukazywało się przez niepełne trzy lata.

W słowie wstępnym do pierwszego numeru redaktor Bernard Müller pisał między innymi:

Przystępujemy do wydawania pisma, które przeznaczone w pierwszym rzędzie dla ludzi pracy, rozwijać ma program stronnictwa chrześcijańskiej demokracji, oparty o Ewangelję, encykliki papieża Leona XIII i list pasterski X Arcybiskupa Bilczewskiego.

Potrzebę takiego pisma odczuwają wszyscy, grupujący się pod sztandarem stronnictwa miłości i sprawiedliwości społecznej, którym równie wstrętne są hasła wyzysku pracy przez ludzi kapitału, powołujących się na potrzebę taniej robocizny dla celów podniesienia wytwórczości, jak i hasła nienawiści klasowej, dyszącej pragnieniem zniszczenia własności i inicjatywy prywatnej, tego czynnika energji i zapobiegliwości, bez którego nie ma postępu ekonomicznego. (…)

Aby przedstawić szerokim rzeszom czytelników, głównie klasy robotniczej, czym jest chrześcijańska demokracja, zamieszczono stosowny materiał.

Chrześcijańska demokracja

Poza robotnikami i nielicznymi duchownymi mało kto zajmuje się losami „Domu Katolickiego” we Lwowie, losami gmachu, który jest pomnikiem myśli chrześcijańskiej i wielkiego serca. Dlaczego? Dlatego, że słowa listu pasterskiego Arcybiskupa Bilczewskiego o „Demokracji Chrześcijańskiej” nie znalazły należytego oddźwięku w społeczeństwie Wschodniej Małopolski, choć były to słowa wyraźne, nie dwuznaczne.

Chrześcijańską demokracją nazywa arcypasterz „działalność nad przywróceniem równowagi i dostrojeniem do siebie wszystkich klas społecznych na podstawach chrześcijańskiej sprawiedliwości i miłości, a w szczególności troska i dążenie, aby jak najrychlej dźwignąć duchowo, moralnie, ekonomicznie i społecznie warstwy uboższe, zarabiające pracą ręczną na chleb codzienny. Demokratą chrześcijańskim jest – według listu pasterskiego – każdy, który przyjmuje wszystkie społeczne zasady chrześcijańskie i oparty o te zasady pracuje szczerze dla włościańskich, robotniczych i rękodzielniczych warstw, tworzy dla nich stowarzyszenia i podtrzymuje je pracą swoją, radą, pieniędzmi i broni ich od wyzysku i krzywdy. Arcybiskup Bilczewski wyczuwał, że w naszem, polskiem społeczeństwie, dziwnie arystokratycznem od szczytów do dołu, dziwnie pogardliwie odnoszącem się do pracy zarobkowej, słowa listu będą czemś bardzo nowem, choć przecież są tylko rozwinięciem zasad Ewangelji.

Czując to, że słowa padną na grunt niezbyt podatny do przyjęcia, używa Arcypasterz przestrogi: „nie tylko nie godzi się odnosić z nieufnością do demokracji chrześcijańskiej, ale nadto demokratą chrześcijańskim może i powinien być każdy obywatel, który tylko otrzymał jakiekolwiek dary ducha, serca i bogactwa ziemskie”. Arcypasterz znał dobrze swoje owieczki, wiedział, że najpiękniejsze hasła miłości i sprawiedliwości natrafią na oschłość serca, a najgłębsze myśli na tępotę, bo jasnem jest, że wszelka akcja społeczna łączy się z – wydatkami, wszelka reforma społeczna zmniejsza dochody z przedsiębiorstwa, a zwiększa podatki.

Manifestacja 1 maja w Pińsku. NAC

Pismo poruszało tematy rozległe, ale skupiało się na problemach ekonomicznych i społecznych, wyjaśniając je w duchu myśli chrześcijańskiej i miłości do bliźniego.

