Boże Narodzenie w dawnym „słodkim” Lwowie Witryna cukierni L. Zalewskiego przy ul. Akademickiej 10 (zbiory Wł. Zalewski)

Boże Narodzenie w dawnym „słodkim” Lwowie

Rozmowa piąta Anny Gordijewskiej z Anną Kozłowską-Ryś, historykiem sztuki, filologiem, tłumaczem, autorką książki „Lwów na słodko i… półwytrawnie”.

Niewątpliwie lwowscy cukiernicy przygotowywali się specjalnie do Świąt Bożego Narodzenia? Może porozmawiamy tym razem o tym, jak i czym starali się zadowolić i zaskoczyć swoją klientelę.
Okres przedświąteczny to był czas wielkiej mobilizacji w każdej pracowni cukierniczej. Wymyślano też sposoby, jak najskuteczniej przekonać klientów do swoich wyrobów, konkurencja była przecież spora. Gazety zapełniały się reklamami cukierni, a że Lwów był prawdziwym „słodkim Eldorado”, to reklam było co nie miara.

Im bliżej Świąt, tym ruch w cukierniach się nasilał. Sprzedaż prowadzono również w dniu Wigilii. U Ludwika Zalewskiego pracowano w tym dniu aż do wieczora. Wiemy z jego korespondencji, że na przykład w wigilijną sobotę 1921 roku cukiernię zamknięto dopiero kwadrans na siódmą, czyli o 18.15 (!), a klientów wcale nie brakowało, wręcz przeciwnie – akurat tego dnia obroty były największe, sprzedano co do ostatniego wszystkie torty, strucle i czekoladki.

Świąteczna dekoracja cukierni Zalewskich (fot. ze zbiorów Wł. Zalewskiego)

W wielu cukierniach kupić można było mielony mak oraz gotową masę orzechową i migdałową, z których to potem panie domów robiły własne wypieki. W wieku XIX, wieku fascynacji maszyną i mechanizacją cukiernicy zachwalali swój wyrób wskazując w reklamach na używane przez nich nowoczesne metody – stosowane młyny parowe a potem elektryczne. W okresie międzywojennym z kolei podkreślano użycie wyłącznie naturalnych składników do swoich wypieków i sprzedawanych półproduktów cukierniczych.

Jednakże kto chciał, ten przecież mógł zamówić już gotowe ciasta czy torty?
Było w czym wybierać! Władysław Podhalicz w cukierni przy ul. Rutowskiego 4 oferował w latach 30. XX w. za 25 złotych paczkę złożoną aż z siedmiu sztuk różnych ciast: tortu ponczowego, tortu Sachera z kremem, sernika, przekładańca, piszingera, nugatu i strucli. Można też było u niego zamówić makagigowe ciasta z miodem i orzechami. Makagigi były popularnym słodkim przysmakiem, uważano je za „przysmak szkolny”, bo uczniowie zwłaszcza klas młodszych chętnie kupowali je za grosze. Nic więc dziwnego, że skoro smak był lubiany, to powstał pomysł sporządzenia i ciasta makagigowego.

Strucle z jabłkowym nadzieniem były ponoć najsmaczniejsze we Lwowie u p. Michotka przy Rynku. Kupowało się je na wynos, albo zjadało na miejscu w cukierence „Słodki Kącik”. I to często na ciepło. A zrobienie porządnego ciasta na struclę było nie lada umiejętnością, bo ciasto powinno być cieniutkie jak bibułka, wpół przeźroczyste. Niejedna gospodyni o tym wie. Jabłka zaś do środka – podpiekane najpierw osobno w plastrach.

