Gazeta Poranna w sezonie ogórkowym Projekt pomnika lwowskich Orląt. Za pomnik lwowskich Orląt, mający stanąć w ogrodzie Lwowskiej Politechniki, pierwszą nagrodę otrzymał projekt pomysłu arch. W. Rawskiego. Gazeta Poranna

Gazeta Poranna w sezonie ogórkowym

Sezonem ogórkowym w prasie określa się okres urlopowy. Wszyscy, łącznie z  politykami, opalają się nad morzem lub oddychają świeżym górskim powietrzem, a kto ma więcej szczęścia – to może nawet dostanie skierowanie do sanatorium. W wiadomościach prawie nic się nie dzieje, więc dziennikarze chwytają i rozkręcają byle tematy, nawet taki: „Właściciel pogryzł swego psa”. Zobaczmy, czym absorbowała swoich czytelników lwowska „Gazeta Poranna” latem 1925 r.

Klęska powodzi w Małopolsce – porównując z powodzią 2024 r. była chyba równie niszcząca, szczególnie na naszych terenach. Oto jak opisywano kataklizm:

Przemyśl pogrążony w ciemnościach. Elektrownia zalana przez wodę, przestała funkcjonować przedwczoraj popołudniu i do tej pory jest nieczynna, tak, że całe miasto tonie w ciemnościach. Ponieważ zachodziła obawa rabunków i kradzieży, policję całą skonsygnowano, a nad porządkiem i akcją ratunkową czuwa osobiście starosta M. Eckhard. Wczoraj bawił tu również komendant okręgowy P P p. Wiczyński. Dotychczas zanotowano jeden nieszczęśliwy wypadek zatonięcia. Mianowicie ucz. IV. kl. gimn. Tadeusz Biernat samowolnie urządził sobie spacer łodzią po wezbranych falach Sanu, które go porwały i wszelki ślad po nim zaginał. W akcji ratowniczej bierze udział wojsko i policja.

Groźba powodzi w Krakowie. Sytuacja w Krakowie jest groźna, chociaż powodzi w dosłownem słowa tego znaczeniu jeszcze niema. Do dzisiaj na przedmieściach Dębniki, Zakrzówek i Ludwinów woda stoi w suterynach, a nawet wdarła się częściowo do niżej położonych parterowych mieszkań. Zalew ten spowodowało wezbranie Wilgi, które dziś jednak zwolna opada. Do dzisiejszego rana po ulicach Dębnik jeżdżono łódkami.

Wisła wciąż przybiera. W tej chwili wodomierz wskazuje o metr i 15 cm ponad stan normalny. Oczekiwany jest jednak lada chwila przybór wód górskich, które o ile napłyną gwałtownie, wywołają bez wątpienia groźną katastrofę. Wskutek wylewów przerwana jest zupełnie komunikacja na linji Skawina – Kraków, jak również w kierunku na Wadowice, pod któremi most uległ podmyciu.

Wylewy. Ogromne połacie Małopolski wschodniej, spichrza Rzpitej, stanęły pod wodą. Komukolwiek w tych dniach wypadło jechać koleją przez okolice powodzią nawiedzone, mógł nabrać pojęcia o rozmiarach klęski. Istne morza uderzają brudnemi falami o nasypy kolejowe. W ich odmętach zatonęło wszystko: i łąki z sianokosami, i zboża, które miały nas chlebem nowym zaopatrzyć, drogi, domostwa – cały dobytek, ludzką krwawicą opłacony. Co za tragiczny w swym majestacie widok!

Tem boleśniej szarpie on sercem, że nie obeszło się także bez ofiar w ludziach, jakkolwiek, szczęściem, było ich stosunkowo niewiele. Ale będą dalsze, nierównie tragiczne, pomnożą się w setki i tysiące, jeśli nie przyjdzie pomoc dostatnia. Szlakiem wylewu wtargnie nędza, głód i epidemje przyłączą się do niej. Zagrodzić im wczas drogę – to obowiązek. Więcej nawet: do depresji nie ma powodu. Polska jest państwem nazbyt hojnie uposażonem przez naturę, by nagle manko w jednej dziedzinie mogło zachwiać, choćby chwilowo, jej sytuacją ekonomiczną.