W rubryce „Ze spraw lwowskich” umieszczało:

Dwa święta

W pierwszych dniach maja w Polsce manifestowały swe uczucia i poglądy dwa obozy. Dnia 1 maja obóz wywrotowy, socjalistyczno-żydowskobolszewicki, 3 maja obóz szczerze polski, chrześcijański, prawdziwie obywatelski. Pierwszy maja, to święto międzynarodówki, 3 maja – narodowe święto polskie. Oba te dni, to przegląd haseł i sił tych dwu obozów. Można dni te nazwać śmiało termometrem nastrojów w społeczeństwie. Gdyby 1 maja wziął górę nad 3 maja oznaczałoby to, że społeczeństwo jest chore, zgangrenowane, że podstawy państwowe naszej Ojczyzny są zagrożone. Gdy 3 maja bierze górę nad pierwszym, jest to oznaką zdrowia i siły narodu.

Dziwi nas tylko, że Polska Partja Socjalistyczna jeszcze w tych obchodach pierwszomajowych bierze udział, jeżeli bowiem jest partją polską, to czynić tego nie powinna, jeżeli zaś poczuwa się do jakiejś wspólnoty z żydami i komunistami, to powinna ze swego szyldu zetrzeć słowo „polska” – dwom bowiem bogom służyć nie można, trzeba służyć albo międzynarodówce albo Polsce. Nieudanie się obchodu pierwszomajowego rozłościło socjalistów, gniew swój zapragnęli wywrzeć na święcie 3 maja. „Dziennik ludowy” w dniu 3 maja ani słowa nie wspomniał o tern święcie i jakby go zupełnie nie było, czem najlepiej udowodnił. że socjalistów nic z Polską nie wiąże. Milczenie to jednak świętu narodowemu nie zaszkodziło i we Lwowie, i w całej Polsce cały naród, a wraz z narodem i klasa robotnicza święciły dzień 3 maja uroczyście i wspaniale. Trzeci maja zwyciężył, święto narodowe wzięło górę nad świętem żydowskiej międzynarodówki.

Zrodziło zaś ją poczucie, że dla dobra Ojczyzny należy poświęcić swoje przywileje, osobiste wygody i swobody, że nie ma tak wielkiej ofiary, której by od swych obywateli Ojczyzna wymagać nie mogła. Ten duch nigdy się nie przestarzeje, on zawsze w narodzie żyć winien i tego ducha obywatelskiego czcimy, czcząc pamięć Konstytucji 3 maja.

Uniwersytet „ukraiński” we Lwowie

Obecnie znowu wyłoniła się sprawa uniwersytetu ruskiego we Lwowie. Mianowicie socjaliści wnieśli wniosek nagły do laski marszałkowskiej w sprawie uniwersytetu ukraińskiego we Lwowie. Sprawa ta jest rzeczywiście bardzo ważną, ale nie w takiej formie, w jakiej przedstawiają ją socjaliści. Z naszego punktu widzenia, uznajemy potrzebę rozwoju kulturalnego narodu ruskiego liczącego w naszem państwie 4 miliony ludności, w ramach objętych konstytucją polską, ale stoimy na stanowisku współżycia, ale nie jątrzenia. Tak zwany „ukraiński” t. j. ruski uniwersytet może być w państwie polskiem, jeżeli żądają tego sami Rusini, ale nie we Lwowie. Socjaliści, albo nie zdają sobie dokładnie z tego sprawy (co jest wątpliwe) albo, jeżeli zdają sobie z tego sprawę, to uprawiają demagogię, liczą na popularność, rzucając frazesami nie do urzeczywistnienia.

W każdem mieście nawet w Warszawie może istnieć uniwersytet ruski, tylko nie we Lwowie. Lwów jako teren ciągłych roszczeń, nienawiści i bratniej niezgody, musi być na długi okres czasu poza nawias wszelkich poczynań usunięty. Wiemy bardzo dobrze, że większość mieszkańców we Lwowie – to Polacy. Lwów, to kolebka kultury polskiej na wschodzie, to twierdza na rubieżach Rzeczypospolitej, to jedno cmentarzysko kości polskiego żołnierza począwszy od najazdów hord tatarskich i tureckich. A czyż nie widzimy jeszcze jątrzącej blizny pomordowanych obywateli i dzieci polskich przez zdradziecki najazd zbuntowanego żołdactwa ukraińskiego? Czyż nie czujemy jeszcze zapachu ziemi przesiąkłej krwią orląt i niewinnych niewiast, przelanej w obronie tego ukochanego grodu? Czyż nie sterczy jeszcze przed wami cmentarzysko najeżone gęsto krzyżami, gdzie spoczywają wasze latorośle, starzy ojcowie, córy i siostry, młodzież z ławy szkolnej i robotnik z warsztatu, rolnik i panicz? Czyż nie słyszysz Ich głosu, „wszędzie, a nie tutaj”?

