Afrit

Myślę, że nikomu w Polsce porządne opowiadanie o duchach nie będzie się kojarzyło z oślepiającym słońcem, upałem i piaskiem zgrzytającym między zębami. W Polsce, duchy straszą w innej scenerii. Dzisiaj chcę opowiedzieć o duchach nie mających niczego wspólnego z naszą kulturą i tradycją, a nawet naszą szerokością geograficzną.

W Polsce nigdy nie spotkałem się z jakimkolwiek zjawiskiem nadprzyrodzonym, stąd – podobnie jak ogromna większość ludzi – uważałem, że wszystkie przygody z duchami to nic innego, jak opowiadania zmyślone od początku do końca, w najlepszym razie będące wytworami wybujałej wyobraźni, nakazującej dopatrywać się upiora w każdym krzyku nocnego ptaka.

Wyjeżdżając na trzyletni kontrakt do Benghazi, nawet nie przypuszczałem, że zmierzam do rejonu, gdzie „spotkanie trzeciego stopnia” występują szczególnie często. Tam właśnie, na pograniczu Sahary, miałem się osobiście przekonać, że poza naszym istnieje jeszcze inny, odrażający i niebezpieczny dla naszego życia świat, a w nim niewidzialne, niezrozumiałe dla nas życie i ohydne działanie wstrętnego świata pozagrobowego.

Zanim na dobre zacznę swą opowieść, dodać muszę jedno ważne wyjaśnienie: byłem tam jedynym Polakiem znającym biegle język arabski, co pozwalało mi na swobodny kontakt z miejscową ludnością. To z kolei pozwoliło mi wyjść z życiem z tej niefortunnej przygody, jaka przytrafiła mi się w Benghazi. Przygody prawdziwej, a więc może mało romantycznej. Bo też, Bóg mi świadkiem, to, co mnie spotkało, nie było wizytą zwiewnej „białej damy”.

Zaraz po przylocie udaliśmy się do zarezerwowanego dla nas hotelu, hotelu jak z koszmarnego snu.

Wspólne sale do spania, brudna, używana już przez kogoś pościel, koszarowy wychodek bez papieru, tylko z rurką do podmywania [taka arabska specyfika]. Do tego jeszcze ten okropny hotel stał tuż obok portu, przy głównej jego bramie wjazdowej. Od czwartej rano, aż do późnej nocy, tuż za ścianą, w dzikim ryku potwornych motorów, w duszących chmurach dieslowskiego smrodu, przewalał się nieprzerwany korowód gigantycznych, sięgających wysokością pierwszego piętra, ciężarówek z towarami. Od mamuciego wysiłku tysięcy koni mechanicznych cały dom dygotał, stękał, bujały się stropy i pękały sufity. Już po pierwszej godzinie spędzonej w tym hotelu wiedziałem, że albo natychmiast znajdę inny lokal, albo trafi mnie na miejscu tak zwany „szlag”.

Nowy hotel znalazłem bardzo szybko. Jeszcze włoski, przedwojenny. I miejsce wymarzone: tuż koło głównej alei miasta, ale zarazem przy małej, zapomnianej uliczce. Czyściutko, klimatyzacja, pokoje jednoosobowe z łazienką. W dodatku całkiem sympatycznie się ten hotel nazywał – „Atlas”.

Dostałem pokój nr 109. Klucz dawał mi młody recepcjonista, Syryjczyk, jak się za chwilę okazało. Wypadało przecież, jak to na Wschodzie, pogadać, choć chwilę, trochę się ze sobą zapoznać, opowiedzieć coś o sobie. Odeszliśmy więc zaraz od oficjalnego języka angielskiego i przeszliśmy na wygodniejszy dla nas – arabski. I wtedy Syryjczyk dziwnie się zachował. Najwyraźniej chciał mi odebrać wręczony przed chwilą klucz namawiając mnie na pokój dwuosobowy, obecnie pusty, ale jakoby ładniejszy. A co w razie konieczności dokwaterowania mi kogoś w przyszłości?

– To przecież nic nadzwyczajnego, weselej będzie…

Nie zgodziłem się. Kto by się zgodził? Skąd mogłem wiedzieć, w co się pakuję ?

To był ten straszny lipiec 1979 r. Temperatury nawet jak na Afrykę zupełnie wariackie.

