Z opublikowanego 13 lutego 2025 roku sondażu przeprowadzonego przez Centrum Badania Opinii Społecznej wynika, że w ciągu niespełna roku sympatia Polaków do Amerykanów zmalała. Z najbardziej lubianego narodu na świecie spadli na drugą pozycję, zamieniając się na miejsca z Włochami. Dziś do obywateli USA pozytywnie odnosi się 58% badanych, w marcu 2024 roku było to 65% respondentów.
Czy na te deklaracje miały wpływ poczynania Donalda Trumpa i jego otoczenia – trudno powiedzieć. Wiadomo jednak, że według sondażu IBRiS przeprowadzonego dla „Rzeczpospolitej” 56,9% Polaków jest przekonanych, że to, co robi prezydent USA dla zakończenia wojny w Ukrainie, nie poprawia ich poczucia bezpieczeństwa. 36,5% wyraziło przeciwne zdanie. Badanie przeprowadzone przez SW Research dla Onetu wykazało, że działania Trumpa wobec Ukrainy i Rosji nie są korzystne dla Polski w ocenie 51,9% ankietowanych. Tylko 14,8% Polaków uważa, że jest przeciwnie. Ponadto 58,5% sądzi, że amerykański polityk prowadzi rozmowy z Putinem dotyczące wojny „o których nie informuje przywódców europejskich”.
Czy można ufać partnerowi, który robi takie rzeczy za plecami sojuszników? Odpowiedź wydaje się jasna i w tej sytuacji nie dziwi, że aż 43,9% respondentów (pytanych na zlecenie rp.pl) sądzi, że USA mogą wyjść z NATO, czego zwolennikiem jest Elon Musk, który oświadczył, że jego kraj powinien wycofać się z Paktu. Trump nie zaprzeczył.
Samego Muska Polacy traktują zwykle z obojętnością (35,3% ankietowanych wg badań SW Research dla „Wprost”) bądź z niechęcią (30%). Jest to o wiele lepszy wynik, niż wśród mieszkańców USA, gdzie z sondażu AP-NORC wynika, że aż 52% ocenia miliardera negatywnie, 36% ma do niego pozytywny stosunek. Co ciekawe, jak podaje Pew Research Center, nieprzychylną opinię o Musku ma aż 67% dorosłych poniżej 30 roku życia.
Grupa zwolenników Muska maleje, zaczyna on budzić coraz większą irytację swoimi decyzjami i władzą, której nikt, jak się wydaje, nie kontroluje. Człowiek ten kupił sobie wpływ na prezydenta i dziś wprowadza system pozwalający zyskać istotne dla budżetu oszczędności, stojąc na czele Departamentu Efektywności Rządu. Zaczął od fali zwolnień w służbie cywilnej nie zważając, że bezrobocie tysięcy ludzi będzie równało się ich problemom z opłaceniem składek na ubezpieczenie zdrowotne, czynszów, kredytów, czesnego dzieci.
Czy wszystkim uda się zająć stanowiska deportowanych nielegalnych migrantów? Można w to wątpić. A czy uda się zastąpić zwalnianych? To już rządzącym jest chyba obojętne, mimo, iż eksperci grzmią, że wyrzucenie na bruk ponad tysiąca pracowników Krajowej Agencji ds. Oceanów i Atmosfery przełoży się na ograniczenie badań nad zmianami klimatu, a tym samym obywatele nie będą skutecznie ostrzegani przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi.
Wszyscy zapłacą cenę za wybór na najważniejszy urząd miliardera z wyrokami, otaczającego się gronem oligarchów. Takich samych jak on bogaczy, nie zdających sobie sprawy z realiów życia szarego obywatela, popychających Stany Zjednoczone w stronę autokratycznego systemu, przy jednoczesnej pogłębiającej się izolacji na arenie międzynarodowej. Z sondażu Ipsos dla agencji Reuters wynika, że 52% Amerykanów nie akceptuje polityki zagranicznej Donalda Trumpa, 39% ją popiera. Jednocześnie wydaje się, że obywatele znacznie lepiej niż ich przywódca orientują się w sytuacji na świecie, skoro ponad 2/3 pytanych uważa, że to nie Ukraina, a Rosja ponosi odpowiedzialność za eskalację konfliktu nad Dnieprem. Ta sama Rosja, którą Trump usiłuje tłumaczyć z jej ataku na sąsiednie państwo, której prezydenta wskazuje jako tego, z którym „łatwiej się dogadać”.