Marcepanowa ryba z pracowni L. Zalewskiego (fot. H. Zalewska)

Nie mogło też zabraknąć cwibaków, pachnących i pełnych bakalii! Tu cukiernicy puszczali nieco wodze swojej fantazji i nie poprzestawali jedynie na rodzynkach, słodkich migdałach i cykacie, czyli smażonej skórce pomarańczowej i cytrynowej. Dodawano też smażone skórki melonów lub arbuzów, pokrojone figi suszone i suszone morele… Istotne były tu właściwe proporcje, by bakalii było nie za dużo i nie za mało. Zgodnie ze starymi recepturami, doświadczony cukiernik brał tyle cukru i tyle mąki, ile ważyła określona liczba jaj, zaś bakalii połowę wagi tychże jaj. Wiadomo przecież, że jajko jajku nierówne, raz większe, raz mniejsze i każde ma swoją wagę. Cwibaki miał też w swojej ofercie słynny Ludwik Zalewski, ale że wszystko u niego musiało być nietuzinkowe, to nazwano je „chlebem indyjskim”.

A jak wyglądały słodkie tłuczeńce?
Wyrabiał je i sprzedawał we Lwowie na przełomie XIX i XX w. między innymi Zygmunt Litwiński, przewodniczący lwowskiego Stowarzyszenia Cukierników i Piernikarzy. Tłuczeńce były przysmakiem sporządzonym z migdałów, skórki pomarańczowej, z wonnymi przyprawami korzennymi, takimi jak cynamon, imbir i goździki, smażonymi w miodzie z dodatkiem pokruszonego placka upieczonego z mąki żytniej… a wszystko to zamknięte potem w delikatnym opłatku niczym nugat.

Cóż to za Święta bożonarodzeniowe bez piernika!
Pierniki pieczono na prawdziwym miodzie, przy czym używano miodu „hreczanego”, czyli gryczanego, ciemnego, bo inne uważano za zbyt mdłe do tego typu ciasta. Oczywiście, to były pierniki luksusowe, gdyż wypiekano pierniki i na słodzie kartoflanym. Nie traktowano tego jako fałszerstwo. Słód kartoflany znany był i stosowany powszechnie od XIX w. Cukiernicy używali go do wyrobu cukierków, a mąkę ziemniaczaną do wyrobu figurek i ozdób. Ale na przykład Bolesław Kostecki, prowadzący pod koniec XIX w. cukiernię przy ul. Wałowej 1, chwalił się, że jego pierniki robione są „nie na tzw. szumie lecz na najczystszym miodzie”, są „czyste i zdrowe” a on nie sprzedaje ich nigdy w jakiś „budach jarmarcznych”. Co to „szum”, mógłby ktoś zapytać. Otóż, nieznający się na jakości miodu niejednokrotnie żądali miodu w postaci płynnej. Pszczelarze więc odwirowywali miód za rzadki i mając nań zbyt, sprzedawali, oczywiście po cenach nieco niższych. Miód taki wlany do naczyń wyglądał „jak kiepskie piwo, gdyż na wierzchu osadza się szum. „Nie wiadomo, czy to jest naprawdę miód, chociaż ciecz ta reklamowana jest jako miód np. majowy” – wyjaśniano w przedwojennym czasopiśmie „Bartnik postępowy”, wydawanym we Lwowie. Niektórzy uważali nawet, że zbyt wczesne odwirowywanie miodu jest takim samym fałszerstwem, jak dodawanie do niego wody – a i to się przecież zdarzało.

Dyplom czeladniczy Władysława Zalewskiego wydany przez Stowarzyszenie Przemysłowe Cukierników i Piernikarzy we Lwowie (zbiory Wł. Zalewskiego)

Piernikarzy nie brakowało z dawien dawna we Lwowie.
Jedną ze starszych rodzin piernikarzy byli Zimmerowie, inni z kolei to Lewiccy. Z czasem pierniki sprzedawano w każdej cukierni, jednak ich przygotowywaniem zajmował się wyspecjalizowany w tym względzie mistrz, zaś zdobieniem już czeladnicy i uczniowie. Pamiętać bowiem należy, że piernikarz – zwany niekiedy dawniej „kichlarzem” od „Pfefferküchler”, „piekarz pieprznych placków” – i cukiernik to wbrew pozorom dwa różne zawody, o odrębnym statucie, tak jak to było w wielu starych cechach, w tym też lwowskim.