W południe, na słońcu co prawda, widziałem +59C, w zamkniętym samochodzie +90C!!

Murzyni z Afryki Centralnej nie wytrzymywali. W nocy było trochę lepiej, ale i tak nie można się było przykryć, nawet prześcieradłem. O otwarciu okna nie było mowy.

Owej nocy nie rozścielałem nawet łóżka i tylko w spodniach od piżamy rzuciłem się na wierzch posłania. Ale i tak było za gorąco. Uniosłem więc ręce wysoko ponad głowę i dopiero w takiej pozycji, jakoś tam, zasnąłem…

Targnąłem się nagle jak człowiek obudzony kopniakiem w twarz! Przez moment miałem wrażenie, że sufit zwalił mi się na głowę. Byłem przygwożdżony do łóżka. Na przegubach wzniesionych ponad głowę rąk czułem czyjeś zaciśnięte, silne dłonie, wgniatające mi ramiona w pościel. Stawy barkowe i łokciowe, wyłamywane gniotącym chwytem, na granicy wytrzymałości ścięgien, bolały dzikim bólem, a ja wciąż jeszcze nie wiedziałem, co się stało.

To były sekundy, które teraz, w opisie, wydają się być minutami. W tak potwornym zagrożeniu myśli się i działa jak zwierzę i nikt wcześniej nie mógłby podejrzewać siebie o tak szybkie reakcje. Pierwszym wrażeniem było, że ktoś mnie złapał i trzyma. Szarpię się, budzę i otwieram oczy. Wszystko w jednym ułamku sekundy. I nagle ogarnia mnie strach: dziki, zwierzęcy, wręcz niewyobrażalny. Nad sobą nie widzę niczego!!! Pokój jest widny od latarni ulicznej stojącej prawie naprzeciw okna. Widny, całkowicie widny i … całkowicie pusty! A ja na przegubach rąk czuję silne łapska wyłamujące mi ramiona. Nad sobą czuję coś, czego realnie nie ma. To coś jest silne, jak dobry kawał chłopa. Silne, ciężkie i nisko pochylone, bo na twarzy czuję jakieś, zwieszające się z tego czegoś obrzydliwe kłaki, czuję ohydny dotyk podartych szmat, cuchnących ziemią, pleśnią i zgnilizną, a – co chyba najgorsze – czuję wręcz namacalnie, bijącą we mnie falami brutalną i bezwzględną nienawiść, chęć wyrządzenia mi przez to coś jak największej krzywdy.

W pierwszym odruchu usiłowałem odepchnąć to coś od siebie. Nie mogłem sobie jednak z nim poradzić. Drań był po prostu za silny i za ciężki, przyłapał mnie w pozycji wykluczającej efektywne wykorzystanie do walki wyciągniętych ponad głowę ramion. Gwałtownie zaczynałem tracić siły. Jakby ze mnie, z przeciętych tętnic, litrami wypływała krew. Jakby reakcje biochemiczne organizmu zatrzymywały się. Teraz, pisząc to, sprawiam może fałszywe wrażenie, że wówczas kierowałem się rozumem, podejmowałem jakieś przemyślane decyzje, kontrolowałem przebieg wydarzenia.

W rzeczy samej wcale tak nie było. Ja wtedy zupełnie nie myślałem. Byłem oszalałym ze strachu zwierzęciem, potrafiącym jedynie szamotać się w żelaznym uchwycie atakującego.

W którejś tam sekundzie, chyba jednak coś pomyślałem, bo zamiast bezowocnie próbować zepchnąć z siebie napastnika, szarpnąłem ręce w dół. W efekcie tego manewru od razu uwolniłem prawą rękę. Bydlak takiego posunięcia widocznie nie przewidział. Gdy tylko rękę miałem wolną, natychmiast… przeżegnałem się. Jak Boga kocham! Zupełnie nie myśląc, ręka jakoś sama to uczyniła ku mojemu największemu osłupieniu. Natychmiast, natychmiast powiadam, puściło mi lewą rękę i miałem skądś pewność, że napastnik rozpadł się na dwie części i że „wessało” go gdzieś na dół. Głowę bym dał, że pod łóżko.

