Stołeczne królewskie miasto Lwów w ciągu wieków było sławne ze swoich obywateli, którzy byli, jak gdyby „niezupełnie w kondycji”. Bycie wariatem było nawet popularne, zaś złodziejom i mordercom prasa poświęcała obszerne reportaże, opisując ich wyczyny we wszystkich szczegółach. Procesy sądowe były widowiskiem, na które zbierały się tłumy ludzi z różnych warstw społecznych i na które sprzedawano nawet bilety jak do teatru. W tym artykule podamy dwie historie ludzi umysłowo chorych, ale z wyższym wykształceniem, nawet utalentowanych, których choroba doprowadziła do pomysłów szalonych, nawet do śmierci.

W 1906 roku sensacyjna historia odbiła się szerokim rozgłosem na łamach prasy lwowskiej. „Wiek Nowy” podał szczegóły pod tytułem „Straszliwy czyn szaleńca”, zaś „Gazeta Lwowska” swój komentarz umieściła pod nagłówkiem „Zamach morderczy i samobójstwo”. Chodziło o dramatyczny czyn Adama Majewskiego, absolwenta Politechniki lwowskiej, inżyniera chemika, lub jak w tamtych czasach mówiono „ukończonego technika”. Adam Majewski był już człowiekiem nie młodym, w wieku około 50 lat, uzdolnionym inżynierem i rysownikiem, nieźle zarabiał, lecz szesnaście lat przed fatalnym wydarzeniem zauważono u niego przejawy choroby umysłowej i manię szalonych wynalazków. Jak pisał „Wiek Nowy”, „Ideą-fix jego było wynalezienie sposobu nawodnienia pustyni Sahary i wynalezienie balonu do sterowania”. Z powodu choroby Majewski był zwolniony z pracy i przez pewien czas nie mógł znaleźć żadnego zatrudnienia. W końcu znany lwowski budowniczy, profesor Jan Lewiński litując się nad jego losem zatrudnił Majewskiego w swojej fabryce majoliki przy ulicy Krzyżowej.
„Wiek Nowy” wyjaśnił wśród jego znajomych, że „pracy tej biedny wariat oddał się z całym poświęceniem i zamiłowaniem. Aczkolwiek miał niezły zarobek, chodził odziany jak ostatni nędzarz, bo każde nowe ubranie lakierował na rozmaite kolory”. Przedsiębiorstwo profesora Lewińskiego słynęło we Lwowie jako największe w branży budowlanej, zaś oryginalne kompozycje majolikowe zdobiły każdą kamienicę zbudowaną według jego projektów. Fabryka majoliki była ulubionym dzieckiem architekta, w której rozwój Lewiński wkładał znaczne pieniądze. W fabryce została zatrudniona spora grupa inżynierów, robotników i artystów malarzy. Właśnie jedną z tych artystek była Maria Talukówna (niektóre gazety podawały jej nazwisko jako Halukówna), 19-letnia utalentowana, sympatyczna dziewczyna, córka biednej wdowy z ulicy Domsa. Adamowi Majewskiemu przypadła ona do gustu i szalony inżynier zakochał się w niej na śmierć, jednak bez wzajemności. Dziewczyna miała narzeczonego i nie zwracała na znacznie starszego od niej wariata żadnej uwagi. Jednak Majewski od dłuższego czasu uparcie prześladował swą miłością znacznie młodszą pannę, oświadczając się jej kilku razy na tydzień, „co ona kładła na karb jego szaleństwa. W pewnym czasie stan choroby jego pogorszył się, czego skutkiem był tragiczny wypadek.

