Czy uda się naprawić?

Naprawiamy błędy, których dopuściliśmy się 360 lat temu – mówił premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk tuż po podpisaniu umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, mając na myśli ugodę perejasławską zawartą z Rosją w 1654 roku.

Ukraina to Europa. Pod tą umową są podpisy całej Ukrainy. Dokument ten jest okupiony krwią, ale to cena, którą płaci się za wolność i niepodległość – powiedział ukraiński premier.

O meandrach dotychczasowej polityki historycznej Ukrainy, o szansach i zagrożeniach, z płk Tadeuszem Krząstkiem, historykiem, dokumentalistą, wykładowcą Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego rozmawiał Wojciech Jankowski.

Rozmawiamy na Uniwersytecie Przykarpackim w Iwano-Frankiwsku, dawnym Stanisławowie, tuż po przeprowadzonej przez pana prezentacji książki Grzegorza Nowika „Zanim złamano Enigmę”. Co to za książka?
To jest druga część fundamentalnego dzieła mojego kolegi Grzegorza Nowika „Zanim złamano Enigmę”. Jest to potężna praca – ponad 1500 stron – pokazująca pracę polskiego wywiadu nad złamaniem szyfrów armii bolszewickiej w 1920 roku, w tym słynnego szyfru „Rewolucja”. Dzięki złamaniu tego szyfru odczytywano depesze wysyłane przez władze Rosji bolszewickiej: Lenina, Kamieniewa, Trockiego do dowódców frontów i później gdy rozsyłano te depesze do dowódcy frontu południowo-zachodniego Tuchaczewskiego, dowódców armii i związków taktycznych, dowódcy Pierwszej Armii Konnej Siemiona Budionnego. Dzięki temu strona polska miała możliwość przygotowania się do bitwy, przegrupowania sił i przede wszystkim podjęcia racjonalnych decyzji, jak pobić armię bolszewicką. Dokonano tego w sierpniu 1920 roku nad Wisłą. Potem była ofensywa znad Wieprza, następnie – bitwa pod Komarowem, gdzie zadano ciężkie straty Pierwszej Armii Konnej Budionnego, dalej końcowy fragment wojny – to bitwa niemeńska i duża operacja, obecnie zwana. bitwą wołyńsko-podolską, która kończyła działania wojenne na jesieni – od 5 września do 1 października na obszarze kresów południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej.

To już nie pierwsza prezentacja książki na Uniwersytecie Przykarpackim, którą Pan prowadzi.
Mieliśmy kilka prezentacji. Między innymi tę pierwszą część książki, o której wspominałem. Później prezentowałem tu szósty i siódmy tom wydawnictwa, czyli Bitwę Lwowska i Bitwę Zamojską, mające kapitalne znaczenie dla strony ukraińskiej. Po raz pierwszy w tym zbiorze dokumentów prezentujemy również dokumenty, dotyczące 6 Armii Polskiej i Armii gen. Omelianowicza-Pawłenki, Armii Czynnej URL, gdzie są bardzo szczegółowo pokazane stany osobowe tej armii: ilości oficerów i żołnierzy, jak wyglądało uzbrojenie. Wiemy dokładnie ile koni liczyła dywizja kawalerii, ile posiadała dział polowych – ciężkich, średnich, lekkich, ile amunicji przypadało na jedno działo w jaszczach. Stąd wiemy ile razy mógł artylerzysta wystrzelić w czasie bitwy. Według tych danych, tych informacji znamy dokładny stan posiadania armii. Jednoznacznie potwierdzają to historycy ukraińscy, bo wystarczy prześledzić nawet najnowsze badania naukowe, publikacje, które nie mają odniesień do polskich zasobów archiwalnych. My teraz, dając te trzy tomy dokumentów, dajemy potężny oręż do ręki. Jest tylko duży znak zapytania: czy ukraińscy historycy będą chcieli z tego skorzystać?

Dlaczego?
Jestem bardzo sceptyczny, bo szereg polskich opracowań historycznych, opracowań źródłowych, opracowań opartych na wielu źródłach jest pomijanych przez to środowisko. Tak jest w znakomitej większości przypadków w odniesieniu do historii starszej – XVI–XVII wiecznej, ale również i w stosunku do historii najnowszej.

