Cud nad Wisłą Porucznik Stefan Pogonowski (pl.wikipedia.org)

Cud nad Wisłą

Bitwa o Warszawę w roku 1920 trwała kilka dni. Za symboliczną datę tej bitwy przyjęto dzień 15 sierpnia, bo też właśnie na początku tego dnia, jeszcze przed świtem, ważące się do tej pory losy wojny polsko-rosyjskiej nagle i dramatycznie przechyliły się na korzyść strony polskiej.

Wojskowi twierdzą, że z nieznanej, jak do tej pory, przyczyny 1 batalion 28 pp. Strzelców Kaniowskich pod dowództwem 25-letniego porucznika Stefana Pogonowskiego, nie licząc się z wcześniejszymi ustaleniami i nie czekając na wyznaczoną rozkazem godzinę ataku, dnia 15 sierpnia, około pierwszej w nocy, początkowo zupełnie samotnie, rzuca się nagle z rejonu Kątów Węgierskich na wielokrotnie silniejszego od siebie przeciwnika, rozbija silne ugrupowanie Rosjan koło Mostów Wólczańskich i atakuje główne siły bolszewików, koncentrujące się wokół Wólki Radzymińskiej, do jutrzejszego ataku na Warszawę.

Dwie bitwy
To, co teraz napisałem, to może jeszcze nie cud, cud zdarzy się za chwilę, bo nagle przed wściekłym atakiem polskiego batalionu zaczynają uciekać całe rosyjskie pułki! Niektórzy zatrzymali się w tej ucieczce dopiero w Wyszkowie nad Bugiem! Rosyjska koncentracja rozsypuje się, a wtedy polskie dowództwo zaczyna pchać w powstałą w rosyjskim froncie wyrwę wszystkie, jakie tylko są pod ręką, oddziały polskie…

Czasami myli się ze sobą dwie bardzo ważne bitwy. Tę, z atakiem batalionu porucznika Pogonowskiego i drugą, pierwszą właściwie, bo z poprzedniego 14 sierpnia, bitwę pod Ossowem, gdzie poderwał polskich żołnierzy do kontrataku bohaterski kapelan, ksiądz Ignacy Skorupka. Bitwa pod Ossowem dlatego była tak ważna, bo nastąpiło tam ostateczne zatrzymanie bolszewików w marszu na Warszawę. Dalej bolszewicy już się nie posunęli. Do centrum Warszawy mieli z Ossowa już tylko 17 kilometrów! Obie bitwy miały, więc miejsce w innym czasie – dzieli je dystans jednego dnia, nastąpiły gdzie indziej – dzieli je dystans 14 kilometrów, a także każda z nich miała inny charakter i inaczej zaważyła na polskim zwycięstwie.

Gdyby nie bitwa pod Ossowem, bolszewicy jeszcze tego samego dnia pustoszyliby Warszawę.

Gdyby nie atak batalionu Strzelców Kaniowskich, kto wie, jak dalej potoczyłyby się losy bitwy o Warszawę. Generał Żeligowski twierdził stanowczo, że bez tego, niesłychanego wręcz, wyczynu porucznika Pogonowskiego, Polacy prawdopodobnie przegraliby wojnę.

Co skłoniło porucznika Pogonowskiego do spontanicznego i szalonego ataku na Rosjan? Co spowodowało, że tysiące Rosjan nagle, w panice, zaczęły uciekać przed jednym polskim batalionem?

Czy sprawiły to ciemności nocy? – Ba! Gdybyśmy to wiedzieli, wiedzielibyśmy wszystko.

W sierpniu 1920 roku stan żywieniowy na jedną kompanię dla 28 pp. przewidywał 177 żołnierzy włącznie z dowódcą i to jest najlepsze źródło informacji na temat liczebności wojska. Na batalion z reguły przypadało trzy kompanie, więc bataliom Strzelców Kaniowskich mógł liczyć sobie około 500 żołnierzy. Nie stanowiło to potęgi, zdolnej przerwać linię frontu i pobić nieprzyjacielską dywizję. W praktyce okazało się jednak, że przed tym batalionem Rosjanie, których można podejrzewać o wszystko, tylko nie o brak odwagi, uciekali, jak gdyby nagle zobaczyli diabła. A może oni jednak naprawdę coś zobaczyli? Może nie diabła, ale coś absolutnie innego?