W okresie świąt Bożego Narodzenia pojawiały się pierniki „ubierane” ― do ozdabiania stołu i na drzewka bożonarodzeniowe. Wszystkie się mieniły kolorami, wszystkie były wyzłocone. Szczególnie pięknie musiały wyglądać podczas grudniowych targów pod św. Jurem, o czym z zachwytem wspominała Maryla Wolska.

Niemałą sensację, zwłaszcza wśród dzieciaków, wzbudził kiedyś olbrzymi piernikowy św. Mikołaj, wykonany przez cukiernika Józefa Zimmera na zamówienie do Wenecji, a wystawiony na pokaz w witrynie jego cukierni przy ul. Akademickiej. Zresztą pierniki i pierniczki pana Zimmera były tak doceniane, że sprzedawano je nie tylko w jego cukierni ale i w innych punktach w mieście. Sławne nie tylko we Lwowie, ale i daleko poza nim były również pierniki Mikołaja Lewickiego. Lewicki jako jeden tylko z dwóch piernikarzy z Galicji prezentował swoje wyroby w Monachium podczas Wystawy Przemysłowej w 1854 r., gdzie jego pierniki uhonorowane zostały medalem „wegen ihrer Schönheit und Güte”, tj. „za ich urodę i dobry smak”. A podczas Wystawy Rolniczo-Przemysłowej w Rzeszowie dech zwiedzającym zapierał jego piernikowy korowaj ważący blisko dwa centnary! A trzeba wiedzieć, że centnar lwowski to było niemal 52 kg!

Cukiernicy oferowali też pierniki przekładane masą orzechową lub marcepanem, marmoladą lub kremem kawowym.

Nie tylko jednak pierniki królowały na lwowskim stole, obok nich znajdowały się też miodowniki, przez niektórych nazywane „piernikami zwyczajnymi” – równie pachnące miodem, lecz pieczone z mniejszą ilością ostrych przypraw korzennych, więc mniej „pierne”, do tego pulchniejsze, bo na drożdżach. A z przypraw używano do miodowników tylko utłuczonego ziela angielskiego i goździków. Dodawano też nieco bakalii – przede wszystkim drobniutko pokrojonych orzechów włoskich, a czasem i garść rodzynek. Przed I wojną światową prym wśród miodowników wiodły we Lwowie te oferowane przez wspomnianego już Zygmunta Litwińskiego.

Reklama prasowa cukierni Fr. Staffa z 1887 r.

Jak wyglądały witryny cukierni przed świętami?
Najbardziej kusząco wyglądały witryny cukierni, przed którymi ustawiał się zawsze tłumek ciekawskich. Bowiem jak pisał Janek Zahradnik: „Zanim się jeszcze rozpoczęły Święta,/ Kupiec już o nich nabożnie pamięta./ Całą kupiecką rozwinął potencję/ I teraz czeka tylko na frekwencję”.

Reklama prasowa cukierni Fr. Staffa z 1893 r.

Gdy patrzę na jedną z zachowanych przedwojennych fotografii przepięknej witryny cukierni Ludwika Zalewskiego przy ul. Akademickiej 10 ze świąteczną dekoracją projektu Janiny Petry-Przybylskiej, nieodmiennie przypomina mi się wiersz trochę już zapomnianego lwowskiego poety Ludwika Marii Staffa – syna cukiernika Franciszka:

„Bądź pochwalona w żłobie złożona Dziecino.
Twój strażnik – Józef święty, Twoja Matka – Panna.
Aniołków pulchnych stadko nad Twoją głowiną
I wnukiem ucieszona babka, święta Anna. (…)
Wiem, że za wodzem-gwiazdą po roku pochodu,
W barwnym, pysznym orszaku swych przybocznych drużyn,
Przyjdą złożyć Ci pokłon Magowie ze Wschodu:
Dwaj Królowie pięknie biali i trzeci – Król-murzyn.
Bardzo drogie podarki przyniosą ze sobą,
Lecz Cię nie uradują ich cenne puzderka
Tyle, co król Etiopii swą śmieszną osobą
I jego dar naiwny: ułomek lusterka. (…)”