– Klęska powodzi dotknęła na terenie wojew. lwowskiego 14 powiatów. Obszar zatem bardzo duży, stosunkowo większy, niż na terenie wojew. krakowskiego i stanisławowskiego, w których jakkolwiek zniszczenie, spowodowane powodzią w poszczególnych wypadkach jest większe, aniżeli w wojew. lwowskiem, to jednak obszar nawiedzony klęską, jest mniejszy – stwierdził podczas podróży inspekcyjnej p. Minister spraw wewnętrznych. – Klęska jest tem dotkliwsza, że dotknęła ona ludność w momencie najkrytyczniejszym, bo o ciężkim przednówku. Młode kartofle były w tej porze niemal głównem wyżywieniem. Obecnie, skutkiem powodzi, kartofle te gniją i są nie do użycia, tak, że ludność została pozbawiona i tego jedynego środka żywności.

W tem ciężkim położeniu można stwierdzić, że ludność nie tyle zwraca się o pomoc doraźną i wynagrodzenie szkód, ile gorąco prosi o regulacje rzek i uchronienie jej od podobnych katastrof na przyszłość.

Tak naprawia się tramwaje we Lwowie. NAC

Dotychczasowe straty wynoszą ogromną sumę, około 5 milionów zł.

Jak przychodzi na świat… tramwaj – opisuje wycieczkę do M.Z.E. Inż. Eugeniusz Roland.

W połowie czerwca b.r. odbyła się wycieczka inżynierów i asystentów tutejszej Politechniki do warsztatów Miejskich Zakładów Elektrycznych, mieszczących się przy zbiegu ulic Kopernika i Kadeckiej. Warsztaty te zasługują na uwagę raz ze względu na to, że od ich należytego funkcjonowania zależy utrzymanie ruchu tramwajów miejskich, a po drugie ze względu na wysoki poziom techniczny i organizację pracy, którą zwiedzający zauważyli, a która może służyć za wzór dla innych podobnych zakładów.

Dzięki życzliwości i uprzejmości długoletniego kierownika tych warsztatów Inż. Władysława Rubczyńskiego, docenta Politechniki Lwowskiej, który nie szczędził szczegółowych objaśnień, mogliśmy się dokładnie z całością wytwórczości zapoznać. Na wstępie zaznaczymy, że ideą przewodnią, którą kieruje się Zarząd warsztatów M.Z.E. jest zasada samowystarczalności i oszczędności, posuniętej do najdalszych granic.

W jakim stopniu osiągnięto wyżej wspomniany cel, przekonamy się z poniższego opisu. Głównem zadaniem warsztatów M.Z.E. jest reperacja częściowa i gruntowna uszkodzonych lub zużytych wozów tramwajowych. Zużyty długoletnią pracą elektrowóz zostaje rozebrany w hali montażowej warsztatów, do ostatniej śrubki. Stąd części składowe, jako to: motor elektryczny, koła, osie, resory i t. p. części podwozia oraz przyrządy, skierowywane są do odpowiednich działów, gdzie przedmioty zużyte zostają zastąpione nowemi, wykonanemi całkowicie w warsztatach M.Z.E. we własnym zakresie.

A więc motor elektryczny wędruje do oddziału elektro-mechanicznego. Tam następuje badanie, potem o ile zachodzi potrzeba, zamienia się przepalone zwoje drutu miedzianego na nowe. Pozatem wykonuje się dla motorów elektrycznych nowe kolektory miedziane i wały stalowe. Odnowiony motor wraca do hali montażowej i zostaje z powrotem wbudowany do elektrowozu. Przy sposobności dowiedzieliśmy się, że tramwaj lwowski był pierwszym na kontynencie, który wprowadził łożyska kulowe do motorów, a mianowicie jeszcze w roku 1911.

