Donbas na własne oczy

Donbas na własne oczy

W Doniecku nie byłem nigdy, a chciałem zobaczyć miasto właśnie teraz. Po raz kolejny przekonałem się, że lepiej jest raz zobaczyć niż sto razy przeczytać. Tym bardziej jeśli lekturę stanowią niejasne opracowania analityczne.

Impulsem do wyjazdu była wizyta krakowskiego dziennikarza i pisarza, autora książki „Przyjdzie Mordor i nas zje” Ziemowita Szczerka. Będąc w Kijowie po raz kolejny, zapalił się do podróży na południowy wschód, aby wyrobić sobie pogląd na temat tego regionu i nastrojów tam panujących. Trudno o lepsze towarzystwo. Zabrałem jeszcze kolegę – bo nie wiadomo było co nas tam czeka – i ruszyliśmy moim autem. Po wydarzeniach wokół zajęcia gmachów administracji obwodowej w Charkowie i pobiciem przez bandytów miejscowych aktywistów Euromajdanu, prawdę mówiąc, obawiałem się trochę tego miasta. Moje obawy potwierdzili charkowianie, u których mieszkaliśmy: powiedzieli, że lepiej pozdejmować błękitno-żółte symbole i nie rozmawiać w mieście po polsku. Obawialiśmy się napaści z różnych stron. Jednak realia rozwiały nasze obawy. Charków, jak się wydawało, żył swoim życiem: ludzie spacerowali, napawali się wiosną – wszystko było całkiem zwyczajne. Grupka starszych osób, udekorowanych wstążkami w barwach św. Jerzego (czarno-pomarańczowa wstążka, nawiązująca do najważniejszego rosyjskiego odznaczenia – red.) stała pod gigantycznym pomnikiem Lenina, który uniknął demontażu.

Uczestnicy „Antymajdanu” nawoływali do „federalizacji”. Pod tym pojęciem rozumieli decentralizację – ukraińskie obwody będą mogły same wybierać gubernatorów a lwia część podatków zostanie na miejscu i nie będzie przekazywana do Kijowa. Moim zdaniem są to słuszne wymagania. Wprawdzie zabrzmiały też nawoływania do „referendum”, ale o Charkowie wyraźnie mówiono, że jest to miasto ukraińskie. Tzw. „rosyjskich turystów” nie zauważyliśmy nigdzie, choć bacznie ich wypatrywaliśmy. Miejscowi dziennikarze opowiadali jednak, że organizatorzy prorosyjskich akcji nie mają żadnych problemów z frekwencją. Dodatkowo, takie grupy dodatkowo są „wspierane” przez lokalny element przestępczy. „Sternikiem”, wskazywanym przez wszystkich, jest ten sam człowiek – mer Charkowa Gennadij Kernes. W okresie rządów Janukowycza Kernes okrył się sławą niesamowitego korupcjonisty i złodzieja (jako przykład – zakup ławek do metra po 100 tys. hrywien za sztukę). Według charkowskich działaczy, Kernes nadal pociąga za wszystkie sznurki w mieście (milicja i finanse). Ludzie przypuszczają, że nowe władze w Kijowie umówiły się z Kernesem: nie ruszą go do 25 maja (data wyborów prezydenckich – red.) w zamian za spokój w Charkowie. Niedawne wezwanie Kernesa w roli świadka, do SBU w Kijowie wskazuje, że jest inaczej.

(Fot. Dmytro Antoniuk)W stolicy Ukrainy Słobodzkiej zwolennicy przyłączenia do Rosji stanowią absolutną mniejszość. Podobnie zresztą jak zwolennicy Euromajdanu. Miasto czeka na przyszłe wydarzenia.

Antymeżyhiria
Z Charkowa do Doniecka prowadzą dwie drogi. Pierwsza – krótsza, ale o znacznie gorszej nawierzchni, prowadzi przez Czugujów, Izium (unikatowa barokowa świątynia Przemienienia Pańskiego z 1682 roku) i Słowiańsk. Jest tam klasztor Zaśnięcia NMP, który w okresie Janukowycza został podzniesiony do godności ławry. Eksprezydent, znany ze swej demonstracyjnej pobożności, bywał tu często. Ciekawostka: tablice, wskazujące odległość do Kijowa w okolicach Słowiańska wskazują liczby 664 – 665. Ziemowit poprosił o zatrzymanie się pod tablicą 666. Okazało się, że takiej nie ma, kolejna to znacznik 667 kilometra. Nie mam wątpliwości, że jest to sprawka mnichów z Ławry Zaśnięcia NMP.