Petry-Przybylska wyczarowała krainę świąteczną i bajkową zarazem. Żal tylko, że nie możemy jej podziwiać teraz w kolorze. Każdy w orszaku spieszącym oddać pokłon Dzieciątku niósł na tacy inny dar – jakieś słodkości od Zalewskich, każdy w innym opakowaniu – a to w bombonierze w kształcie wielkiego jabłka, a to ozdobnej metalowej puszcze, lub koszyczku sklejonym z kolorowych cukierków. W orszaku tym znalazł się i gość z Dalekiego Wschodu dzierżący w rękach tacę z miniaturowymi kuflami z pienistym napojem – lwowskim piwem, ale i one wykonane były z żelatyny, cukru i marcepanu. Także wielkiemu aniołowi kazała Petry-Przybylska nieść sporych rozmiarów bombonierę, tak jak i każdemu pasterzowi i pasterce. Kto chciał, ten mógł u siebie w domu stworzyć podobny nastrój, ponieważ Przybylska, o czym mało kto wie, projektowała również ozdoby świąteczne, w których powtarzała te same motywy. Można więc było posługując się gotowymi szablonami z pokolorowanego kartonu wykonać do zawieszenia na drzewko figurki z orszaku Trzech Króli.

Reklama prasowa firmy „Jan Höflinger” z 1911 r.

A inne sklepy?
Tak, również restauratorzy i właściciele sklepów kolonialnych wymyślali najróżniejsze „scenografie”, by ściągnąć uwagę przyszłych klientów. W latach dwudziestych zdarzył się z tego powodu dość zabawny incydent. Otóż, właścicielka takiego sklepu korzennego i małej restauracji przy ul. Jagiellońskiej 11 Róża Fliesserowa urządziła przed świętami Bożego Narodzenia w witrynie swojego sklepu rodzaj szopki czy też stajenki, w której ustawiono na tacach gęś pieczoną, różne ciasta, obok flaszkę z jakimś trunkiem oraz figurkę psa trzymającego w zębach koszyk ze specjałami. Szybko przed sklepem zebrał się tłumek, ponoć nawet liczący 100 osób i tarasujący ulicę. W tłumie tym znalazł się jakiś policjant, zdaniem którego zebrani poczuli się urażeni w swych uczuciach religijnych i niemal zabierali się do wybicia szyby, wezwał więc innych stróżów prawa i rozgonił gapowiczów a kierownikowi restauracji pani Róży, Ludwikowi Schafferowi, nakazano usunięcie dekoracji z witryny.

Reklama prasowa Zygmunta Litwińskiego z 1906 r.

A jakże bez marcepanów?
Tak, marcepany królowały wszędzie. Najczęściej sporządzano z nich ryby, ułożone dekoracyjnie na półmiskach. Często stanowiły one centrum wystawowej dekoracji – tak jak pewnego roku w cukierni Aleksandra Bienieckiego na rogu ulic Karola Ludwika i Sykstuskiej – gdzie obok marcepanowych ryb poustawiano cukrowe worki z czekoladowymi talarami. Pudełka prezentowe z łakociami firmy „L. Zalewski” wypełnione zaś były marcepanowo-czekoladowymi cudeńkami – a to raki „pieczone”, marcepanowe wielkie orzechy owinięte złotą folią, dzwoneczek marcepanowy, zegarek w „złotej” kopercie, jakieś figurki i nieodłączny kufelek „piwa”.

Reklama prasowa Henryka Tretera z 1904 r.

Czy obok marcepanów i tortów marcepanowych używano niemal równie jadalnych kasztanów?
Gorące, pieczone kasztany, inaczej – marony oferowali na placu Halickim i Krakowskim Bojkowie. Piekli je na ulicy na blaszanych niewielkich piecykach, a do kupna zachęcali głośno nawołując: „Gorące marony, świeże, pieczone!”. W słynnej książce kulinarnej Monatowej znajdujemy również wśród przepisów na potrawy wigilijne i świąteczne kasztany, np. krem śmietankowy z kasztanami, jarmuż z kasztanami, indyk nadziewany kasztanami, albo samo puree z kasztanów jako dodatek. W cukierniach pieczono zaś albo torty, albo strudle z masą kasztanową.