Zespoły osiowe wraz z kołami zostają przetransportowane do oddziału obrabiarek, gdzie zużyte obręcze ściąga się z kół i wprasowuje nowe na gorąco. Skrzywione i wytarte osie przetacza się wraz z kołami na dużych tokarniach, do tego celu przeznaczonych. Zupełnie zużyte lub złamane osie zastępuje się nowemi.

Godną uwagi gałęzią wytwórczości jest wyrób zębatych kół. Odlew stalowy do powyższych kół dostarczają Huty Górnośląskie, obróbka zaś całkowita odbywa sie w warsztatach na specjalnych precyzyjnych maszynach, tak zwanych gzygarkach uniwersalnych.

Z kolei zaproszono nas do stolarni, gdzie stare podła elektrowozu zostaje rozbijane i usunięte i buduje się zupełnie nowe, kompletne od szkieletu i podłogi począwszy, a skończywszy na lakierowaniu, lampach i obiciu. Piękne stylowe okucia z bronzu, klamki, rączki, niklowane regulatory dla motorowych i t.p. przedmioty, zdobiące zewnętrzną szatę tramwaju, również wykonuje się całkowicie w warsztatach i to tanim kosztem, jako materjał bowiem do powyższych przedmiotów, używa się stare połamane okucia, które przetapia się we własnej odlewni.

Jak zauważyliśmy, kierownictwo warsztatów bez straty finansowej lub uszczerbku dla normalnego toku pracy stara się dopomagać celom naukowym. – Odbywają się wycieczki naukowe studentów Politechniki Lwowskiej, którzy ćwiczą się w obliczaniu obrabiarek, zdejmowaniu ich charakterystyk, wyznaczaniu czasu obróbki i t. p.

Oby kraj nasz posiadał takich placówek jak najwięcej.

Kościół Jezuitów we Lwowie, drzeworyt z 1871 r. wędrówka po takich dachach może być faktycznie niebezpieczna, archiwum.allego.pl

Czego to dzieci nie wymyślą, ze strachu przed pasem ojca…

Karkołomna podróż po dachu kościoła jezuitów

Wczoraj popołudniu liczni przechodzący Placem Trybunalskim byli świadkami niezwykle oryginalnego zdarzenia, które robiło wrażenie przygotowanej sceny dla dramatu filmowego. Mianowicie ujrzano na wysokości 5 piętra na kościele oo. Jezuitów drapiącego się ku szczytowi jakiegoś malca.

Grupa oglądających te karkołomne produkcje zwiększała się coraz bardziej|, a z tłumu wyrywały się okrzyki trwogi o los malca. Tymczasem akrobata nic sobie z tego nie robiąc coraz śmielej wdrapywał się ku szczytowi kościoła, a gdy już znalazł się na dachu znikł z oczu i – jak się okazało – skoczył na sąsiedni dach Izby Skarbowej, skąd drogą przez dymnik ukrył się na strychu. Wśród tłumu zrodził się natychmiast cały szereg domysłów co do zagadkowej eskapady szalonego młodzieńca, zwłaszcza, ta myśl o zdjęciu kinowem upadła, gdyż nigdzie aparatu projekcyjnego nie ujrzano. Zjawił się posterunkowy, któremu ta eskapada wydała się mocno podejrzana i udał się do gmachu Izby Skarbowej i zaalarmował całą służbę, polecając odszukanie tajemniczego osobnika. Woźni otoczyli cały budynek, a kilku najodważniejszych z karabinami w rękach udało się w pościg za „zbrodniarzem”.

Po dłuższych poszukiwaniach wreszcie osobnika owego skulonego znaleziono na strychu. Sprowadzony na dół płacząc odmówił wszelkich wyjaśnień. Wobec tego oddano go na policję i tutaj dopiero po przemówieniu mu do sumienia, chłopak rozpłakał się serdecznie, poczem opowiedział swoje nieszczęśliwe dzieje.

