Życie studenckie było wypełnione emocjami po brzegi. Magia młodości polega przecież na tym, że jest się zakochanym we wszystkim i we wszystkich. Mnóstwo szalonych pomysłów, zwariowanych imprez, nieprzespanych nocy przed egzaminami.
Śpiewało się z Brathankami, no i oczywiście przeżywało pierwsze uniesienia miłosne rodem z powieści Sienkiewicza. Chyba każda panna choć raz patrząc na swego ukochanego, nuciła pod nosem „Mój sokole!”, tylko sokoły się zmieniały, a każdy był „ten jedyny”. Były szczere łzy żalu za tym, co było zaledwie „przeszłego roku” – dusza wtórowała „Miłości” Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Nie raz chciał się człowiek zerwać i „wsiąść do pociągu byle jakiego”, by uciec tam, gdzie góry, swoboda , „szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa, a wesoła kołomyjka do tańca porywa”. Każdy wiek ma swoje zalety i miała rację Szymborska, gdy pisała „nic dwa razy się nie zdarza”. Najlepiej więc żyć pełnią serca, cenić każdą chwilę, niczego nie żałować i wreszcie „pokazać, na co cię stać”.
Kierownik Katedry Filologii Polskiej dr Ałła Krawczuk dziękowała studentom za pomysłowość, energię i chęć dzielenia się swym talentem z innymi. A że zbliżał się św. Mikołaj, to nie ominął też z prezentami młodych artystów. Wspólnie z dr. Jerzym Kowalewskim pani Ałła wręczyła każdemu na pamiątkę książkę.

Zanim się odbyło… czyli spojrzenie od kuchni
Imprezę przygotowali studenci czwartego roku polonistyki, którym od dawna marzyło się zorganizowanie czegoś podobnego. W rozmowie z Kurierem zwierzali się, że było im dość ciężko wykombinować czas na próby: koledzy mieli zajęcia w różnym czasie, a oni akurat odbywali praktyki pedagogiczne w szkole. Ale jak się człowiek uprze, to góry przesunie. Przygotowania trwały niepełne dwa tygodnie i młodzież była bardzo zadowolona z oklasków, które spłynęły na nią z widowni. „Polska jest naszym najbliższym sąsiadem i uważam, że powinniśmy corocznie organizować takie koncerty” – wyjaśnia jedna ze studentek.