Wiadomo, że zwłaszcza przed świętami wszystkie te łakocie musiały otrzymać odpowiednią oprawę, atrakcyjne opakowanie…
Tak, święta to nie tylko określony smak i zapach. Wbrew temu, co się myśli, a niektórzy nawet piszą, cukiernicy nie robili sami opakowań na swoje wyroby. Wszelkie ozdobne kartoniki firmowe, papier opakowaniowy czy bomboniery obciągane niejednokrotnie tkaniną jedwabną były zamawiane, często z nadrukami i wzorami wg indywidualnie przygotowywanych dla nich projektów. Słodycze pakowane bywały też w bomboniery porcelanowe i fajansowe oraz szklane, najczęściej sprowadzane z Wiednia czy Drezna lub z Czech, m.in. ze słynnej huty szkła Johann Lötz Witwe w Klostermühle (Klášterský Mlýn).

Reklama prasowa firmy „Jan Höflinger”

Istniały wyspecjalizowane firmy oferujące cukiernikom takie opakowania, np. działająca jeszcze przed I wojną światową firma Anny Krause przy ul. Murarskiej. W latach siedemdziesiątych XIX w. Ferdynand Gross, właściciel cukierni i fabryki czekolady przy ul. Hetmańskiej 6, a potem ul. Akademickiej 10 wspierając przemysł krajowy zaopatrywał się w opakowania u lwowskiego introligatora p. Karola Kossowskiego. W okresie międzywojennym wiadomo, że Ludwik Zalewski zamawiał je nie tylko zagranicą ale i w Zakładach Graficznych Straszewiczów w Warszawie.

Czekolady też pewnie nie mogło zabraknąć i to nie tylko w postaci ozdób na drzewko. Jaka najbardziej znana była fabryka czekolady?
Oczywiście. Kupowano je np. w sklepach firmowych fabryki cukrów i czekolad „Jan Höflinger”. Fabryka przed świętami bożonarodzeniowymi reklamowała się wierszykiem, który pozwolę sobie przytoczyć w większym fragmencie:

„Aż w tem brzmi anielski chorał:
– wszak jedyny tutaj morał.
Żebyś Jezuniu kochany,
gdy będziesz na świat zesłany
dla radości ziemskich dzieci,
nie zmylił dróg wśród zamieci,
lecz po mlecznej drodze na dół
lecąc na ten ziemski padół,
trafił wprost do tej fabryki,
gdzie tak świetne smakołyki,
tak ozdobne czekoladki
i cukierki i pomadki,
aż aniołka chętka zbiera…
To fabryka Höflingera,
co z wyrobów swoich słynie
w całej lechickiej krainie.
Tam się skieruj Boże Dziecię po najlepsze dary w świecie,
a kraina polska cała
będzie chwałę Ci śpiewała! (…)”.

A do tego do sprzedawanych przed świętami wyrobów dodawano u Höflingera książeczkę z przepisami na ciasta – oczywiście wszystkie przepisy oparte były na czekoladzie marki „Jan Höflinger”.

A zna Pani jakieś przepisy dawnych lwowskich cukierników?
Znam i z przyjemnością mogę się paroma podzielić. Przede wszystkim miodownik Litwińskiego, bo jakże by go miało zabraknąć na świątecznym stole? I coś może z wytwornych ciast Ludwika Zalewskiego? Z pracowni Zalewskiego słynne były przede wszystkim marcepany, więc z jego „receptariusza” polecę dwa torty: migdałowy, a właściwie marcepanowy i oblany czekoladą tzw. Sacher. Tort „Sacher” Zalewskiego różnił się od klasycznego wiedeńskiego tym, że do przełożenia nie używał on konfitury morelowej lecz… oczywiście masy marcepanowej. A dla uwielbiających czekoladę – coś z przepisów znanej lwowskiej fabryki cukrów i czekolad „Jan Höflinger”.