Nazywa się Wasyl Kobza, był uczniem IV. kl. gimn. ruskiego i otrzymawszy cztery dwóje z obawy przed karą ojcowską postanowił się powiesić na strychu gmachu Izby Skarbowej. Zapytany dlaczego obrał tak karkołomną drogę, zamiast udać się schodami, oświadczył z całą prostotą, że nie miał możności otrzymania kluczów, zaś ponieść śmierć przez skok na bruk z wieży kościoła zabrakło mu odwagi. Niedoszłego samobójcę odstawiono do domu.

Jak hulają lwowscy apasze i jaki jest koniec takich zabaw dowiadujemy się z kolejnych informacji.

Temperamenty lwowskich apaszów nie dają się nawet okiełznać kryminałem, w którym tak często spędzają długie miesiące. Zawadjackość wzmożona alkoholem zamienia się w bandytyzm, który szerzy się w zastraszający sposób.

Wczoraj około godz. 11 wieczorem drogą kulparkowską szedł do domu swej matki posterunkowy z VII komisarjatu Wojciech Druś. Nagle przyskoczyło do niego 3 napastników, z których jeden trzykrotnie wystrzelił z rewolweru, a dwaj inni rzucili się na posterunkowego z nożami usiłując go zabić. Post. Druś zaskoczony niespodziewanym napadem, na szczęście dzięki przytomność umysłu wyszedł z opresji cało, przyczem w czasie szamotania się z opryszkami zdarł jednemu z nich kapelusz. Napadnięty udał się natychmiast na II komisarjat. Wysłano patrole i nad ranem dwu bandytów, a to: Demskiego i Różyckiego ujęto. Za trzecim opryszkiem trwają poszukiwania dalej.

Drugi podobny wypadek zdarzył się wczoraj w realności przy ul. Alentbeków 3. Zamieszkały tam Leopold Theman, złotnik wszczął awanturę z matką, którą pobił laską tak, że odniosła liczne sińce. Poturbowana kobieta wezwała pomocy policji i gdy wkroczył post. Władysław Koniusz, Theman rzucił się na niego i uderzył go silnie w pierś tak, że z trudem udało się awanturnika ubezwładnić.

Z materiału Złośliwy borsuk dowiadujemy się, że złośliwe potrafią być nie tylko koty…

Jak wiadomo borsuki należą do typu zwierząt złośliwych i ponurego usposobienia. Reguła ta – zdaje się – obowiązuje nawet wśród ludzi, noszących nazwisko tego zwierzęcia – jak się okazuje z następującego wypadku:

Wczoraj popołudniu Franciszek Borsuk, niewiadomego zajęcia, zamieszkały – naturalnie – na homeryckim „Gródku” 7, będąc nieco „zabawiony”, przechodził ulicą Źródlaną. Właśnie wtedy nadeszło dwu posterunkowych, widok zaś policyjnych mundurów doprowadził domorosłego anarchistę do takiej w ściekłości, że niebaczny na przewagę sił po stronie wroga rzucił się nań.

Walcząc w pojedynkę, obrzucając równocześnie Bogu ducha winnych przedstawicieli lokalnej św. Hermandady stekiem wyzwisk, godnych parafji, z której pochodzi. Bohaterski poryw „zabawionego”, a złośliwego Borsuka skończył się dlań tragicznie: „anarchista” uległ bowiem w walce przewadze sił i powędrował do aresztu.

„Kobieta potrafi” – to hasło coraz częściej Polki wprowadzają w życie…

Lwowianka pierwszą komendantką polskiej policji kobiecej

Ha czele zastępu policjantek stanęła p. Stanisława Paleolog. Jakeśmy to już wczoraj donosili, w Krakowie odbyło się uroczyste zakończenie pierwszego kursu wyszkolenia kobiecej policji państwowej. Na czele tego pierwszego zastępu nowych policjantek stanęła młoda, energiczna panna, o której głośno kiedyś mówiono we Lwowie. Komendantka Kompanji Szkolnej policji kobiecej nosi nazwisko dynastyczne greckie. Panna Stanisława Paleolog jest lwowianką, i to z tych Iwowianek rycerskich, które ukochanego grodu tak dzielnie broniły przed nawałą ukraińską. W 1918 roku p. Stanisława Paleolog była kurjerką, przedzierała sie przez linje nieprzyjacielskie w służbie wywiadowczej… Była ranna i odznaczona krzyżem Obrony Lwowa, a następnie krzyżem Walecznych.