Więc z tego powodu, by nie drażnić obu stron, by te mury nie przypominały więzienia, zamiast wielkiej uczelni i by nie były rozsadnikiem nienawiści, walk i szkód czynionych obu narodom i państwu, uniwersytetu ruskiego nie może być we Lwowie.

Kto winien drożyźnie?

Jeżeli porównamy ceny z r. 1914 z obecnemi, to okaże się, że w kwietniu br. płacono w Poznaniu za pszenicę 81,1, żyto 61,9, jęczmień 63,4, owies 62,4 procent cen przedwojennych. Nawet na ziemiach Królestwa, gdzie ceny produktów rolnych wobec konkurencji zboża rosyjskiego były bardzo niskie, dziś płaci się za wszystkie zboża – z wyjątkiem pszenicy, która jest droższa niż przed wojną zaledwie 85–93 proc. cen przedwojennych. Ceny bydła też są o wiele niższe od przedwojennych.

Równocześnie ogłoszony przez Gł. Urząd Statystyczny wskaźnik wzrostu cen żywności dla Warszawy wynosi na kwiecień br. – 167, to znaczy, że wchodzące w skład kosztów utrzymania wydatki na żywność wzrosły w porównaniu z r. 1914 o 67 proc. – czyli równo o dwie trzecie pierwotnej wysokości. Wzrost ten jest tem bardziej uderzający, gdy odnośne wskaźniki dla Anglji obracają się w granicach b. 129–149 dla Ameryki od 131–147.

Sytuacja jest zatem taka: mamy najtańsze zboże i niskie ceny bydła, równocześnie najwyższy wskaźnik wzrostu kosztów żywności,

Dlaczego tak jest?

Liczby powyższe mówią bardzo wiele. Wskazują wyraźnie, że winowajcą drożyzny nie jest ani producent zboża, ani młynarz. Nieproporcjonalnie silny wzrost cen gotowego chleba sprowadza się zatem od dwóch czynników: podniesienie kosztów wypieku i podrożenia kosztów sprzedaży chleba. Jeżeli zatem o chleb chodzi winowajcami drożyzny są : piekarz i kupiec. Podobnie są nimi przy mięsie – handlarz bydłem i rzeźnik. Podobne stosunki panują u nas i w innych dziedzinach produkcji; surowce produkowane w kraju są tanie, produkty gotowe – drogie.

Sprawa domów robotniczych

Przed wojną założono Tow. budowy tanich mieszkań robotniczych pod przewodnictwem p. dr. Morawieckiego ul. Boularda, na który to cel zbierano składki, zapisy itd. Zakupiono nawet parcele i miano przystąpić do budowy tych domów. Tymczasem sprawę zaskoczyła wojna, p. Morawiecki nie zwoływał posiedzeń komitetu budowy i sprawa zupełnie przycichła. Dopiero na Zarządzie Głównym Zjednoczenia Chrz. Związków zawod., dnia 12, maja br. poruszono tę sprawę i wybrano komisję, która ma zbadać dokładnie całą rzecz i udać się po wyjaśnienie do p. dr. Morawieckiego. Mamy nadzieję, iż sprawa ta wejdzie obecnie na właściwie tory.

Po takiej ciężkiej pracy dobrze jest się umyć. NAC

Dajcie nam wodę rano

Piszą nam ze sfer robotniczych: Wszyscy pracownicy i robotnicy wciąż wnoszą skargi, iż wstając rano nie mają do mycia się wody. Szczególnie w porze letniej należy robotnikowi dać świeżą, zimną wodę choćby ze względów zdrowotnych. Zdarza się często iż domownicy zapominają nabrać wieczorem wody i ,,czarny murzyn” musi brudnemi rękami jeść śniadanie i brudny, nieorzeźwiony iść do pracy zawodowej, przeklinając na czem świat stoi. Może pan dyr. Aleksandrowicz zlituje się i wyda w tej sprawie odpowiednie zarządzenia (jeżeli wogóle wodę zamykać się musi) by już między 5 a 6 godz. rano, można korzystać z wody. Nie żałujcie nam bodaj tego.