Przepis na miodownik Z. Litwińskiego
15 g drożdży, 1 jajko, 50 g masła, 120 g miodu płynnego, 100 g cukru, 250 g mąki pszennej, 1/2 łyżeczki sody, 2-3 pieprze angielskie utłuczone bądź zmielone, 3 goździki utłuczone bądź zmielone, 2-3 łyżki pokrojonych orzechów włoskich.

Utrzeć masło z jajkiem i pokruszonymi drożdżami, dodając stopniowo cukier. Do utartej na pulchno masy wlewać miód nadal ucierając. Następnie wmieszać przesianą mąkę zmieszaną z sodą. Na koniec dodać drobno pokrojone i oprószone mąką orzechy. Piec w małej wąskiej foremce, w temperaturze 1800 C przez ok. 45 min.

Przepis na tort migdałowy z cukierni L. Zalewskiego (zbiory Wł. Zalewski)

Przepisy z cukierni Ludwika Zalewskiego
Tort migdałowy (marcepanowy) Ludwika Zalewskiego
240 g masła, 200 g mączki czyli cukru pudru, 240 g orzechów tureckich czyli orzechów laskowych, 40 g migdałów gorzkich, 50 g mąki pszennej, 15 żółtek, 9 białek, 1 cytryna, 1 laska wanilii.

Do przełożenia tortu: 200 g migdałów słodkich, 300 g cukru, 60 g rumu, 200 g pomady.

Masło należy utrzeć do białości wraz z cukrem pudrem, dodając stopniowo żółtka. Wmieszać zmielone orzechy i gorzkie migdały, mąkę, startą wanilię. Dodać sok z cytryny i na koniec delikatnie wmieszać pianę ubitą z białek. Piec w tortownicy w temp. 1800 C. Po upieczeniu przekroić na pół. Słodkie zmielone migdały rozetrzeć z cukrem dodając rum. Rozciągnąć na dolnej części tortu masę migdałową i przyłożyć górną częścią tortu. Tort oblać pomadą czekoladową. Udekorować wg uznania.

Tort Sacher Ludwika Zalewskiego
9 jaj, 160 g cukru, 120 g masła, 190 g mąki pszennej, 40 g kakao w proszku, 30 g czekolady w bloku.

Przełożenie: 180 g migdałów słodkich, 20 g migdałów gorzkich, 300 g cukru, 200 g cukru na syrop, 150 g czekolady do polukrowania, 60 g rumu.

Utrzeć masło z cukrem dodając stopniowo jaja. Dodać kakao w proszku, startą czekoladę i dalej mieszając mąkę. Piec w temp. 1800 C. Z podanych składników utrzeć masę migdałową. Ciasto po upieczeniu przekroić na pół lub na trzy części. Przełożyć masą migdałową a na koniec oblać polewą czekoladową.

Tort Sacher, nowoczesny, Höflingera
120 g czekolady Höflingera, 70 g masła deserowego, 60 g migdałów rumienionych, 60 g bułki tartej, 150 g cukru miałkiego, 6 jaj.

Jaja całe ubić z cukrem w kociołku na parze, aż do zupełnej gęstości i białości. Do tego dodać rumienione i zmielone migdały, bułkę tartą z delikatnej bułki, drobno usiekaną skórkę pomarańczową, skórkę cytrynową do smaku, a na koniec dodać czekoladę rozgrzaną z masłem. Wymieszać ostrożnie, wlać do tortownicy masłem wysmarowanej i piec w niezbyt gorącym piecu. Po wychłodzeniu przeciąć i przełożyć kremem i pomadkować.

No i tu konieczna jest uwaga, co to jest „pomadkować”. Otóż, pomadkę wykonywano z czekolady i cukru rozpuszczonych w gorącej słodkiej śmietance, lub rzadziej w mleku. Podczas gotowania masę należało nieustannie mieszać, by się nie przypaliła. Gdy masa odpowiednio zgęstniała, oblewało się nią tort i odstawiało go do chłodu, by stężał.