W Ochotniczej Legji Kobiet, pod komendą pani Aleksandry Zagórskiej, p. Paleolog była w stopniu porucznika wojsk polskich adjutantką komendantki, referentką personalną OLK. w ówczesnym referacie sztabu generalnego. Współdziałała w organizowaniu Legji kobiecej, która w 1920 r. doszła do rozmiaru 10 bataljonów, przy poszczególnych DOK.

Gdy dowiedziała się, że ma powstać policja kobieca, odrazu zgłosiła się do służby. Cieszyła się, że organizuje się taka służba społeczna. Trzeba wierzyć, że pierwsze nasze policjantki zdobędą zaufanie i szacunek społeczeństwa swą pracą, tem bardziej, że na czele ich stanęła tak energiczna i pełna poświęcenia komendantka.

Kobieta – prezesem Straży ogniowej

Jest nią Polka p. Turobojska z Bujnic. Poświęcenie się zawodowi strażaka ogniowego wymaga dużej zręczności, siły fizycznej i przytomności umysłu. Prezes zaś straży pożarnej, choć naogół osobiście nie bierze udziału w czynnościach ratowniczych straży, musi prócz tych zalet posiadać dużo energii, dużo zimnej krwi i zmysłu organizacyjnego. Tem dziwniejszy jest tedy fakt, że prezesem straży w Gorzkowicach została wybraną kobieta, p. Turobojska z Bujnic. Jest to ziemianka, mająca majątek w owych stronach. Musi też ta zamaszysta amazonka posiadać imponujące kwalifikacje, skoro jej powierzono tę trudną i odpowiedzialną funkcję. Nawiasem należy podkreślić, że jest to z pewnością pierwszy tego rodzaju wypadek w Polsce, a kto wie, czy nie w Europie…

Drużyna „Sokoła” podczas ćwiczeń gimnastycznych. NAC

Młodzież też miała co przedstawić widzom:

Ćwiczenia popisowe na boisku Sokoła Macierzy

O godz. 4:10 po poł. odbyły się na boisku Sokoła Macierzy pokazy obejmujące rozmaite grupy ćwiczeń gimnastycznych, ochrony przeciwgazowej oraz pożarnictwa.

Zainteresowanie publiczności było olbrzymie. Nie tylko wszystkie trybuny i place boiska były przepełnione, ale nadto wieniec niezliczonych widzów otaczał całe zagłębie boiska. Rozpoczęły się interesujące pokazy, ćwiczenia wolne z toporkami umundurowanych oddziałów, które prowadził p. Kajzer.

Następny punkt ćwiczeń stanowiły bardzo interesujące ćwiczenia z narzędziami pożarnemi straży ochotniczej z Brwinowa pod Warszawą i takież ćwiczenia ochotniczej straży pożarnej z Łodzi. Również wielkie zainteresowanie budziły ćwiczenia szkolne z drabinkami, wykonane przez Lwów–Sokół i Lwów kolejno z Zamarstynowem. Następnie rozpoczęły się pokazy gaszenia pożarów wraz z pokazami obrony przeciwgazowej. Ratunek domu parterowego produkowała „Lewandówka”, ratunek II pietr. budynku fabrycznego pokazały straże kolejowe. Akcje ratunkowe pożaru dachowego budynku dwupiętrowego przeprowadziły straże Sokół–Lwów i Zamarstynów. Bardzo efektownie przedstawiał się prawdziwy pożar budynku parterowego i jego ratunek przez wiejską straż pożarną.