Zeznania jeńców bolszewickich
O Matce Boskiej, która ukazała się na niebie podczas bitwy z bolszewikami pod Warszawą ludzie nie dowiedzieli się od warszawskich kumoszek, ani od wiejskich bab, które przychodziły z okolicznych wsi do Warszawy na targ, z mlekiem, masłem i twarogiem. Bodajże pierwszym, który o tym wspomniał był ksiądz kardynał Aleksander Kakowski, a więc nie byle kto! Ksiądz kardynał przytaczał zeznania jeńców bolszewickich, którzy Matkę Boską na niebie WIDZIELI i ten widok spowodował, że rzucali broń i uciekali w panice. Wszyscy księża w Polsce zaczęli powtarzać za kardynałem, że pod Warszawą pokazała się Matka Boska. Głoszono to z ambon, co spowodowało, że wiedza o cudzie rozeszła się po kraju szeroko i błyskawicznie. Początkowo pojęcie „cudu na Wisłą” w ogóle nie istniało. Mówiło się zwyczajnie o cudzie, nie łącząc go z jakimś miastem, rzeką, czy okolicą. Ludzie widzieli sprawę prosto. Było śmiertelne zagrożenie. Wszyscy modlili się o ratunek do Matki Boskiej i Matka Boska cud sprawiła. Dla kogoś głęboko wierzącego właściwie nie ma w takiej kolei rzeczy żadnego dylematu. „Proście, a będzie wam dane”. Czyż nie tak naucza Pismo?

Ale już niedługo potem pojawiło się pojęcie „cud nad Wisłą”, które było niby odpowiednikiem francuskiego „cudu nad Marną”, ale tak naprawdę zwrotem, deprecjonującym sposób dowodzenia Józefa Piłsudskiego, w złym świetle stawiającym prace polskiego Sztabu Generalnego, a wreszcie i cały, śmiertelny wysiłek żołnierza polskiego. W takim założeniu Wojsko Polskie niewiele miało do powiedzenia w tej bitwie, skoro wszystko zostało załatwione samym tylko pojawieniem się Matki Boskiej. Nic więc dziwnego, że środowisko piłsudczyków zwalczało, jak tylko mogło, rozpowszechnione już szeroko pojęcie „cudu nad Wisłą”. Tłumaczono, że to nie był żaden cud, a tylko dobrze, mądrze i ofiarnie przeprowadzona operacja wojskowa, która załamała siły przeciwnika i pozwoliła na jego ostateczne pokonanie.

Jeśli nie cud, to co?
Z kolei koła, zbliżone do komunistów, zwalczały pojęcie „cudu nad Wisłą”, bo wystawiało ono na kpinę cały wysiłek rewolucji bolszewickiej, a więc czegoś dla komunistów świętego i nienaruszalnego. Biedny „cud nad Wisłą” zwalczany był więc przez różnych ludzi, z różnych stron i różnymi metodami.

Cuda dobrze jest wykpiwać. To najlepiej chyba działa przeciwko każdemu cudowi.

Grzmią pod Stoczkiem armaty,
Źle Polakom się wiedzie,
Uciekają, psubraty,
A Dwernicki na przedzie.

Moskal raźno naciera,
Prze Polaków do Gdańska.
A z niebiosów spoziera –
Matka Boska Kazańska.