Czy pan inż. Misterka wie o tem?

Piszą nam: Kiedy przewodniczący Sekcji Związku pracowników miej. czyszczenia miasta p. Cisowski przypominał wszystkim pracownikom tej Sekcji, iż dzień 3 maja jest świętem narodowem i „Świętem Pracy”, więc należy gremialnie wziąć udział w obchodzie tego święta, wówczas kierownik drogomistrz p. Stanisław Znaczkiewicz rzucił się zapieniony na pana C. ze słowami „że buntuje mu robotników”, że „święta żadnego nie ma” że „natychmiast idzie do p. inż. Misterki, by nauczył p. Cisowskiego”.

Skutkiem tego było, że z pracowników Sekcji czyszczenia miasta, zgrupowanych w Chrześć. Związku pracy w miej. w liczbie 260, zaledwie kilkunastu przyszło na obchód, a reszta pracowników musiała pracować. Zapytujemy p. inżyniera, kto wydał to zarządzenie, czy prezydjum Magistratu, czy pan Znaczkiewicz?

Ze związku służby domowej

W niedzielę dnia 25. V. odbyło się w sali Domu Katolickiego przy ul. Gródeckiej 12. b. plenarne zgromadzenie służby domowej, na którem po zagajeniu przez przewodniczącą związku p. Zajączkowską wygłosił referat ks. sekretarz Stanisław Sadowski na temat: „Klerykalizm i klerykali”. Referent wskazał na różnicę między t. zw. klerykałem w ujemnem tego słowa znaczeniu, u którego cała pobożność polega na małpowaniu księży czy zakonnika w stroju i obejściu, a który zasad wiary nie stosuje w życiu codziennem.

Prawdziwy katolik jest o tyle klerykałem, że zasady wiedzy katolickiej zastosowuje w każdej potrzebie życiowej tak w życiu prywatnem jak i publicznem. Reasumując swe wywody referent podkreślił błogie dla całej ludzkości skutki, jakie sprowadziłoby stosowanie zasad wiary w życiu codziennem u wszystkich ludzi i u wszystkich narodów. Następnie mówił sekretarz zawodowy p. Schmidt o potrzebie organizacji i jaką organizacja zawodowa być powinna.

Sprawy dozorców domowych we Lwowie

Już przeszło miesiąc trwają pertraktacje między właścicielami realności a dozorcami domów, w tak zwanej komisji polubownej w Inspektoracie pracy. Nasz Chrześć. Związek zawodowy dozorców domów idzie w swoich żądaniach postawionych w tej komisji zupełnie solidarnie ze Związkiem ,,Praca”. Przeprowadzenie tych żądań jest kwestją życia dla dozorców. Nie żądamy tam niczego, co by się nam słusznie nie należało. Zupełnie identyczne umowy przeprowadziły już wszystkie większe miasta Rzeczypospolitej, a jedynie tylko Lwów ociąga się z załatwieniem tej tak bardzo dla nas ważnej sprawy.

Mimo że żądania nasze są minimalne, a w dodatku oparte na umowach zawartych już właścicieli realności, staczają formalne kampanie o każdy szczegół choćby najdrobniejszy. Najsilniej opierają się uwolnieniu dozorców domów od prywatnych posług u właściciela. To jest bardzo charakterystyczne, że tak trudno zrozumieć tym panom, iż zawierając umowę z dozorcami domów nie zawiera takowej ze służbą domową i że przedstawiciele dozorców mogą pertraktować tylko w sprawie płacy i pracy związanej z wykonywaniem obowiązków dozorcy domu jako takiego, a nie w sprawie jego ubocznych zajęć.

Temu urzędnikowi z Gródka Jagiellońskiego nie było łatwo. NAC

Omawiano też i tematykę szerszą, nie tylko lwowską, a ogólnokrajową.