Kulminacyjnym punktem programu były pokazy wybuchów amunicji gazowej i atak samolotów wykonane przez strażaków z ukończonym kursem przeciwgazowym. Nader estetyczne wrażenie wywarły ćwiczenia z pochodniami płonącemi, wykonane przez 200 strażaków z woj. poznańskiego pod dowództwem insp. Karola Górniaka.

Ćwiczenia na boisku Sokoła zamknęły integralna część Zjazdu, który był zorganizowany zaiste bez zarzutu, w czem należy przypisać lwią część zasługi gorącemu orędownikowi Straży pożarnych prez. Neumanowi, jako też niestrudzonemu w pracy około pożarnictwa dyrektorowi Małop. Związku r. Bolesławowi Wójcikiewiczowi.

Raut na Strzelnicy miejskiej z udziałem „Echa Macierzy” oraz artystów sceny lwowskiej zakończył Zjazd, który na długo pozostanie w pamięci Lwowa.

Prawidłowe napisy w miejscach urzędowych są wizytówką państwa, więc zadbano o to na kolei…

O czystość językową na kolejach

Ministerstwo kolei stwierdziło, że na dworcach stacyjnych istnieją niewłaściwe wyrazy w napisach, dotyczących nazw lokali służbowych, miejsc publicznych itp. Celem ujednostajnienia tych napisów wydano prawidłowy wykaz nazw, mających najczęściej zastosowanie i zarządzono bezzwłoczne usunięcie dotychczasowych niewłaściwych napisów i zastąpienie tychże jednolitym i napisami na całej sieci polskich kolei. Między innemi zastąpiono wyraz „Restauracja” wyrazem „Bufet”, „Naczelnik’” wyrazem „Zawiadowca”, „Hala” (zamiast „westybul”), „Poczekalnia” a nie „Czekalnia”, „Przechowalnia”, a nie „Garderoba”, „Wejście”, a nie „Wchód”, wyjście a nie „Wychód” itd.

Niestety wypadki na drogach są obecnie bardzo częste, ale wtedy też kierowcy nie popisywali się opanowaniem pojazdu…

Wypadek automobilowy pod Rzęsną Polską

Po południu na szosie obok Rzęsny Polskiej, inż. Kazimierz Barański, jadąc własnym autem w stronę Janowa, wjechał na drzewo, skutkiem czego auto uległo uszkodzeniu, zaś cała rodzina Barańskich doznała dotkliwych potłuczeń.

Przyczyną tej katastrofy było spotkanie się z autem nr W 17890 lub 17986, które mijane przez inż. Barańskiego skręciło w tę samą stronę, a inż. Barański, chcąc uniknąć zderzenia, skręcił również w bok i wjechał na drzewo.

Po decyzji Rady Miasta o likwidacji stałej opery we Lwowie i zamiany w jej repertuarze sezonowym w rubryce Co mówi Nemo nadworny poeta „Gazety Porannej” Henryk Zbierzchowski pisze:

Burza poniedziałkowa

Jedni wołają: biada bez opery!
Drudzy z kłopotów miasta robią sobie spowiedź.
Co o tem sądzę? Jeśli mam być szczery
W burzy znalazłem najlepszą odpowiedź.

Zagrała wichrów potężna orkiestra,
Strugi deszczowe nasze bruki zmiotły
I chociaż brakło chwilowo maestra,
Gromy huczały jak potężne kotły.

I była groza w dramatycznych scenach
A w dekoracjach świetna perspektywa.
Wrzały soprany: woda w suterenach!
Huknęły basy: woda mosty zrywa!!

Gdzie spojrzysz tłumy z wyciągniętą ręką,
Z każdego kąta mizeria wyziera.
Więc skoro wszyscy śpiewamy tak cienko
To niepotrzebna nam dzisiaj opera.

Została zachowana oryginalna pisownia

Opracował Krzysztof Szymański

Tekst ukazał się w nr 15-16 (475-476), 29 sierpnia – 15 września 2025

X