Dom, w którym mieszkał z babcią przyszły prezydent (Fot. Dmytro Antoniuk)Dom, w którym mieszkał z babcią przyszły prezydent (Fot. Dmytro Antoniuk)Za Słowiańskiem nie skręcaliśmy na Donieck, a pojechaliśmy prosto do Debalcewa, obok którego położone jest legendarne Jenakijewo. To właśnie tu urodził się i rozpoczął swą kryminalną działalność Wiktor Janukowycz, kradnąc czapki z głów przechodniów. W ogóle miasto jest dość porządne, ale w powietrzu odczuwalny jest ostry smród węgla i jeszcze czegoś trudnego do sprecyzowania. Ziemowit powiedział, że na Śląsku unosi się podobny odór. Jakoś w to nie wierzę…

Dom, w którym mieszkał Janukowycz, a raczej ruina po nim, położona jest za przejazdem kolejowym na przedmieściu Piwniwka, na początku starej ulicy Wokzalnej (Dworcowej). Stoi poniżej chodnika w niewielkim jarze. Pozostały jedynie ceglane ściany, bez dachu i podłogi. Obok rozwalona prawie chałupka, gdzie przyszły prezydent mieszkał z babcią, gdy macocha wypędziła go z dużego domu. Wszystko wokół jest zaśmiecone, pełno brudu, teren zarośnięty krzakami, nieciekawa okolica. Zupełnie inna od tego, co widziałem w Meżyhiriu. Mają racje ci, którzy twierdzą, że Janukowycz całkowicie wykreślił Jenakijewo ze swego życia. Tu do dziś jako sprzątaczka pracuje jego siostra, druga siostra zwariowała i jest w szpitalu.

Cerkiew Przemienienia Pańskiego w Iziumie (Fot. Dmytro Antoniuk)Obalanie stereotypów
Po drodze do Doniecka zwracają uwagę wioski w okropnym stanie: z rozwalonymi płotami i podobnymi do chaty Janukowycza domkami. Podobnej biedy nigdzie na Ukrainie nie widziałem. Zadziwia sam Donieck, który uważałem za jedno z wymierających miast Donbasu. Okazało się, że głęboko się myliłem. Wielkie centrum błyszczy w porównaniu z Kijowem czy Lwowem. Jest tu czysto, drogi są równe; miasto ma szerokie bulwary i skwery z fontannami, wiele nowoczesnych biurowców – nie gorszych niż w stolicy; wieczorem wszystko jest oświetlone. Wcale nie wygląda jak centrum „depresyjnego” okręgu, który dusi się od smogu fabrycznego. Miasto trochę przypomina Dubaj. Wprost oszałamia.

Podobnie jak w Charkowie, czekaliśmy na tłumy agresywnych „goblinów” z kijami bejsbolowymi – ale nic się nie działo. Ci sami emeryci pod pomnikiem Lenina (choć tu nikt nie zamierzał go usuwać), podobnie jak ich charkowscy koledzy chętnie się wypowiadali i wygłaszali podobne opinie. Donieccy europejczycy (było ich nawet więcej niż w Charkowie) mówili, że mimo napisów na murach „Pomóż Putinie!” i „Sława berkutowi”, które widzieliśmy, połączenie z Rosją popiera nie więcej niż 15 % mieszkańców. „Ukraińskość” miasta i regionu popiera większość – na niedawny wiec wyszło 10 tys. osób. W Doniecku też nikt otwarcie nie nosi błękitno-żółtych wstążek. Język ukraiński rzadko, ale jednak, słychać na ulicach. Niedawno Kijów wyznaczył gubernatora, został nim Sergij Taruta – oligarcha powiązany z Achmetowem. Ponoć w regionie zapanował spokój, Taruta aresztował „ludowego gubernatora” Pawła Gubarewa, który nawoływał do przyłączenia regionu do Rosji.

Opuściliśmy Donieck nieco uspokojeni co do jego dalszych losów. A następnego dnia „rosyjscy turyści” znów urządzili zamieszki w centrum.

Unikatowa cerkiew św. Trójcy w Nowomoskiewsku (Fot. Dmytro Antoniuk)Banderowcy przyjechali
Droga powrotna do Kijowa jest kilka razy dłuższa. Warto jechać przez Nowomoskowsk i Krasnograd. Od granicy obwodu donieckiego i dniepropietrowskiego droga jest zła, ale potem mamy nowiutką dwupasmówkę, zrobioną z okazji Euro 2012.

Nowomoskowsk interesujący jest dzięki zabytkom związanym z kozakami zaporoskimi. Pierwszy z nich mijamy przy drodze – jest to Klasztor Samarski św. Mikołaja (Samara – to nazwa miejscowej rzeczki). Klasztor pochodzi z XVI/XVII ww. Był jednym z głównych na Siczy Zaporoskiej – tu kozacy spędzali ostatnie lata życia. Obecnie klasztor powoli odradza się, należy do patriarchatu moskiewskiego. Do zabytków należy też główna atrakcja Nowomoskowska – drewniana cerkiew św. Trójcy z 1781 roku. Jest to absolutnie unikatowy zabytek na Ukrainie – świątynia ma 9 bań, najwyższa z której wznosi się na 65 metrów. To o niej głosi powieść Olesia Honczara „Sobor”, w której autor opisuje jak władza sowiecka starała się zniszczyć ten zabytek. Od sierpnia 2012 roku prowadzone są tu prace remontowe. Blachą miedzianą pokryto kilka bań, wymieniana jest więźba dachowa i prowadzone są inne prace.

Na dziedzińcu cerkwi, gdy fotografowaliśmy ten cud, usłyszeliśmy jak sprzątaczki namawiały diaka, żeby zabronił nam fotografować. Zainteresowani zapytaliśmy dlaczego. Na co usłyszeliśmy: „Bo przyjadą banderowcy”. Rozczarowaliśmy babcie, mówiąc, że „już przyjechaliśmy”, ale nie ma przyczyn do paniki. Być może nasze grzeczne zachowanie zmieni coś w głowach starszych pań.

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 201 za 18-31 marca 2014

X