Czy zdarzało się Państwu słyszeć żydowskie bajki, gdzie – na przykład – odważny rycerz Mojsze zwycięża złego smoka i ratuje piękną księżniczkę Sarę? Nie? A dowcipy żydowskie, gdzie chytrzy pejsaci kupcy oszukują łatwowiernych klientów? Ile wlezie! Wiele jednak z tych dowcipów ma pod sobą realną podstawę, ba – więcej – niektóre z nich miały miejsce w naszym mieście.

Między bankierami i żebrakami
We Francji bajki zbierał Charles Perrault, w Niemczech – Bracia Grimm, w Danii – Hans Christian Andersen. Dla galicyjskich Żydów taką osobą stał się Horacy Safrin (1899–1980). Przyszedł na świat w Monasterzyskach koło Buczacza, ale od dzieciństwa mieszkał w Stanisławowie. Po ukończeniu szkoły początkowej wstąpił tam do I gimnazjum. Był niezwykle uzdolniony i w wieku 14 lat wydał pierwszy tomik wierszy „Poezje”.
Podczas I wojny światowej walczył na froncie włoskim i dosłużył się do stopnia oficera. Następnie studiował w wiedeńskiej szkole teatralnej i wrócił do rodzinnego Stanisławowa w 1920 r. Na utrzymanie zarabiał grając w żydowskim teatrze Goldfadena, na czele którego stanął później.
Młody aktor poznał wielu interesujących ludzi, od których zaczerpnął ciekawe historie i plotki, które legły u podstawy żydowskich dowcipów i anegdot. „Osobiście znałem furmana Faifla – wspominał Safrin – człowieka o szlachetnym sercu. Na cmentarzu zaprzyjaźniłem się z kilkoma żebrakami, wywodzącymi swój ród od początków założenia naszego miasta.
Koło znajomości Horacego Safrina nie ograniczało się jednak do przedstawicieli stanisławowskiego „dna”. „Byłem nawet gościem bankiera i magnata naftowego Gartenberga, którego małżonka nosiła kolię z brylantami po pięć karatów. W kawiarni siedziałem przy jednym stoliku z baronem Popperem (tym, który zbudował pierwszą kolej wąskotorową w Karpatach – aut.), który zamawiając filiżankę kawy za 40 groszy, zawsze zostawiał kelnerowi jako napiwek srebrną dwuzłotówkę”.
Za pierwszych sowietów pracował jako kierownik obwodowego Domu twórczości ludowej. W czerwcu 1941 ewakuował się na Wschód i dzięki temu uniknął tragedii swoich współplemieńców, którzy zginęli w stanisławowskim getcie.
Po wojnie przeniósł się do Polski i zamieszkał w Łodzi. Napisał około dwudziestu książek, z których najbardziej znaną jest zbiór żydowskich dowcipów i anegdot, zatytułowany „Przy szabasowych świecach”. Ukazała się w 1962 r. i była wznawiana 10 razy!
Wybrałem anegdoty, które mają bezpośredni stosunek do starego Stanisławowa. Większość ich bohaterów nie są postaciami wymyślonymi, lecz całkowicie realnymi ludźmi, którzy mieszkali w naszym mieście. Ramy czasowe – od starej dobrej Austrii na początku XX w. po okres międzywojennej Polski.

