Gdy zabraknie szacunku, gdy zabraknie pamięci

23 stycznia oczy wielu Polaków zwrócone były na Jerozolimę, gdzie podczas Światowego Forum Holocaustu przemawiać miał Władimir Putin. Gdyby zainteresowanych tym wystąpieniem zapytać, kto jeszcze miał zabrać głos w Yad Vashem, najprawdopodobniej niejedna osoba nie potrafiłaby odpowiedzieć.

Polskie media skupiły swoją uwagę na prezydencie Rosji i nieobecności w Izraelu prezydenta Dudy, pozostałe wydarzenia relacjonując niejako w cieniu tych dwóch polityków. A szczególnie jednego polityka – tego, któremu udzielono głosu.

Rezygnacja z przyjazdu do Jerozolimy prezydenta Litwy Gitanasa Nausedy, określane jako „mocne” przemówienie wiceprezydenta USA Mike Pence`a były przedstawiane przez dziennikarzy nie jako wydarzenia same w sobie, a jako symbole propolskiej postawy. Nawet wspominając o decyzji prezydenta Wołodymyra Zełenskiego (który postanowił do Izraela pojechać, ale wespół z ukraińską delegacją przekazał miejsca osobom pochodzącym z Ukrainy, które przeżyły pobyt w Auschwitz) akcentowano, że podczas wywiadu udzielonego „Times of Israel” dziennikarz wspominał, że „Prezydent Polski zdecydował, że nie przyjedzie, bo nie pozwolono mu przemówić”. Sam Zełenski uznał, że zgoda na wystąpienie nie ma większego znaczenia, że najważniejsze dla każdego kraju jest uczczenie pamięci ofiar Holokaustu.

Gdyby prześledzić wystąpienie Pence`a, można by nabrać wątpliwości, czy tak wielkim sukcesem jest napomknienie o nazistowskich planach zniszczenia kultury polskiej, podczas gdy przemilczane zostały straty o wiele większe – te ludzkie. Rzeź, o której wspomniał, o ironio losu, Władimir Putin mówiąc, że naziści chcieli zgotować los taki, jaki stał się udziałem Żydów, także i innym narodowościom, w tym Białorusinom, Ukraińcom, Polakom.

Była to wypowiedź zaskakująca zapewne dla tych, którzy oczekiwali, że w Jerozolimie padną ostre słowa pod adresem Polski. Tymczasem, gdy nad Wisłą spekulowano, czy jesteśmy wystarczająco przygotowani, by odeprzeć rosyjski atak, nikt chyba nie zastanawiał się nad tym, czy przypadkiem tej batalii już nie przegraliśmy. Putin nie dolał oliwy do ognia, nie użył żadnych argumentów, które można byłoby storpedować w rzeczowej dyskusji. Zepchnął polskie (skądinąd zasadne) zastrzeżenia na margines. Nie sprawił, że dziennikarze ustawili się w kolejkach pod gabinetami polskich polityków, nie zainteresowali się szerzej tym, co mają oni do powiedzenia. A ci, aby przebić się ze swoim głosem, musieli zainwestować w płatne, sponsorowane artykuły na łamach czasopism tak poczytnych jak „Die Welt”, „Le Figaro” czy „The Washington Post”.

Trudno ten fakt nazwać sukcesem polskiej polityki historycznej. Zresztą, skoro już o polityce historycznej mowa, przekonaliśmy się, jak groźnym jest ona narzędziem. Pokazali nam to dobitnie fachowcy z Kremla, na co zareagowaliśmy świętym oburzeniem, zarzucając Rosjanom kłamstwa i propagandę. Tymczasem jeśli prowadzimy do mariażu historii i polityki, to właśnie propaganda będzie dzieckiem tych dwojga. Historykom nie wybacza się kłamstw i choć nie są z pewnością obiektywni, to powinni jak najbardziej zbliżać się do obiektywizmu. Politycy nie muszą tego robić, a łgać im wolno na potęgę. Tworząc pojęcie „polityki historycznej” i zastępując nim rzetelne badania, powołaliśmy do życia monstrum, a teraz dziwimy się, dlaczego szczerzy na nas kły. Putin skorzystał z wszelkich praw, jakie daje wykorzystywanie historii dla budowania pozycji politycznej w kraju i poza jego granicami. Nie liczy się tu z żadną prawdą, nie zważa na czyjeś krzywdy, jego celem jest tylko i aż skuteczność. I tę skuteczność pokazał w Yad Vashem. Czy nam się to podoba, czy nie.