Ten kpiarski wierszyk napisał świetny polski poeta Jan Lechoń. Patriota przecież i człowiek jak najdalszy od jakiegokolwiek rusofilstwa. Wierszyk ma chyba przypominać, że każdy posiada swoją Matką Boską, i gdyby one naprawdę dokonywały dla swoich wyznawców cuda na zamówienie, z Polakami mogłoby być różnie. Wierszyk nie wszystkim się podobał i bywało, ktoś na taką satyrę odpowiadał podobną złośliwością, lub nawet otwartym gniewem. W przedwojennej Polsce można się było jednak spierać, dyskutować, złościć na siebie. Wszystko można było robić i trwało to tak przez lat dwadzieścia, a nie minęło następnych pięć lat i nikt już się nie odważył nawet wspomnieć o roku 1920, czy cudzie nad Wisłą. Za jedno słowo na takie tematy można było stracić pracę, albo zgoła stracić zęby, wylądować w kryminale, albo w kopalni węgla, albo kopalni uranu. Jak, więc Państwo widzicie, możliwości było sporo. Wszystko zależało od lokalnego kacyka z UB.

I w takim właśnie czasie, kiedy niczego nie wolno było o cudzie nad Wisłą powiedzieć, ba – pomyśleć nawet, mnie udało się o nim przeczytać i to gdzie? – W radzieckim czasopiśmie!!

Ukazywał się wtedy w Polsce, stosunkowo łatwo dostępny, bodaj miesięcznik, „Tiechnika Maładioży”. Niby odpowiednik polskiego „Młodego technika”, ale dużo lepszy, dużo poważniejszy, na prawdziwie światowym poziomie. Często się go czytało, bo potrafił zawierać w sobie różne rewelacje techniczne. Dla przykładu powiem, że na podstawie zawartych w nim szkiców i opisów zbudowałem sobie kiedyś bardzo dobrze działający aparat do swobodnego nurkowania. Wiem, że wielokrotnie ktoś ściągał jakieś pomysły z „Tiechniki” i nigdy się na nich nie zawiódł. Słowem, było to poważne pismo techniczne, zawierające w sobie wiele naprawdę nowoczesnych rozwiązań i dobrych pomysłów.

Otwieram kiedyś świeżo kupioną „Tiechnikę” i… oczom nie wierzę! Cały artykuł poświęcony cudowi nad Wisłą w roku 1920! Rysunek, bo ze zrozumiałych względów redakcja nie miała zdjęcia, pokazuje jakieś okopy, żołnierzy polskich, ciemne, nocne niebo, a na nim ogromną postać Matki Boskiej!!

Myślałem, że jeśli jeszcze nie zwariowałem, to za chwilę na pewno zwariuję.

– CO?? TAKI ARTYKUŁ W RADZIECKIM CZASOPIŚMIE??

A jednak! Rosjanie przyznawali się w tym artykule do swojej porażki i ucieczki swoich wojsk z podwarszawskiego frontu, co już samo w sobie było rewelacją światową. Przyznawali też, że zmusił ich do tego szalony atak polskich żołnierzy. Szalony atak polskich żołnierzy i panikę wśród żołnierzy rosyjskich spowodowało… (trzymajcie się!)… nagłe pojawienie się na niebie ogromnej postaci Matki Boskiej!! I to, proszę Państwa, pisali Rosjanie!

Nie próbowali sprawy ośmieszać, nie próbowali tłumaczyć sobie tego grą świateł na nocnym niebie, odbitymi od chmur łunami pożarów, czy innymi głupstwami. Rzeczowo przyznawali, że wszyscy oni widzieli Matkę Boską. Artykuł nie starał się bynajmniej przekonywać, że tam żadnego obrazu nie było. Dla Rosjan obraz Matki Boskiej był zjawiskiem prawdziwym. Rosjanie, jako ludzie niewierzący, teraz, po latach, już na spokojnie, zastanawiali się tylko, w jaki sposób obraz Matki Boskiej pokazał im się w nocy na polskim niebie. Wykluczali cud, co u nich oczywiste. Więc jeśli nie cud, to co?

Reflektor przeciwlotniczy z okresu pierwszej wojny światowej (pl.wikipedia.org)

Autor artykułu przekonywał, że możliwe jest wyświetlenie na chmurach dowolnego obrazu za pomocą reflektora przeciwlotniczego. Wymagana jest tylko, nawet niezbyt pracochłonna, dostawka do zwykłego reflektora wojskowego i obraz namalowany na szkle, będący kliszą, z której urządzenie obraz wyświetli. Reflektor może wyświetlać obraz ostro i wyraźnie na dystansie wielu kilometrów.