Kartka z notatnika K. Sochackiego – przepis na tort piernikowy (zbiory A. Kozłowska-Ryś)

Pani Anno, te opisy dawnego „słodkiego” Lwowa pobudzają naszą wyobraźnię i są bajkowe. Ale nastały też czasy trudne, kiedy, jak mówiono we Lwowie, przestały „kwitnąć moreli na Cytadeli”.
Chciałabym przypomnieć „przepis” na lwowski „tani tort”, choć nie pochodzi od żadnego z lwowskich mistrzów cukiernictwa. Tak po prawdzie, nie jest to ani przepis, ani wypiek tani, ale sami Państwo posłuchajcie, gdyż jest to świadectwo i czasów nielekkich, i lwowskiego humoru.

„30 dkg suchego chleba utrzeć z 5 gotowanymi kartoflami i szklanką tartej marchwi, dodać sacharynę do smaku i wypiec. Przed podaniem skropić herbatolem” – mama doczytała do końca. Jadalnię wypełniła uduchowiona cisza. W końcu ojciec przełknął ślinę i powiedział odważnie: „To może być nawet całkiem dobre…” – Naturalnie! Cieszcie się, dzieci! Będzie tort na święta – entuzjazmowała się drżącym altem ciocia. Tylko babcia usiłowała powiedzieć coś niepedagogicznego, bo zaczęła: – Za moich czasów… Ale mama stłumiła bunt w zarodku: – „Żadnych świąt nie sprawiamy. Najwyżej barszcz z uszkami i pierogi, no i tych parę gołąbków w sosie grzybowym, ryba z sałatą i kutia. Więc przynajmniej chciałam ten tort… Wypróbowany przepis, jeszcze z tamtej wojny”. Nasza pomoc domowa, Nastusia, zaopatrzona w surowiec i słowa objaśnienia zaczęła wstępne zabiegi, lecz jej kulinarna dusza rychło zaczęła wierzgać. – Każda rzecz potrzebuje swego. Niech wielmożna pani da jaj i mąki. – Do tego przepisu nie trzeba – spokojnie wyjaśniła mama. – Zresztą musimy oszczędzać, wojna jest. – Mnie to nie obchodzi. Ja służę u państwa i z nikim się nie biję – ponuro zauważyła służąca i wyszła. Mama musiała przejąć pałeczkę, a gdy już masa była gotowa w donicy, ktoś zadzwonił do drzwi. Mama wyszła z kuchni. Wtem – plusk, plusk. To babcia chyłkiem podrzuciła do donicy 3 jajka i uciekła niezauważona przez nikogo. Po chwili, rozglądając się w lewo i w prawo, wychynęła ze swojego pokoju ciocia i… wsypała do ubożuchnego tortu pół funta bieluchnej mąki i proszek Oetkera, po czym… znikła. Późniejsze śledztwo domowe nie zdołało wykazać, kto dodał cukru i masła. Faktem jest, że tatuś dolał rumu i gdy mama wróciła, siedział jakby nigdy nic, ucierając masę w donicy z zapałem. Wreszcie tort został upieczony. Ze względu na znikome koszta użytych produktów, rodzina przeforsowała, by bodaj trochę lukru na wierzch dać. Potem przyszli goście. Jedli tort trzęsąc wręcz uszami. Mama promieniała: „Tak, proszę państwa, kartofle, marchew, chleb. Co to znaczy staranna robota! Swoją drogą Teofil też ma zasługę, ucierał jak anioł!”. Najgorsze, że mamy już cztery zaproszenia na herbatkę z tanim torcikiem wedle przepisu z tamtej wojny…”.

Dziękuję za rozmowę i wzruszające wspomnienia.
Dziękuję również. A może ktoś z Państwa będzie miał chęć upiec coś słodkiego z dawnych przepisów, które podałam?

Życzę Państwu zdrowych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 23-24 (339-340), 20 grudnia – 16 stycznia 2019

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X