Miałem możność przeglądać najnowsze publikacje, które są dziś w witrynach księgarń lwowskich. Jestem zszokowany. Prof. Brechunienko pisze książkę o bitwie pod Beresteczkiem w roku 1651: „Przegrana bitwa zwycięskiej wojny”. Jakaż zwycięska wojna? Chmielnickiego, który został sam na polu walki? Król polski przekupił Tatarów i odeszli oni na Krym. On został sam i poniósł ciężkie straty w tej trzydniowej bitwie, po której zwrócił się w kierunku Moskwy. Po tej bitwie nastąpiło oddanie Ukrainy na wieki pod panowanie moskiewskie. Premier Jaceniuk w momencie podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, powiedział, że „przekreśliliśmy 360 lat”. Te 360 lat to czas od momentu podpisania Umowy Perejasławskiej w 1654 roku. Jak można dziś pisać, że była to zwycięska wojna dla Chmielnickiego czy dla Ukrainy? To nadal moskiewski system prezentowania wykładni historycznej, zupełnie nieracjonalny i nieodpowiadający prawdzie historycznej, a również racjom współczesnego państwa ukraińskiego.

Patrzę z dużym niedowierzaniem na to co się dzieje. Widać, że jednak nauka wciąż pozostaje w sferze wpływów Moskwy, a wielu naukowców nadal myśli tradycyjnie jak za Związku Sowieckiego. Jeden z profesorów, który był współautorem książki „Żółte Wody”, redaktorem tej książki i autorem jednego z rozdziałów, napisał do mnie później list, że wstydzi się tego co napisał, że jak będzie drugie wydanie to on napisze zupełnie inaczej, bo tak mu władza kazała i tak opisał. Odpisałem mu, że Ukraina jest suwerenna od 1991 roku i nie może pisać jak za Związku Sowieckiego, bo tak każe mu władza. Jeżeli tak każe mu władza, to niech pisze sama. Jest przecież profesorem, ma swoje zdanie i swój pogląd na świat i powinien trzymać się zasad wiernych nauce, a nie lokalnemu politykowi, który mu grozi palcem przed nosem.

Zdradzi pan nazwisko tego naukowca?
Jeżeli ktoś chce, to niech weźmie książkę „Żółte Wody” i tam jest historyk ukraiński, autor dużego rozdziału, a nazywa się Iwan Storożenko.

Czy znajduje pan wiele przykładów, kiedy historycy, ukraińscy naukowcy myślą w sposób stary, sowiecki, sprzeczny z prawdą, a także z interesem ukraińskim?
Niestety jest wiele takich przykładów. Trzy tygodnie temu byliśmy ze studentami z Ukrainy w ramach letniej szkoły, organizowanej przez Studium Europy Wschodniej – to młodzież, która w chwili obecnej rozpoczęła studia w Polsce – na zgrupowaniu w Ostrogu. Pojechaliśmy z nimi na wycieczkę do Krzemieńca. Tam na baszcie na zamku, zbudowanym przez królową Bonę jest tablica, że według ocen historyków zamek ten został zbudowany najpierw przez ruskich wojów. Jest tam stosowny napis, że jest to zabytek narodowy, miejsce pamięci. Dopiero na końcu małymi literami jest napisane, że królowa Bona też ten zamek budowała. Przecież śmiech bierze, gdy się to czyta. Zamek został zbudowany i historycznie ma to swoje potwierdzenie, są ryciny i inne pamiątki. Jak można w ten sposób pisać? Chodzi tu o to, żeby wykreślić ze świadomości związek tych ziem z Polską.

Proszę wziąć taką olbrzymią księgę, realizowaną wspólnie Litwą w niezmiernie ciekawym programie, książkę o „wiktorii chocimskiej”. Jest to wielka księga, przepięknie ilustrowana, wydana po litewsku i ukraińsku. Ja również przyłożyłem się do wyboru ilustracji do niej. Jeżdżę co dziesięć lat na konferencję chocimską, gdzie Litwa mówiła o udziale chorągwiach litewskich w bitwie 1621 roku, Ukraińcy o udziale 40 tys. kozaków Sahajdacznego. Jedynie na końcu przewija się informacja o udziale chorągwi i regimentów koronnych Rzeczypospolitej.

Jako jedyny naukowiec ze strony polskiej wstałem i zabrałem głos i powiedziałem, że były dwie „wiktorie chocimskie”. Trzeba pamiętać jeszcze o drugiej bitwie w 1673 roku hetmana Jana Sobieskiego, która była jeszcze większa niż ta poprzednia z 1621 roku. W składzie armii Rzeczypospolitej były wówczas również pułki kozackie – np. płk Motowidły. Niestety jeden i drugi naród robi wszystko, żeby zminimalizować obecność Rzeczypospolitej Obojga Narodów w swojej historii.

Jest to budowanie takiego nowego nacjonalizmu w wyjątkowo, powiedziałbym, prymitywny sposób. Ale to się niedługo zemści. Efekty tego widać już dzisiaj.