Czytałem to i sam już nie wiedziałem. Prawda to, czy nieprawda?

Smuga światła wojskowego reflektora, a na niej Matka Boska i husaria
Nieraz widziałem nocne niebo, oświetlane gigantycznymi smugami reflektorów przeciwlotniczych, więc miałem pojęcie jak silne jest ich światło i jak daleko potrafią one penetrować przestrzeń powietrzną. Ale, żeby można było przesyłać za ich pomocą wyraźny i ostry obraz??

Rosjanie widzieli Matkę Boską. Obraz wyraźny i jednoznaczny dla każdego z nich. To stało się w nocy. To spowodowało, że Polacy, jak w transie, runęli na Rosjan, nie dbając o ich siłę i o ich liczebność. To spowodowało wśród Rosjan panikę.

Gdy tylko to przeczytałem, od razu mnie tknęło. – Jezus! Maria! – Pogonowski!

Nikt właściwie do dzisiaj nie wie dlaczego wtedy zaatakował Rosjan tak nagle. Nikt też nie wie dlaczego Rosjanie wpadli wtedy w taką panikę. Wolno mi chyba przypuszczać, że to w okolicy Kątów Węgierskich o godzinie pierwszej w nocy dnia 15 sierpnia 1920 roku, na nocnym niebie pokazuje się nagle ogromna postać Matki Boskiej ze – złą, mściwą twarzą – jak zeznawali Rosjanie, choć twarz Matki Boskiej mogła się im tylko taką wydawać, biorąc pod uwagę ich zaskoczenie i przerażenie.

Ksiądz doktor Józef Maria Bartnik pisze tak: „…Matka Boża ukazuje się w postaci Matki Łaskawej – patronki Warszawy. Jest przecież z woli magistratu i ludu miasta tego Patronką – Tarczą i Obroną, od 1652 roku. Matka Łaskawa pojawia się na niebie przed świtem, monumentalna postać, wypełniająca swoją Osobą całe ciemne jeszcze niebo. Ukazuje się, odziana w szeroki płaszcz, którym osłania stolicę. Zjawia się w otoczeniu husarii…”.

Drodzy Państwo! Jeśli Matkę Boską widziano przed świtem, nie mogło to być podczas bitwy pod Ossowem, która odbyła się w czasie dnia. Ksiądz kardynał Kakowski powiedział, ale nie od siebie, a cytując jeńców rosyjskich – „Bolszewicy, wzięci do niewoli, opowiadali znowu, że widzieli księdza w komży i z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską…”. Taki obraz sugerowałby księdza Skorupkę i bitwę pod Ossowem.

Mieczysław Smugarzewski w artykule: „Jak chłopak z Woli Europę ocalił” (Goniec.com Wielka Brytania) tak przedstawia kontratak polski pod Ossowem i księdza Skorupkę, warszawskiego „rodaka” z robotniczej dzielnicy Wola: „Dowódca batalionu por. Słowikowski zapamiętał, że ksiądz ruszył z ochotnikami w tyralierze w komży, fioletowej stule i z krzyżem w ręku. Widząc, że pod rozrywającymi się nad głowami pociskami artyleryjskimi, młodzi żołnierze stracili orientację i nie wiedzieli, w którą stronę strzelać do niewidzialnego nieprzyjaciela, ksiądz Skorupka zerwał się przed tyralierą i jego głos przygłuszył chaos bitwy. – Za Boga i Ojczyznę! – wykrzyknął. Z relacji kilku uczestników natarcia, okrzyk brzmiał inaczej, mniej pasował do osoby duchownej, a bardziej do chłopaka z Woli. Podobno brzmiał – Bij czerwoną zarazę. Cokolwiek krzyknął, zrobiło to wrażenie na chłopcach. Dopiero po bitwie, gdy Polacy obchodził pobojowisko po odrzuceniu bolszewików, zobaczyli na ściernisku przy miedzy, leżącego twarzą do ziemi, księdza. Hebanowy krzyż trzymał w ręku. Miał roztrzaskaną czaszkę. Zegarek, buty, marki, które miał w kieszeni skradziono”…

Ta bitwa miała miejsce w dzień. Był ksiądz w komży, ale nikt nie wspomina o ukazaniu się Matki Boskiej, a przecież są to wspomnienia ludzi, uczestniczących w tej bitwie, których relacje są aż do bólu prawdziwe, jak ta, o ograbieniu zabitego księdza.

