Dziękuję Ci, Ojcze…

Wspomnienie o kardynale Marianie Jaworskim

Kiedy posłany do Lwowa szedłem na pierwsze spotkanie z moim nowym ordynariuszem, przypominałem sobie jak należy się zwracać do kardynała. Miłym zaskoczeniem było, że wszyscy jego księża i siostry zakonne mówią do niego po prostu „Ojcze”. Drugim zaskoczeniem było to, że podczas każdego kazania czy przemówienia on zawsze wspominał kilka słów o tym by być wdzięcznym Panu Bogu za to, co mamy. Wiedział co mówi.

Jego życie to gotowy scenariusz na film z happy endem. Wygnany ze Lwowa jako kleryk, po 45 latach wraca jako arcybiskup. Co prawda Kościół był wyniszczony; brakowało świątyń, plebanii, a do dyspozycji miał zaledwie kilkunastu kapłanów na terenie wielkości 1/4 Polski. Swoim spokojem wynikającym z zawierzenia Bogu pokonywał wszelkie kłopoty. Powtarzał słowa Psalmu: „Kto we łzach sieje, żąć będzie w radości”. To proroctwo spełniło się również na nim. Oglądał rozwój Kościoła lwowskiego i na całej Ukrainie, której był łacińskim metropolitą; powstanie seminarium, kurii, takiej liczby kapłanów, zakonników i zakonnic, że z trudem mieścimy się na kongregacjach duchowieństwa.

Wielu przed nim trudziło się i cierpiało na tej ziemi, jemu dane było stanąć na drugim brzegu czerwonego morza ateizmu. I wprowadzał nas w ten obiecany czas wolności. Dla wybitnego filozofa, człowieka nauki, ks. profesora Jaworskiego nie związanego od lat z duszpasterstwem parafialnym, wymagało wielkiego posłuszeństwa przyjęcie posługi na Ukrainie. Dziś wiemy, że niektóre sprawy można było zrobić inaczej, bardziej rozwijać wspólnoty formacyjne, szybciej wprowadzać język ukraiński do liturgii, do czego on zresztą gorąco zachęcał, wydając pierwsze w historii rzymskokatolickie księgi liturgiczne po ukraińsku. Wtedy nie było wiadomo od czego zacząć; zwaśnione obrządki, narody odzyskujące wolność nieufne wobec siebie, braki materialne. Sam żył zawsze nad wyraz ubogo, w niemal ascetycznych warunkach, pośród staromodnych mebli. Patrząc na jego skromny byt nikt nie narzekał.

W rozmowie raczej zasłuchany, mówił niewiele, starał się każdego księdza zrozumieć. Miał ogromne zaufanie do swoich kapłanów, wiedział jak trudne są sytuacje w terenie, dziewięć godzin jazdy od kurii), nie doradzał bo wiedział, że proboszcz na miejscu wie lepiej jak postąpić. Ale wychodziliśmy od niego zbudowani dobrym słowem. Jeden z nas podjął kiedyś pochopną decyzję w drobnej sprawie, gdy zrozumiał swój błąd nie mógł sobie wybaczyć, „zawiodłem kardynała” –pamiętam jak powtarzał. Jednocześnie jego ojcowska postawa wobec każdego księdza sprawiła, że do dziś nie ma w wśród naszych kapłanów podziału, jak to nieraz się zdarza, na tych z polskim i tych z ukraińskim paszportem, na księży diecezjalnych i zakonników. Ale razem zgodnie budujemy Kościół lwowski.

Łagodność łączył ze stanowczością i uporem. Był bardzo wyrozumiały dla ludzkich słabości. Nie pamiętał złego, przynajmniej tak się wydawało. Nie potrafił jednak pogodzić się z niewiernością powołaniu i nieposłuszeństwem. Pamiętam, jak na zjeździe kapłańskim, gdy mówił o tych trudnych sprawach, uderzał czarną protezą lewej ręki w stół. Ten gest przeszywający ciszę, jaka wówczas zapadła, zapamiętam lepiej niż wiele jego mądrych słów.

Cenili go wszyscy. Na jakiejś uroczystości we lwowskiej katedrze biskup prawosławny odważnie mówił do kardynała: „gdyby w 1054 r. nasi i wasi biskupi byli tacy jak Ty, do rozłamu Kościoła by nie doszło”. Kardynał Jaworski to jedyna osoba nagrodzona najwyższymi orderami przez dwóch prezydentów Polski i dwóch Ukrainy. Przyjmował te i inne odznaczenia z pokorą.

Wszyscy wiedzą, że łączyła go głęboka przyjaźń z Janem Pawłem II. Nigdy jednak nie mówił tak publicznie, jak prywatnie o Ojcu Świętym wiele. Kilka razy zaufani księża próbowali czegoś więcej się dowiedzieć. On tylko się szelmowsko uśmiechał. Bardzo nas ciekawiło czy sam wiedział, że został mianowany kardynałem in pectore. To taka niecodzienna przecież sytuacja. W końcu ktoś go o to zapytał. Zapytajcie papieża, on wie – odpowiedział. I znów ten pełen zrozumienia dla rozmówcy uśmiech lwowskiego baciara.

Gdy zaproponował budowę kościoła na osiedlu Sichów liczącym 200 tys. mieszkańców, powiedział mi krótko: „Proszę być cierpliwym. Proszę to zawierzyć Panu Bogu, a on pobłogosławi”. Znał Wschód, wiedział ile trzeba będzie cierpliwości by świątynia powstała. Myśmy jeszcze wtedy tego nie wiedzieli. Ale też wiedział jaką siłę ma zawierzenie; Maryi. Swej patronce ufał bezgranicznie. Trudne sprawy, jak budowa i założenie seminarium z niczego, zawierzał św. Józefowi, którego duży obraz wisiał w jego gabinecie.

Stojąc przy trumnie kardynała Mariana w lubaczowskiej katedrze zbieram myśli na pożegnanie: „Ojcze! Czas, kiedy można było zatelefonować do sióstr józefitek, które się Tobą troskliwie opiekowały, zadzwonić na dzwonek przy ul. Kanoniczej tajemniczo podpisany „X.JM” i spotkać się z Tobą, bezpowrotnie minął. Chciałem podziękować w imieniu księży oraz wiernych naszej wspólnoty pw. św. Michała za utworzenie tej „śląskiej parafii we Lwowie” przed 25 laty, za wspieranie jej za czasów pierwszego proboszcza oraz za inicjatywę budowy kościoła poświęconego w 2018 r. To ważne, ale przede wszystkim dziękujemy, że uczyłeś nas zaufania w trudnościach Bogu, wartości posłuszeństwa oraz postawy wdzięczności. Dziękuję Ci, Ojcze!”.

ks. Jacek Kocur
Lwów-Sichów
Tekst ukazał się w nr 18 (358), 29 września – 15 października 2020

X