Oligarchizacja kraju nie jest dla USA niczym nowym, a jednak wciąż to zjawisko zaskakujące. Dotąd kojarzyła się nam z obszarem poradzieckim, z pozyskanymi nie do końca legalnie fortunami ludzi brylujących w najwyższych kręgach władzy, z prezydentami dysponującymi pieniędzmi, o których nie śniło się szarym obywatelom. Z brakiem uczciwości, troski o kraj i jego mieszkańców, despotycznymi rządami, których celem było pomnażanie majątków i utrzymanie systemu zapewniającego bezkarność. Takie rzeczy nie działy się w demokratycznych krajach, stąd we wszelkich dyskusjach o reformach w Ukrainie i prozachodnim zwrocie przewijały się słowa o konieczności przestrzegania prawa, walce z korupcją, odsunięciu na boczny tor oligarchów. Nikt chyba nie wyobrażał sobie, że w Stanach Zjednoczonych pojawią się u władzy ludzie, którzy nie są politykami, a biznesmenami przedkładającymi zyski nad dotrzymywanie umów międzynarodowych.
W 1948 roku sędzia Sądu Najwyższego William O. Douglas argumentował, że „władza kontrolująca gospodarkę powinna znajdować się w rękach wybranych przedstawicieli ludu, a nie w rękach przemysłowej oligarchii”. Siedemdziesiąt lat później prezydent Joe Biden w pożegnalnym przemówieniu ostrzegał rodaków przed wzrostem oligarchii w USA. W kraju, w którym zaledwie pięciu miliarderów posiada łącznie ponad bilion dolarów bogactwa, gdzie 1% Amerykanów ma więcej, niż 90% ich rodaków. Jak podaje „The Guardian” analiza nierówności bogactwa w różnych państwach wykazała, że „USA są bardziej porównywalne do Afryki – która, obok Ameryki Łacińskiej, była jednym z dwóch regionów o największych nierównościach bogactwa – niż do Europy”. Jednocześnie stają w tym samym rzędzie, co Rosja, Węgry czy Iran.
To miliarderzy opłacają dziś kampanie wyborcze („w sposób, który byłby nielegalny zaledwie kilka wyborów temu” jak pisze „The Time”), de facto kupując poparcie społeczne dla wygodnych dla siebie kandydatów. To oni posiadają bezcenny dostęp do mediów, a co za tym idzie do kreowania poglądów. Robią to w dogodny dla siebie sposób, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za kłamstwa i manipulacje, wykorzystywanie dostępu do danych użytkowników Internetu. Za pieniądze wchodzą do rządu, bo trudno przyjąć, że mają ku temu inne kompetencje i niezbędne w polityce doświadczenie. Za pięć milionów dolarów będzie nawet można kupić amerykańskie obywatelstwo, a opcja ta jest dostępna także dla Rosjan. Tych samych, którzy odpowiedzialni są za śmierć Ukraińców. Donald Trump uczy nas, że jeśli cię na to stać, możesz zostać Amerykaninem, ale nie wolno ci przebywać w jego kraju, gdy uciekasz przed wojną czy prześladowaniami. Pokazuje, że można wszystko kupić i że wszystko jest na sprzedaż, stąd jego (i jego otoczenia) przekonanie, że uda się też kupić Ukrainę, do tego za stosunkowo niewysoką z jego perspektywy cenę. W zamian za kody umożliwiające korzystanie z broni, informacje wywiadowcze i obietnice, które w każdej chwili może bezkarnie złamać, Ukraińcy będą musieli zadowolić się okrojonym ojczystym terytorium i kapitulacją, podczas gdy Trump ulegnie złudzeniu, że stał się godnym partnerem dla Kremla i będzie cieszył się przychodami z eksploatacji ukraińskich złóż.