Pokój był pusty. Do kontaktu włączającego oświetlenie miałem z łóżka dobrych parę kroków. Ale na Boga! Nie miałem odwagi podbiec do niego, by włączyć światło. Miałem natomiast silne przekonanie, że „toto” złapie mnie za nogi, jak tylko postawię je na podłodze. Siedziałem więc na łóżku jak dureń, nie wiedząc, co mam robić dalej. Prawa ręka, ożywiona jakimś osobliwym, samoistnym życiem, sama z siebie wciąż młóciła krzyże, a mnie stać było jedynie na chaotyczne zmawianie niepowiązanych ze sobą, bezsensownych fragmentów najrozmaitszych pacierzy. Żeby nie zwariować musiałem mieć światło!

Rozpaczliwym szczupakiem, przelatując nad podłogą, wykonałem nadludzki skok, waląc całą siłą rozpędzonego ciała we włącznik prądu.

Od razu zrobiło się widno od wielkiego żyrandola, a ja pomału zacząłem się uspokajać. Oczywiście od razu zajrzałem pod łóżko. Oczywiście niczego tam nie było. Sprawdziłem okno i drzwi. Mowy być nie mogło, aby napadu dokonała jakaś realna osoba. Zamki, w tym wypadku zasuwy, stały na pozycji „zamknięte”. Godzina też nie była, jak to we zwyczaju, dwunasta, ale piętnaście po pierwszej. Stawy barkowe i łokciowe bolały wściekle. Rękoma ledwo ruszałem i stan taki miał się jeszcze utrzymywać przez dobry tydzień. Jednak najgorsze, najgorsze do zniesienia dla człowieka normalnie myślącego, były z początku czerwone, później czarne i żółtawe pręgi na moich przegubach. Odciski ludzkich palców!! Do tego skóra na prawym nadgarstku była silnie obtarta. W końcu jestem lekarzem i wiem jak interpretować to, co obserwuję.

Rano cholerny Syryjczyk pytał mnie rezolutnie, jak się spało i puszczał przy tym do mnie perskie oko. Robiłem tęgie miny. Wychwalałem zalety pokoju. Wiedziałem, że Syryjczyk wie. Wiedziałem, że trzeba szukać nowego mieszkania.

Czekał mnie jednak zawód. Szczęśliwa passa się skończyła i nigdzie nie można było znaleźć wolnego lokalu.

Problemy dnia codziennego wypierały z głowy wszystko inne. Czas mijał. Był już chyba koniec sierpnia, już nie tak gorąco, taka tam „dyżurna” czterdziestka. Tego dnia przyjechałem właśnie z przychodni i rozbierałem się, by szybciutko wskoczyć pod prysznic. Godzina była tak gdzieś… trzecia po południu. Okno otwarte, pokój zalany słońcem. Z ulicy bił wrzask arabskich chłopaczków kopiących zardzewiałą puszkę. Szedłem właśnie prawie goły do łazienki, gdy nagle runęła na mnie z tyłu fala znanego mi już z poprzedniego doświadczenia, okropnego strachu. Bez jakiegokolwiek wstępu, czy uprzedzenia! Szóstym zmysłem wiedziałem, że tym razem drań złapie mnie za szyję. Rzuciłem się do przodu pochylając głowę i cholerstwo chybiło o włos. Dostałem silne uderzenie po karku i plecach. Słowo daję, że końcami ludzkich palców. Nawet się nie obejrzałem. Dwa susy i już byłem na hotelowym korytarzu, trzaskając za sobą drzwiami. Jakąś czarodziejską mocą paskuda została w pokoju, a ja stałem prawie zupełnie goły (chwała Bogu slipów jeszcze nie zdążyłem zdjąć) pod swoimi zamkniętymi drzwiami. Jezu!!! Nie było siły na niebie, ani na ziemi, która by była w stanie zmusić mnie, bym wtedy wszedł do pokoju. Ale stać tak, w takim „stroju”, również nie mogłem. Znając zwyczaje ortodoksyjnych Arabów, zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji w jakiej się znalazłem. Arabowie są pruderyjni do granic zdrowego rozsądku i za taki „numer”, jakim było przebywanie tylko w slipach na korytarzu hotelowym groziła mi sprawa na policji, a może i parę lat „odsiadki”. Chwilowo na korytarzu nie było nikogo, ale już za sekundę mógł ktoś wyjść z pokoju, wejść na korytarz ze schodów, z windy. Nie daj Panie Boże „madam” jakaś i co wtedy będzie? Przecież to hotel. No nie?