A prezydent Ukrainy pojechał do Jerozolimy, lecz ostentacyjnie nie wysłuchał co Putin ma do powiedzenia. W Forum wzięli udział ukraińscy żyjący świadkowie Holocaustu. On sam, pod Ścianą Płaczu, uczestniczył w modlitwie, prosząc Boga między innymi o pokój na Ukrainie. Zaprezentował postawę godną wytrawnego polityka i nawet ci, którzy wciąż widzą w nim tylko komika, musieli mu to przyznać.

Niewątpliwie w Jerozolimie politycy zagrali tragedią Holocaustu i cynicznie wykorzystali pamięć ofiar, podczas gdy więźniowie Auschwitz pozostali w cieniu tych rozgrywek. Jednakże ich głosy donośnie zabrzmiały podczas uroczystości zorganizowanych w Polsce w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz-Birkenau.

Jakże bolesne były słowa Elsy Baker, która do Auschwitz trafiła jako 8-letnia dziewczynka pochodzenia romskiego, mówiącej o tym, że dziś różne mniejszości nie mogą zaznać spokoju. Słowa wypowiedziane na ziemi, która kryje w sobie prochy tak wielu ludzi, którzy zginęli za to, że nie przystawali do czyjegoś wydumanego wzorca.

Jak aktualne jest pytanie, które postawiła ocalała z Holocaustu Batszewa Dagan – „Gdzie był świat, który widział i słyszał i nic nie robił by ocalić świat”. Co dziś robimy, gdy na całym globie giną tysiące ludzi, gdy toczą się wojny, gdy uchodźcy toną u brzegów Europy?

Jak prawdziwe są słowa Mariana Turskiego, który przypomniał, że „to się wydarzyło, to znaczy, że się może wydarzyć, to znaczy, że to się może wydarzyć wszędzie”. Jak gorzko to wszystko brzmi, gdy przypominamy sobie, że nad prawdą o przeszłości, ostrzeżeniem przed teraźniejszością oraz strachem przed przyszłością potrafią zatriumfować polityczne przepychanki.

W Polsce przemówili ostatni świadkowie tamtych dni, ludzie, których powinniśmy wysłuchać i którym winni jesteśmy dziś przeprosiny. Przeprosiny za to, że nie odrobiliśmy lekcji, jaką dała nam historia. „Świat miał wyglądać inaczej”, a tymczasem zdaje się, że historia zatoczyła koło. „Dziś, z każdej strony widać stare upiory. Antysemityzm, rasizm, demagogia, pogarda i nienawiść. Stajemy się coraz bardziej obojętni, zamknięci w sobie, apatyczni, bierni. Nie widzimy i nie chcemy widzieć. Nie mówimy i nie chcemy mówić” powiedział Piotr Cywiński, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Uświadamiamy sobie wówczas, że analizować powinniśmy nie politykę historyczną, a świadectwa historii głoszone przez naocznych świadków tragedii II wojny światowej, prowadzącej do eksterminacji ludzi. Hierarchia naszych wartości stanęła dziś na głowie, poświęcamy uwagę nie temu, co powinno być dla nas ważne.

– W miejscu takim jak to brakuje słów – powiedział więzień Auschwitz Stanisław Zalewski i chciałoby się rzec, że nie zawsze warto ich szukać. A jeśli już jakieś powinny paść, to te o wybaczeniu, które nie jest równe zapominaniu i obojętności.

Wiesław Romanowski zapytał, czy nie powinniśmy rozważyć organizowania w Auschwitz negocjacji w sprawie aktualnych wojen i konfliktów: „Może łatwiej w tym miejscu będzie rozmawiać o przyszłości Syrii, Izraela, Iranu, Donbasu i Krymu? (…) Może to tutaj pokojowi laureaci nagrody Nobla, czy wolni dziennikarze powinni wzywać i zapraszać polityków wierzących w siłę, przemoc, terror i tajną policję?” Może. Idea piękna, ale skoro w cieniu obchodów 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz politycy potrafili rozgrywać swoją grę, to czy potrafiliby uszanować takie miejsce i choć przez chwilę pomyśleć, że ich dzisiejsze działania mogą doprowadzić do tego, że w przyszłości powtórzy się przeszłość?

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 2 (34), 31 stycznia – 13 lutego 2019

X