„Gazeta Lwowska” tak opisała tę sensację: „Wczoraj o godzinie 7 wieczorem rozegrał się w fabryce majoliki p. Jana Lewińskiego przy ul. Krzyżowej krwawy dramat miłosny. Oto ukończony technik Adam Majewski strzelił dwukrotnie z rewolweru do zajętej w tejże fabryce 19-letniej malarki Marii Talukównej, raniąc ją ciężko w głowę. Jedna kula przebiła biednej ofierze szału adoratora ucho i lewy policzek, druga zaś lekko utkwiła w czaszce. Kiedy Maria padła na ziemie, Majewski sądząc, że jest już zabita, skierował lufę w swoją skroń, poczem trzecim wystrzałem odebrał sobie życie. Śmierć jego nastąpiła natychmiast. Na miejsce strasznego wypadku niezwłocznie przybył komisarz policji Karabanowski z agentami. Wezwane pogotowie Towarzystwa ratunkowego zajęło się ciężko ranną panienką. Po ocuceniu jej z omdlenia i prowizorycznym opatrzeniu, odwieziono Talukównę w stanie bardzo groźnym do szpitala powszechnego. Majewski, jak stwierdzono – cierpiał od dłuższego czasu na zboczenie umysłowe. Czynu swego miał dokonać pod wpływem rozpaczy z powodu beznadziejnej miłości do Talukównej.”
„Wiek Nowy” przypuszczał, że Majewski” ze strasznym swym zamiarem nosił się od tygodnia. Swoje oszczędności, mianowicie 1017 koron zdeponowanych na książeczce Kasy Oszczędności i parę koni z wozem denat zapisał w testamencie swojej siostrze zamieszkałej gdzieś w Rosji”. Lekarzom w szpitalu powszechnym udało się uratować Marię Talukówną, ofiarę szalonego „ukończonego technika”, lecz blizny na jej twarzy zostały na całe życie.
We Lwowie z wariatami i samobójcami w pierwszej kolejności miało do czynienia miejskie pogotowie ratunkowe. Pracy w nim we Lwowie były pełne ręce zarówno przed pierwszą wojną światową, jak i w latach 20 – 30. Na przykład, we wrześniu 1912 roku „Gazeta Lwowska” podała oficjalny komunikat rady miejskiej, w którym czytamy, że „w ciągu tegoż miesiąca pogotowie ratunkowe wzywano aż 872 razy, czyli średnio 28 razy na dobę. Wśród obrażeń zadanych poszkodowanym było aż 642 przypadki ran ciętych oraz złamanych kości, 198 ran zadanych nożem, 163 wypadki nagłego zasłabnięcia. Ilość zamachów samobójczych stanowiła w tymże czasie – 17, z nich 9 wypadków otrucia. Truło się 2 mężczyzn i 7 kobiet. Jeden mężczyzna odebrał sobie życie strzałem z rewolweru. Z okien lub balkonów rzuciło się 2 mężczyzn i 2 kobiety. Powiesił się jeden mężczyzna, utopiła się jedna kobieta. Jeden mężczyzna usiłował zarżnąć się nożem. Prawie po każdym takim tragicznym i sensacyjnym przypadkiem podawano jako powód „silne zdenerwowanie” lub „rozstrój nerwowy”. Oto tylko kilka przykładów. 4 października 1912 roku „Wiek Nowy” donosił o samobójstwie niejakiej Matkowskiej, wdowy po radcy, która „…rzuciła się z drugiego piętra domu przy ul. Anczewskich 18 i odniosła prawie śmiertelne obrażenia. Powodem było silne zdenerwowanie, które nie opuszczało desperatkę od dłuższego czasu”.

Takich wariatów – morderców i kryminalistów było w zakładzie kulparkowskim całkiem sporo. W czerwcu 1913 roku dołączył do nich również poeta – szaleniec niejaki Jan Huskowski. Ów młody człowiek uważał się za wybitnego literata, jednak opinia publiczna i krytyka nie była do niego przychylną. Udało się jemu opublikować kilka swoich powieści, nawet jeden z jego utworów wystawiono na scenie lwowskiego teatru miejskiego. Tymczasem Huskowski marzył o sławie literackiej co najmniej na miarę Kornela Makuszyńskiego, którego sukcesom bardzo zazdrościł. Młody poeta nie miał stałych zarobków i zmuszony był dorabiać jako kurier w hotelu „Imperial”, lecz i tam nie zatrzymał się na długo. Bez powodzenia próbował szczęścia w teatrze wędrownym. „Nowości ilustrowane” pisały, że w życiu codziennym „zdradzały go wielkie zdenerwowanie i pewna amoralność umysłowa, jednak koledzy jego kładli to na karb literackiej dekadencji…”. Nikt nie myślał, że tak naprawdę był on dotknięty chorobą umysłową, cierpiąc na manię prześladowczą.
„Kurier lwowski” pisał, „że i w jego utworach widać było zjawiska pewnej chorobliwości, prawie wszyscy jego bohaterowie byli ludźmi zależnymi od pewnych manii. Twórcze niepowodzenia tylko dodawały traumy chorej jego psychice”. Zawsze nosił przy sobie rewolwer, a nawet groził kolegom. Z czasem nie mógł znosić informacji o sukcesach literackich Kornela Makuszyńskiego i pewnego dnia postanowił go zabić. Otóż wybrał się do hotelu George’a w centrum miasta, gdzie według informacji gazet zamieszkał Makuszyński i nerwowo czekał na niego na ulicy. Tymczasem obok okazał się Leon Bohosiewicz, dzierżawca hotelu George’a i szaleniec natychmiast zmienił swój zamiar, poszedł główną ulicą lwowską za Bohosiewiczem i za kilka chwil później bez żadnego powodu oddał do niego kilka strzałów. O tej niesamowitej historii pisała cała prasa lwowska. Dokładny reportaż umieścił i krakowski tygodnik „Nowości ilustrowane”. Według autora reportażu, Lwów stał się po raź kolejny „widownią zbrodniczego czynu, spełnionego przez niepoczytalną jednostkę, poetę szaleńca. Młody literat Jan Huskowski dał na ulicy kilka strzałów i zranił ciężko dzierżawcę hotelu George’a Leona Bohosiewicza. Sprawca zamachu przyznał się z całą otwartością, że chciał zamordować Bohosiewicza. Na śledztwie wyszło również na jaw, że Huskowski nosił się z zamiarem zamordowania znanego literata Makuszyńskiego”. Zbrodnia, dokonana w napadzie szalu, położyła kres „jego karierze literackiej i jego męce daremnego zmagania się z własnymi aspiracjami. Na dłuższy czas umieszczono go w zakładzie dla umysłowo chorych w Kulparkowie”. Dalszy jego los nie jest znany, lecz imię jego już nigdy więcej nie zjawiło się na łamach literatury polskiej. Nie wspominała o nim też prasa. Zmarł na pewno w zakładzie psychiatrycznym zapomniany przez wszystkich.
Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 19 (479), 17 – 30 października 2025