Jak z nieba spadło na mnie olśnienie, że przecież na tym samym piętrze mieszka Polak. Pan Janek z Lublina. Pobiegłem więc klapiąc bosymi stopami po marmurach i zmawiając po drodze zdrowaśki, żeby tylko zastać pana Janka w pokoju.

Dzięki Bogu, pan Janek był u siebie. A, że też chodził po pokoju w slipach, więc nawet pasowaliśmy do siebie. Gorzej było z konwersacją, bo ja wciąż myślami byłem w swoim pokoju. Wciąż się zastanawiałem, jak do niego wejdę i co mam ludziom powiedzieć, gdybym do pokoju wejść nie mógł. Widocznie byłem na twarzy mocno zmieniony, bo pan Janek zajął się mną bardzo troskliwie. Dał mi zimnego soku z lodówki, chwilę później kawy i papierosa, a na koniec odprowadził mnie do pokoju (o to mi cały czas chodziło!!). Pokój, oczywiście, był zupełnie pusty i całkowicie normalny.

Jeszcze tę noc przemęczyłem się w „Atlasie”, bo niby dokąd miałem pójść. Ale już z samego rana, pobiegłem do Ministerstwa Zdrowia i tak długo przekonywałem wszystkich pracujących tam urzędników, że ci w końcu, dziwiąc się fanaberiom Europejczyków, zamienili mi luksusowy pokój hotelowy na wyrko w nieczynnym oddziale ocznym szpitala „Dżamahirija”.

W „Dżamahiriji” mieszkało się może i po spartańsku, ale wesoło i za darmochę. Otoczony Libijczykami, którzy z natury są serdeczni i mili, szybko zapomniałem o paskudnej przygodzie, a po roku to nawet byłem w stanie z tej przygody sobie żartować.

Dobry obyczaj bengazki nakazywał, by w święta muzułmańskie dyżurować za świętujących kolegów muzułmanów. Oni w zamian za to dyżurowali za chrześcijan w święta chrześcijańskie. Byłem właśnie na takim zastępstwie i nudziłem się jak mops, bo jak to w święta, przychodnia świeciła pustkami. Wtedy właśnie przyszły te dwie Libijki, szwagierki, jak mi powiedziały. Dwie rezolutne babki pod pięćdziesiątkę. Dwie dziarskie „hadże” ( hadż, hadża – odpowiednik polskiego – szanowny pan, szanowna pani) z twarzami pokrytymi rytualnym tatuażem, lśniące złotem we włosach, pobrzękujące sznurami ciężkich złotych naszyjników i kolekcją złotych bransolet na obu przedramionach. Wygadane, cwane, ciekawe świata. Przyszły chyba bardziej z nudów niż dla konkretnej potrzeby, bo już za chwilę gadaliśmy sobie o wszystkim, tylko nie o medycynie. Sam już nie wiem jak to się stało, ale zacząłem, tak w żartach, opowiadać im o swojej przygodzie z upiorem atakującym mnie w hotelu. Patrząc jednak na nie, pod wpływem zmieniającego się wyrazu ich twarzy, zmuszony zostałem przejść od trochę efekciarskiego nastroju opowieści, do relacji już teraz całkiem na serio. Obie, choć do tej pory roześmiane, nagle stały się śmiertelnie poważne i skupione. Słuchały uważnie, bez jednego uśmiechu, bez jednego choćby słowa. Gdy skończyłem, po chwili męczącej ciszy, starsza z nich westchnęła ciężko i powiedziała.

– Doktor, miałeś niewiarygodne szczęście. Ciebie zaatakował Afrit! Bardzo ich tu dużo, bardzo dużo… Masz zielone płótno? Na pewno nie masz. To bardzo niedobrze, jeśli nie masz. Skoro Afrit już dwa razy ciebie napadł, zapewne napadnie na ciebie jeszcze raz. Na razie zniknąłeś mu z przed oczu, ale on ciebie będzie szukał, on ciebie w końcu znajdzie. Będzie chciał ciebie zabić, bo już dwa razy udało ci się przed nim umknąć.

Afrit nie może zostawić tej sprawy nie załatwionej.

Poczułem się głupio. Co tu dużo gadać – przestraszyłem się. Przede wszystkim nie wiedziałem, co to takiego jest Afrit i o jakim to zielonym płótnie była mowa. Zaraz otrzymałem potrzebne informacje.