Prezydent USA coraz częściej pokazuje, że bliżej mu do Putina, który też za nic ma zasady, traktaty i zobowiązania, niż do demokratycznego przywódcy. Tak z Rosji, jak i z Ameryki płyną niemal te same słowa, pełne pogardy dla legalnie wybranych rządów i prezydentów. Obaj też boją się własnych obywateli, co Trump pokazał zarzucając im wyborcze fałszerstwa, gdy nie chcieli widzieć go u władzy, a Putin zmieniając konstytucję i niszcząc opozycję, by utrzymać stanowisko. Zresztą w tym przypadku Amerykanin chce zaczerpnąć przykład z rosyjskich doświadczeń i zmienić ustawę zasadniczą, by mógł ponownie kandydować na urząd prezydenta, co stałoby się gwoździem do trumny tamtejszego ustroju. Już podejmuje decyzje niezgodne z ustawodawstwem własnego kraju, a chociaż sądy tymczasowo zablokowały niektóre z tych działań, to brakuje mechanizmu pozwalającego powstrzymać dalsze takie posunięcia.
Trump otwarcie mówi o nagrodach i karach dla współpracowników, ale i polityków z innych państw, czego ofiarą padł chociażby Wołodymyr Zełenski, pokazuje też, że nie ma zamiaru oddzielić prywatnego biznesu od spraw państwa. Pogarda i arogancja stały się jego znakiem firmowym, co niektórzy usiłują usprawiedliwiać i tłumaczyć. Stało się tak w przypadku wymiany zdań między Radosławem Sikorskim, Markiem Rubio i Elonem Muskiem, podczas której ten ostatni obraził polskiego ministra. Część polskiej sceny politycznej, przede wszystkim związanej z opozycją, stanęła po stronie Amerykanów, choć w innych krajach podobne sytuacje stały się pretekstem konsolidacji sceny politycznej i walki o honor własnego państwa. Tym samym Amerykanie zrobili to, co od lat praktykuje Rosja – skłócili polityków i społeczeństwo, znacząco je osłabiając.
Zagrożeniem nie jest dla nas już tylko rosyjska dezinformacja i wojna hybrydowa, ale też działania amerykańskich sojuszników, rozgrywających dotychczasowych partnerów, wprowadzających chaos i niepewność, tak szkodliwe w sytuacji już trwającej wojny i zagrożenia jej eskalacją. Prowadzi to do sytuacji, w której straszenie wyprowadzeniem wojsk USA z Niemiec i przerzuceniem ich na Węgry sprawia, że zaczynamy zastanawiać się, czy nie będzie to pierwszy krok do kolejnej fazy wojny, która tym razem rozleje się na całą Europę. Takiej, w której Trump stanie po stronie Moskwy, żeby w ten sposób wymusić na dotychczasowych sojusznikach uległość. W końcu dziś próbuje tak robić z Kijowem.
Takich rozważań nikt chyba poważnie nie potraktuje, przynajmniej w tej chwili. Niezmiennie liczymy na amerykańskie przywiązanie do demokracji, z nadzieją patrzymy na demonstracje wymierzone w Muska i niezadowolenie z polityki Trumpa. Ten nie okazał się cudotwórcą. Nie tylko nie zakończył wojny w Ukrainie w 24 godziny, ale nie zna nawet sposobu na obniżenie cen jajek. Z sukcesem za to obniża każdego dnia wiarygodność USA i spycha je w ramiona Rosji.
***
Siergiej Ławrow stwierdził niedawno, że to Europa sprowadza na świat nieszczęścia, podczas gdy Stany Zjednoczone przeszły drogę od złego geniusza do niewinnego obserwatora. Pieskow mówi, że amerykańska polityka zagraniczna w wielu aspektach pokrywa się z rosyjską. Aleksiej Żurawlew w programie „60 Minut” stwierdza, że Rosja może „zaprzyjaźnić się z Ameryką i rządzić światem”. Kreml proponuje, by USA wydobywały rosyjskie metale ziem rzadkich i rozwijały produkcję aluminium na Syberii, bo Putin wie, że Trumpa łatwo omamić potencjalnym bogactwem i skwapliwie z tego korzysta.
Amerykanie i Rosjanie coraz częściej szukają podobieństw, zapominają o różnicach. Świat niepokoi się, czy te różnice rzeczywiście istnieją, czy nie przeoczyliśmy czegoś istotnego. Choćby słów Putina z 2022 roku, kiedy to stwierdził, że w Stanach Zjednoczonych „istnieje bardzo silna część społeczeństwa, która podtrzymuje tradycyjne wartości i jest z nami. Wiemy o tym”. Wygląda na to, że Rosjanie tę wiedzę wykorzystali. Sojusznicy USA niekoniecznie.
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 5 (465), 14 – 27 marca 2024
