Chwile radości w polskiej grupie przedszkolnej Fot. Krzysztof Szymański

Chwile radości w polskiej grupie przedszkolnej

Roześmiane buzie, radosne oczęta i lwowska piosenka – tak swoją wdzięczność wyraziły dzieci z polskiej grupy przedszkola przy ul. Metrologicznej.

Dzieci wdzięczne były ludziom z wielkim sercem, a przede wszystkim krewnym znanego lwowskiego architekta, państwu Agacie i Sławomirowi Zachariewiczom z Krakowa, za uzupełnienie ich placu zabaw w nową karuzelę, zjeżdżalnię i ławki.

Wychowawczyni grupy, Jolanta Szymańska, już od rana przygotowywała dzieci na to spotkanie. Dzieci niecierpliwiły się i chciały jak najprędzej wyjść na dwór, aby skorzystać z nowych sprzętów. Naturalnie od razu okupowały karuzelę i wszystkie chciały się kręcić. Od dziś jest to ich ulubione zajęcie na spacerze. Akurat, podczas spaceru do grupy przyjechali państwo Zachariewiczowie w towarzystwie Krystyny Kuryluk – prywatnie babci jednej z dziewczynek.

Przy końcu ul. Metrologicznej (dawn. Pieszej) swoją rezydencję wybudował Julian Oktawian Zachariewicz. Willa nosiła dźwięczną nazwę „Julietka”. Naturalnie po wojnie rodzina opuściła swój dom, a w zabudowaniach przez pewien okres mieściło się przedszkole. Gdy na terenie ogrodu przylegającego do willi wybudowano nowe przedszkole, zabudowania willi przejęły inne struktury, a stare budynki zostały odcięte płotem. To właśnie w tym przedszkolu mieści się obecnie polska grupa, a na terenie ogrodów swoje place zabaw mają poszczególne grupy. Te place wyposażone są tradycyjnie i w stosunku do wieku dzieci: piaskownice, zjeżdżalnie, ławeczki. Tylko, że te sprzęty pamiętają jeszcze czasy radzieckie. Wprawdzie są naprawiane, malowane – w miarę możliwości utrzymywane przez dyrekcje przedszkola.

Pan Sławomir po raz pierwszy odwiedził Lwów, miasto, gdzie tak wiele przypomina działalność jego pradziadka, przed dwoma laty. Udało mu się trafić do rodzinnego domu. Przez płot widział dzieci bawiące się w dawnym ogrodzie, ale nie zwrócił na nie szczególnej uwagi.

Oddajmy mu głos, aby opowiedział jak się stało, że zorganizował akcję wspomożenia polskiej grupy właśnie w tym przedszkolu.

– Pani Krystyna, z którą mam kontakt na FB jest absolwentką Politechniki Lwowskiej. Kiedyś zapytała mnie, czy jestem z „tych Zachariewiczów”. Jestem w prostej linii potomkiem Juliana Oktawiana Zachariewicza, autora gmachu głównego Lwowskiej Politechniki i jej pierwszego rektora. Teren przedszkola graniczy dziś z tą perełką architektury secesyjnej, którą pradziadek wybudował dla swojej żony – obecne przedszkole leży na dawnych ogrodach rodzinnej willi. Z naszej korespondencji wynikło, że dzieci odczuwają brak odpowiednich sprzętów na swoim placu zabaw. Był wprawdzie jakiś sponsor, ale się wycofał. Opowiedziałem o tym w domu i moja 14-letnia córka zrobiła w Internecie akcję zbiórki na rzecz dzieci i szybko to się rozeszło po portalach kresowych. Właściwie w ciągu kilku tygodni, wraz z klientami firmy, w której pracuję, uzbieraliśmy odpowiednia kwotę, za którą można było zakupić te sprzęty. Tu na miejscu całą sprawą zajęła się pani Krystyna i na placu zabaw dla dzieci z polskiej grupy zamontowano karuzelę, zjeżdżalnie i ławki. Zebranych pieniążków starczyło jeszcze na upominki, które dziś przywieźliśmy dzieciom.

Pan, jako pierwszy członek rodziny przyjechał po wojnie do Lwowa.
Tak. Mój tata, który urodził się w tej willi w 1937 roku, nie chciał wracać tu. Takie decyzje podejmowało wielu Lwowiaków – Stanisław Lem, na przykład. Herbem naszej rodziny jest „Lwigród” i z tym miastem byliśmy od zawsze związani.

Już po śmierci mojego taty postanowiłem dowiedzieć się więcej o naszej rodzinie, o jej historii i koligacjach rodzinnych. Nurtowało mnie pytanie, kim jesteśmy i skąd wzięliśmy się w Krakowie. Te rzeczy stały się teraz moim hobby. Do dziś dnia nie ma naukowej literatury o działalności mojego pradziadka. Zbieram wszelkie informacje na ten temat gdzie się tylko da. Niestety okres sowiecki starał się wymazać Lwów ze świadomości Polaków.

Przyjechałem tu w 2014 roku i w towarzystwie przewodniczki Katarzyny Łozy odwiedziłem swój rodzinny dom. Pozostały tam pewne meble, są stare schody, po których chodzili moi dziadkowie. Wtedy dowiedziałem się, że nasz budynek był kiedyś przedszkolem. O tym, że jest tu polska grupa, dowiedziałem się od pani Krystyny może przed miesiącem. Wywiązała się spontaniczna akcja, finał której mamy dziś. Wdzięczny jestem wszystkim, kto odezwał się na nasz apel i przekazywał na ten cel pieniądze.

Czy planuje pan kontynuację tej akcji?
Z historii mojej rodziny wynika, że moim krewnym był hrabia Szwantowski. Był on inicjatorem akcji budowy szkół polskich na Kresach. Założył nawet w tym celu fundację i jako anonimowa osoba zasilił ją pokaźną sumą. Pewne sumy na rzecz tej fundacji przekazywał nawet Henryk Sienkiewicz. Ta akcja była bardzo popularna i udało się zebrać olbrzymie pieniądze. Dopiero po śmierci założyciela ujawniono jego nazwisko. Teraz się zastanawiam, czy nie kontynuować działalności mojego krewnego i jego wzorem nie wspierać polskie placówki szkolne nie tylko we Lwowie, ale na całych Kresach. Nie chcę rzucać słów na wiatr, ale jest to dobry temat i wart kontynuacji po tych stu z górą latach działalności fundacji „Daru grunwaldzkiego” – jak ta fundacja się nazywała.

Dziękuję za rozmowę i życzę pomyślnej realizacji tych planów.

Po intensywnym spacerze dzieci przeszły do swojej sali i tu czekały na nich kolejne niespodzianki: miękkie przytulanki, słodycze, bloki rysunkowe, farby, kredki i wiele wspaniałych rzeczy, dzięki którym ich pobyt w przedszkolu będzie jeszcze bardziej atrakcyjny i na pewno będą ten czas mile wspominać – dzięki ludziom z dobrym sercem.

Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 9 (253) 17–30 maja 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X