Matka Boska ukazała się przed świtem, mówi ksiądz Bartnik. Matka Boska ukazała się na nocnym niebie, wyświetlona za pomocą reflektora przeciwlotniczego, piszą Rosjanie w „Tiechnice Mołodioży”, a bitwa pod Ossowem odbyła się w dzień. Bolszewicy, wzięci do niewoli, chyba połączyli ze sobą dwie relacje. Tę z Ossowa i tę z Kątów Węgierskich. Mimowolnie robią to samo i Polacy, często łącząc ze sobą oba zdarzenia. Obraz Matki Boskiej kojarzy się nam z obrazem księdza w komży i chcemy widzieć je, połączone razem w jeden obraz, podczas gdy było inaczej. Osobno i gdzie indziej, był ksiądz, a także osobno i gdzie indziej, była Matka Boska.

Ksiądz Bartnik w swojej wypowiedzi daje nam jeszcze jedną, bardzo ważną informację. 15 sierpnia na niebie pokazała się Matka Boska Łaskawa, patronka Warszawy, której obraz znajduje się w Warszawie, w kościele pod jej wezwaniem, zwanym też kościołem jezuitów, tuż koło katedry na ulicy Świętojańskiej.

A więc, nie anonimowy wizerunek Maryi, ale postać z konkretnego obrazu, znanego wszystkim warszawiakom. Taki, czy inny wizerunek Matki Boskiej nie miał znaczenia dla Rosjan, ale dla Polaków mógł mieć znaczenie zasadnicze. Porucznik Pogonowski poległ w nocnym boju podczas dowodzenia swym batalionem, w okolicy Mostów Wólczańskich. Jego Strzelcy też przecież dzisiaj już nie żyją. Czy wtedy, po bitwie, mówili coś na temat ukazania się Matki Boskiej? – O niczym takim nie słyszałem. Nikt, ani dzisiaj, ani przed laty, nie potrafił mi powiedzieć czegokolwiek o ukazaniu się Matki Boskiej, ponad to, że jakoby się pojawiła.

O reflektorach przeciwlotniczych nie wiedzieli nic nawet zawodowcy. Ale poszperałem i dowiedziałem się, że reflektory przeciwlotnicze wtedy w Warszawie były! Na początku lipca 1920 roku właśnie w Warszawie utworzono, w oparciu o sprzęt instruktorów francuskich, Dywizjon Szkolny Artylerii Zenitowej, jak wtedy określano artylerię przeciwlotniczą. Czyli reflektory, nieodłączny atrybut oddziałów przeciwlotniczych, w Warszawie były, ale czy wykorzystano któryś z nich do wyświetlania obrazu Matki Boskiej? Zdawałem sobie sprawę z tego, że na moje pytania nigdy nie doczekam się odpowiedzi i byłoby tak może, gdybym trochę przypadkiem nie obejrzał niedawno obrazu Jerzego Kossaka, nazwanego „Cud nad Wisłą”. Obraz powstał w roku 1930. Przedstawia zwartych ze sobą w śmiertelnym boju wręcz, Polaków i Rosjan. Na niebie Matka Boska i polska husaria. – Ale zaraz!!

Co tu robi reflektor przeciwlotniczy??!!

Ponad wszelką wątpliwość, z daleka, jakby zza wody, zza Wisły, z Warszawy, bije w niebo smuga światła wojskowego reflektora, a na niej Matka Boska i husaria…

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 9 (61), 15 maja 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X