Opowieść bibliotekarza
W ostatnich latach sanacji większość kierownictwa stanisławowskiej gminy wyznaniowej składała się przeważnie z osób o umiarkowanym wykształceniu. Wobec tego, gdy do rady kahału nadeszła propozycja finansowania biblioteki, większość była przeciwna.
Wówczas o słowo poprosił bibliotekarz, znany literat i historyk Reiwen Fan, który opowiedział taką przypowieść:
„Było to w pewnej ukraińskiej wiosce. Nie wiadomo, co naszło miejscowego popa, ale pewnego razu zapragnął rzucić wszystko i uciec. Zrobił to bardzo szybko: przebrał dziada, który spał pod płotem w swoje szaty, a sam ubrał się w jego łachmany i zniknął.
Rankiem dziad się zbudził, przetarł oczy, ziewnął, spojrzał na siebie i… rozdziawił gębę.
Co za czort!? Sen odszedł go natychmiast, gdy zobaczył na sobie czarną sutannę. Uszczypnął się – nie pomogło. Dał sobie dwa piekące klapsy – też nic nie pomogło. „Ratunku! – pomyślał w rozpaczy. Pewnie, wczorajsza gorzałka jeszcze mi z głowy nie wywietrzała”. I udał do wioski…
Idzie nasz dziad i oczom nie wierzy. Chłopy zdejmują przed nim słomiane kapelusze, kobiety całują w rękę. „Kto wie? – myśli żebrak. – Może stał się cud? W dawnych czasach różnie bywało. Jak mi dojść prawdy?”.
Nagle stuknął się w czoło.
Aha! – wykrzyknął radośnie. – Miałem jeszcze w spodniach trochę grosza. Pójdę do miasta i kupię sobie modlitewnik. Jeżeli tej nocy nauczyłem się nawet czytać, tom pop!
Tak też zrobił. Otworzył modlitewnik, patrzy, ale nie może przeczytać żadnej litery.
W chwili głębokiej rozpaczy podchodzi do niego naczelnik powiatu i mówi:
– Witajcie ojcze! – poczym mocno uścisnął go za rękę
Żebrak, podniesiony na duchu, pomyślał: „A mam was wszystkich gdzieś! Jeżeli sam naczelnik ściska mi rękę, to na pewno jestem prawdziwym popem. A to, że nie umiem czytać – to głupstwo! Oni wszyscy też nie umieją!”.
– Szanowni panowie radni! – zakończył Reiwen Fan. – Wy z pewnością uważacie, że jeżeli sami nie czytacie książek, to cały żydowski kahał naszego miasta też ich nie czyta?

Biedna wdowa
Ajzik Golicer, czy nie największy bogacz w naszym mieście, znalazł się na granicy bankructwa. Nabrał olbrzymich pożyczek w bankach i u osób prywatnych i nie miał możliwości zwrotu pieniędzy.
W taką tragiczną chwilę do drzwi Golicerów zapukała niedawno owdowiała kobieta. Zechciała pod odpowiedni procent zdeponować pozostawiony przez męża spadek – tysiąc dolarów.
Ajzik bez wahania bierze pieniądze i podaje wdowie własnoręcznie podpisany bon. Gdy wdowa wyszła, małżonka powiada Ajzikowi:
– Czy ty masz sumienie? Jak mogłeś tak postąpić z biedną wdową?
Po chwili zastanowienia, ten odpowiedział:
– Zaczekaj! Ile może dać biedna wdowa? Pięć, dziesięć, no – dwadzieścia dolarów. Ale podarować najbiedniejszemu z biednych tysiąc dolarów może jedynie wariat.
Dziwni ludzie
Berl, znany stanisławowski pijak i włóczęga, lubił zadawać pytania.
– Czy wiesz, jacy Żydzi są najgłupsi na świecie?
– Chełmscy Żydzi?
– Nie!
– A, kto!
– Szynkarze
– Dlaczego?
– Wyobraź sobie, sami mają wódkę, a sprzedają ją innym…

Złożona rzecz
Damski krawiec Benis Litman, najdowcipniejszy spośród stanisławowskich rzemieślników, lubił powtarzać, że „nie odzież zdobi człowieka!”. Dlatego okropnie partaczył.
Pewna niezadowolona klientka podała go do sądu, aby otrzymać odszkodowanie za zepsuty materiał.
Sędzia pyta krawca:
– Nazwisko?
– Litman.
– Imię ?
– Proszę wysokiego sądu, u nas, Żydów, imię jest bardzo złożoną rzeczą.
– Dlaczego złożoną?
– Proszę tylko posłuchać. Po żydowsku nazywam się Bajnisz, co po polsku brzmi jak Benis. W szkole wołali na mnie Berel-kap, a w synagodze – reb Ber. Na wywieszce nad moim zakładem zaznaczono Bernard, a moja żona nazywa mnie idiotą.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 4 (464), 28 lutego – 13 marca 2024