Krzyk rozpaczy urzędników

Przepraszamy czytelników, że jeszcze raz powracamy do tego samego tematu, ale jest to dzisiaj sprawa tak piekąca i ważna, jak n. p. sanacja skarbu. Sprawą tą powinien zająć się sejm i rząd i połączyć te dwie rzeczy razem i razem je traktować – sanację finansów i sprawę płac urzędniczych. Przy nadaniu nowych pełnomocnictw premierowi i ministrowi skarbu p. Grabskiemu, powinien sejm wziąć pod uwagę sprawę urzędniczą. Wszak nie będzie zwycięstwa jeżeli nie ma silnej armii.

Nie będzie gmach wymurowanym, jeśli nie ma dobrych murarzy. Nie będzie więc rezultatów z najlepiej obmyślanych planów sanacyjnych, jeśli nie będzie dobrego materjału urzędniczego, jeśli cały aparat państwowy budować się będzie na próchniejącym materjale i przez ludzi pochylonych nad bezdenną przepaścią.

Ratujcie Zagłębie naftowe!

Przed kilkoma dniami uderzyło „Słowo Polskie” na alarm, że wielkie nieszczęście zagraża Zagłębiu naftowemu w Borysławiu i Drohobyczu, że komunizm opanowuje i zalewa je zupełnie. Tak się też rzecz przedstawia w rzeczywistości. Ogólny zastój w przemyśle dał się odczuć i na terenach naftowych, gdzie mnóstwo robotników z powodu redukcji znalazło się bez pracy. Ponieważ głód jest najgorszym doradcą, przeto nie dziw, że wywrotowe elementy komunistyczne mają tam szerokie pole do działania. Najłatwiej rzucić palącą żagiew w nasycony oliwą stos drzewa. Tak też najłatwiej rzucić wywrotowe hasło: „Rznij burżuja, gdyż on winien twemu nieszczęściu” – albo: „Rozpędzić ten rząd, gdyż on ciebie pozbawił pracy” – w tłum zgłodniałych rzesz pozostawionych swemu losowi. Taki też człowiek pozostawiony na łasce losu, inaczej reaguje na słowa pociechy i uspokajające, a inaczej na wyżej przytoczone.

Do tego doszło, że ludzie ci bez chleba chwytający się ostatecznych niebezpiecznych środków, wystąpili przeciwko własnym leaderom socjalistycznym z P. P. S., którzy mieli dotąd wszystkie organizacje robotnicze w swych rękach. Wystąpili z powodu tego przeciwko własnym dotychczasowym przywódcom socjalistycznym, zarzucając im brak siły w rządzie, niedbałość o robotnika, którzy wykorzystując ciężką sytuację tych biedaków, zagarniają ich dla swych haseł demagogicznych pod swoją czerwoną płachtę.

Rzecz ta byłaby wskazaną choćby z tego względu, że bezskuteczne są wszelkie zabiegi i usunięcie niebezpieczeństwa przez samo uspakajanie i tłumaczenie, kiedy nie ma argumentu na głód i nędzę innego, jak tylko chleb i pomoc. To jest maść gojąca, za którą idzie ulga i uspokojenie umysłów, a zatem wdzięczność dla swego wybawcy. Rozważcie i ratujcie póki czas!

Życie w Borysławiu nie należało do przyjemnych. NAC

Rzadko zamieszczano poetyckie próbki czytelników. Oto jedna z nich, niejakiego Romana Makarewicza, wiersz zatytułowany „Ideały”:

Pot mu oczy zamgławił i ręka obwisła
Jak dziecko cicho płacze, kiedy ból swój wyzna,
Poprzez okna warsztatu szepty swoje wysłał
Teraz patrzy w ulicę i myśli: OJCZYZNA…

Nagle w sobie zrozumiał oddechu zawiłość.
W dusznych mrokach pokoju sennie rozedniało,
Wspomniał w sercu tętniącą, najprawdziwszą miłość
I na usta płynące, ciepłe Boże Ciało.

Ktoś rękę kładł na czole i powiedział: „powstań!”.
Poszli poprzez ogrody, zielenią wspaniałe
W wielkiej chwili ziszczenia, po dniach długich chłostań,
Drogą, gdzie kwitły róże czerwone i białe.

Została zachowana oryginalna pisownia

Opracował Krzysztof Szymański

Tekst ukazał się w nr 9 (445), 17 – 30 maja 2024

X