Czy nie jest to też nasza wina, że polska strona w okresie obchodów „wiktorii chocimskiej” nie stara się być bardziej aktywna”?
Wyjął mi pan to dosłownie z ust. Jako przykład podam co zrobiła strona litewska. Ambasador Litwy przyjechał w asyście czterech oficerów, którzy przywieźli grawiurę, na której na „sfotografowanym” polu bitwy naniesione zostały stanowiska wszystkich chorągwi litewskich. Ta grawiura został wręczona gospodarzom. Delegacja polska w składzie: wicemarszałek woj. dolnośląskiego i przedstawicieli władz z Opoczna przywiozła mozaikę Matki Boskiej, wykonaną z płytek z fabryki w Opocznie. Jest to niewątpliwie cenna pamiątka, ale nie z okazji rocznicy bitwy i na wręczenie na uroczystościach przed zamkiem. Jeżeli ze strony litewskiej był ambasador, to strona polska powinna być również reprezentowana przez przedstawiciela naszego państwa.

Byłem na czele delegacji wojskowej za czasów ministra Komorowskiego. Zostałem wysłany w 2001 roku, gdy był odsłaniany pomnik Sahajdacznego. Zastrzegłem sobie, że nie przetnę tej wstęgi, jeżeli nie będzie tam napisane, że walczyła tam również armia koronna. Na tablicy było zaznaczone że walczyło tam 40 tys. wojska kozackiego pod komendą Sahajdacznego i nie było ani słowa o wojskach litewskich i koronnych Rzeczypospolitej. Powiedziałem, że jest to absolutna nieprawda, bo naczelnym dowódcą tej armii był hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz. Ukraińcy w przeciągu nocy zmienili treść tej tablicy.

Jeżeli my nie będziemy aktywni, nie powiemy, że musi być zachowany parytet, to nic z tego nie będzie. Jeżeli nie zadbamy o to sami, to nie mamy co liczyć, że sama z siebie pojawi się dobra wola i wszyscy wrócą do wspólnej historii, do tego co nas łączyło, a nie dzieliło i że będzie to dla nich przedmiotem wartości, które chcą pokazać. W przeciwnym wypadku zrobią wszystko, żeby nas przykryć, żebyśmy byli jak najmniej obecni. I to właśnie robią. Naprawdę to konsekwentnie robią, tracąc przy tym bardzo dużo. Od lat powtarza się jak mantrę: „Droga do Europy wiedzie przez Polskę”. Jeżeli stracą w nas oparcie moralnie, nie tylko oparcie naszych władz, to już nie mają co szukać na drodze europejskiej. My jesteśmy ich adwokatem jako państwo i jesteśmy ich adwokatem jako naród. Okazaliśmy bardzo wiele sympatii w tych najtrudniejszych miesiącach, które przeżywali. Daliśmy im pomoc i materialną i moralną. Praktycznie w każdej dziedzinie.

Panie pułkowniku, na koniec akcent optymistyczny. Dzisiaj mówił pan studentom o miejscach pamięci – tu w Stanisławowie, o wspólnej historii.
Zwróciłem uwagę na to co powinni wiedzieć, bo chodzą obok tablicy upamiętniającej rotmistrza Stanisława Potockiego, który zginął w pierwszej fazie bitwy wiedeńskiej 12 września 1683 roku. To są moje doświadczenia. W czerwcu szedłem ze studentami i pokazałem im to. W sierpniu zapytałem jakie pamiątki są z tym związane i nikt w grupie nie mógł mi odpowiedzieć. Przechodzą obok takiej przepięknej tablicy i nie wiedzą czego dotyczy? Doprawdy jestem zdziwiony jak przetrwała ona okres bolszewicki. Sowieci sprofanowali trumny tych bohaterów, w latach 70 powyrzucali trumny z krypt, natomiast tablicę na zewnątrz, przepiękną z szarego piaskowca, zostawili, nie ruszyli. Może nawet nie wiedzieli co to jest. A świadczy ona o naszej wspólnej historii, o historii oręża, bo ileż trzeba mieć odwagi, żeby rzucić się na czele jednej chorągwi husarskiej, chorągwi pancernej na tłum Turków. Stanisław Potocki rozpoczyna bitwę, wbija się klinem i rozpoznaje możliwość czy jazda pójdzie tym terenem czy nie pójdzie? Oddał za to życie. Ojciec – hetman polny, brat – hetman wielki koronny. Z jakiej rodziny był właśnie ten rotmistrz, starosta halicki? Jak odważnym musiał być żołnierzem? My o tym pamiętamy. Natomiast oni powinni też pamiętać, bo przecież Stanisławów – to jest ród Potockich, miasto założone przez Potockich – rodu magnackiego wpisanego w historię tej ziemi, tego regionu. Nie mogą tego pominąć, żeby nie wiadomo co pisali o tym w okresie sowieckim, to nie są w stanie przykryć tej wielkiej historii z XVI-XVII wieków.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 20 (216) za 31 października – 13 listopada 2014

X