Afrit, to zły duch. Połączenie naszego wampira i upiora. Jak i one, jest duchem bardzo złego człowieka, zbrodniarza i brutala. Duchem będącym pod silnym wpływem Szatana, duchem uprawiającym swoisty bandytyzm na pograniczu świata widzialnego i niewidzialnego. Afrit brutalnie atakuje swoje ofiary doprowadzając je do pomieszania zmysłów, lub nawet do nagłej śmierci. Ma w sobie coś z wampira, ale nie chodzi mu wcale o krew napadniętego. On wysysa z człowieka jego życiową energię. Jest to wampir, ale – rzekłbym – wampir energetyczny. Bardzo często na ciele ofiar napadu, pomimo duchowego charakteru napastnika, pozostają całkiem fizyczne objawy ataku. Ukręcone głowy, połamane kończyny, wygniecione gałki oczne. Charakterystyczne dla Afrita jest jego gwałtowne przemieszczanie się i błyskawiczny atak. Zielone płótno natomiast jest to specjalny rodzaj płótna, jakie przywozi się z pielgrzymki do Mekki. Posiada ono niezwykłą moc, na przykład moc uzdrawiania, ale też moc chroniącą człowieka przed złymi duchami. Zielone płótno jest właściwie jedyną rzeczą mogącą uchronić człowieka przed Afritem.

Bezradnie rozłożyłem ręce. Było dla mnie oczywiste, że do Mekki nie pojadę. Obie panie wiedziały o tym równie dobrze jak ja. Patrzyły więc na mnie w milczeniu, ze współczuciem, jak na faceta, którego nazajutrz będzie operować chirurg z pewnego kraju o starożytnej kulturze i ustalonej renomie swoich medyków.

Żeby nie poddawać się smutnym myślom, poszedłem zrobić kawę, a gdy wróciłem, trafiłem akurat na koniec jakiejś zawziętej sprzeczki pomiędzy obiema jejmościami. Okazało się, że różnica zdań dotyczyła mojej osoby. Sedno sporu polegało na tym czy można, czy też nie można, odstąpić chrześcijaninowi, kawałka zielonego płótna należącego do obu pań i przywiezionego swego czasu z Mekki. Stanęło na tym, że płótno dostanę, tylko żeby było „beni-u-benak”, czyli po polsku, ani mru-mru. Zaufanie za zaufanie. Tylko między nami.

Obie panie słowa dotrzymały i następnego dnia, z zachowaniem odpowiedniej konspiracji, nerwowo wsunęły mi do kieszeni fartucha niewielkie zawiniątko…

Wewnątrz było ciemnozielone, dość grube, gęsto tkane płótno, widać, że odcięte od większej całości. Gładkie w dotyku, pachnące dziwnym, ale przyjemnym zapachem.

O tym, że miało niezwykły dar odpędzania wszystkiego złego, przekonałem się już niebawem. Pewna moja koleżanka zwierzyła mi się popłakując, że na kontrakcie czuje się fatalnie, ma halucynacje, nie może spać. Każdej nocy coś chodzi po mieszkaniu, drzwi same zamykają się i otwierają, ni z tego, ni z owego przez mieszkanie przelatują lodowate przeciągi. „Coś” ciągle śledzi ją, gdziekolwiek tylko się obróci. Wciąż spada ze ściany przywieziony przez nią z Polski obrazek Matki Boskiej.

Nie wyglądało to dobrze. Co miałem robić? Oderwałem połowę swojego zielonego płótna i wręczając jej talizman wyjaśniłem, co to jest i jak to działa.

Już następnego dnia dostałem od koleżanki telefon, że po raz pierwszy od wielu miesięcy przespała spokojnie całą noc. Nic nie chodziło po pokojach, nie chuchało, nie straszyło. Koleżanka zadzwoniła jeszcze raz chyba po kilku miesiącach. Zielone płótno nadal trzymało wszelkie duchy na odległość. I tak już zostało.

Przez cały czas mojego pobytu w Benghazi zielony „gumasz” leżał sobie na regale w moim pokoju gościnnym. Nigdy w moim życiu nie pojawił się żaden duch. Afrit, być może, wytropił mnie, ale nie mógł już teraz dobrać się do mnie.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 20 (216) 31 października – 13 listopada 2014

X