Atentat Ilustrowane gazety odtwarzały moment zabójstwa, zdjęcie ze źródeł internetowych

Atentat

Tym wyrazem dawniej określano „zamach na czyjeś życie dokonany na tle politycznym” – tak podaje Słownik Języka Polskiego PWN. Historia ta wydarzyła się we Lwowie na początku XX wieku. Warto jednak naszym Czytelnikom zapoznać się z tym, co poprzedzało wydarzenia, które niebawem miały rozegrać się na Pokuciu…

Namiestnik Galicji hr. Andrzej potocki, portret pędzla Kazimierza Pochwalskiego, ze źródeł internetowych

Cztery kule dla hrabiego

Dawniej urzędnicy państwowi byli bardziej dostępni niż dziś. Na przykład tacy jak namiestnik cesarza w Galicji hrabia Andrzej Potocki. Każdej niedzieli, nie bacząc na dzień wolny, przyjmował petentów w godzinach od 12 do 15. Audiencje odbywały się w gmachu namiestnictwa, gdzie dziś mieści się urząd obwodowy. Każdy z mieszkańców Kraju mógł zapisać się na wizytę i przedstawić swoją sprawę osobiście. Hrabia przyjmował każdego w swoim gabinecie w mundurze urzędnika państwowego z orderem Złotego Runa na piersi.

Audiencja miała miejsce 12 kwietnia 1908 roku w Niedzielę Palmową i niczym nie różniła się od innych. W sekretariacie oczekiwali na swoją kolejkę petenci, pośród których był niewysoki młody blondyn. Osoby oczekujący dowiedziały się, że nazywa się Mirosław Siczyński, jest studentem Uniwersytetu Lwowskiego i ma zamiar prosić namiestnika o posadę suplenta – zastępcy nauczyciela.

Piętnaście po pierwszej student został zaproszony do gabinetu. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, wyciągnął browning niewielkiego kalibru i czterokrotnie wystrzelił do namiestnika, siedzącego za biurkiem. Pierwsza kula trafiła w czoło, druga przebiła głowę koło lewego ucha i zatrzymała się w czaszce, kolejne trafiły w ramię i palec lewej ręki.

Potocki był potężnym mężczyzną i świadomości nie stracił. „Kto to? Trzymaj go!” – zachrypiał do swoich sług, którzy wbiegli do gabinetu. Wybuchła panika, sekretarz nie wiedział co robić – pomagać hrabiemu leżącemu w kałuży własnej krwi czy łapać zamachowca. Siczyński nie czynił oporu, położył pistolet na podłodze i powiedział: „To za krzywdy naszego narodu, za wybory, za śmierć Kagańca!”. Niebawem przybył komisarz policji Bigun ze swymi ludźmi. Gdy Siczyńskiego wyprowadzano w kajdankach, potrząsł nimi nad głową i głośno krzyknął: „Za Kagańca – Potocki!”.

Namiestnik żył jeszcze jakiś czas. Rozumiejąc, że umiera, poprosił o księdza, swoich zastępców i żonę z dziećmi. Wydał ostatnie decyzje, wniósł zmiany do testamentu i podyktował telegram do cesarza: „Umieram na swoim stanowisku, jako wierny sługa Waszej Wysokości”. Po godzinie i czterdziestu pięciu minutach hrabia skonał. O godz. 16:00 na ratuszu i koło gmachu namiestnictwa wywieszono czarne flagi. Prawie od razu radykalna polska młodzież zaczęła bić szyby w ukraińskich instytucjach „Dnister”, „Proswita”, „Dom Akademicki”, „Hotel Narodowy” i w seminarium duchownym. Pogromy trwały kilka dni.

Ilustrowane gazety odtwarzały moment zabójstwa, zdjęcie ze źródeł internetowych

Po co było go mordować?

Co stało się przyczyną tego wydarzenia? Jest kilka wersji. Najbardziej popularną jest ta, że Potocki prowadził antyukraińską politykę, nienawidził Ukraińców i wydal nakaz sfałszowania wyborów na korzyść Polaków.

Inna wersja głosi, że Potocki padł ofiarą rozgrywek wewnątrz ukraińskich. Wówczas w Galicji istniały dwa wrogie wobec siebie polityczne nurty – ukrainofilów-narodowców, uważających się za odrębny naród (zresztą sprawiedliwie) i moskalofili – czujących się cząstką „jedynego i niepodzielnego” rosyjskiego narodu (obecnych „noworosów”). Władze austriackie tradycyjnie popierały ukrainofilów, bowiem ich oponentów finansowała Rosja, mająca widoki na Galicję. Jako wynik – narodowcy otrzymali większość miejsc w parlamencie.

Jednak przed wyborami do Sejmu Krajowego Potocki postanowił nie mieszać się w walkę wyborczą pomiędzy Ukraińcami i popierał polskich konserwatystów. W wyniku tej polityki moskalofile otrzymali prawie połowę miejsc pośród deputowanych Ukraińców. Prasa galicyjska od razu oskarżyła namiestnika o sfałszowanie wyników. Jeszcze przed wyborami w miejscowości Koropiec w powiecie buczackim miał miejsce przykry incydent. Podczas kontroli list wyborczych wybuchły zamieszki. Aby je ukrócić przyjechali żandarmi i podczas walki z nimi został zakłuty bagnetem chłop Marko Kaganiec, usiłujący odebrać karabin żandarmowi. Z tą śmiercią, rzecz jasna, namiestnik nie miał nic wspólnego.

Potocki był potomkiem założycieli Stanisławowa. Miał posiadłości o wartości 80 mln koron i w wieku 47 lat zrobił karkołomna karierę. Polski historyk Stanisław Rossowski w ten sposób charakteryzuje hrabiego: „Jako pierwszy wchodzi do gabinetu i dopiero późno w nocy opuszcza swoje stanowisko. Bogaty pan, ordynat, którego dochody mogą równać się z królewskimi, pracuje prawie bez wypoczynku i, co wywołuje jeszcze większe zdumienie – bez nadziei na awans”.

W polityce Potocki nie nadawał przewagi żadnej partii politycznej, czym zdobył sobie sympatie wielu stronnictw politycznych.

hr. Potocki na łożu śmierci. Przed śmiercią wydał ostatnie dyspozycje i podyktował telegram do cesarza, zdjęcie ze zbiorów Muzeum Fotografii w Krakowie

Istnieje jeszcze jedna wersja przyczyn zamachu na niego – niezwykle popularna wśród historyków. Według niej, chłopak miał problemy z psychiką. Urodził się w 1887 roku w wielodzietnej rodzinie kapłana greckokatolickiego. Był 11 dzieckiem w rodzinie. Przed nim troje dzieci urodziło się martwych. Trzech rodzonych braci popełniło samobójstwo, a potem i syn Mścisław poszedł w ich ślady. Przyznajmy, cztery samobójstwa w jednej rodzinie to wyraźny znak, że nie wszystko tam było w porządku.

Później Siczyński opowiadał, że przed zamachem przyśnił mu się jego brat-samobójca i namawiał do zamachu. Zachował się też list Mirosława, nadesłany z więzienia do Mychajła Hruszewskiego: „Pół roku po śmierci mego brata chciał zastrzelić się mój przyjaciel Mykoła Cegliński… Gdyby się pośpieszył, to po nim kolej przyszłaby na mnie, a może i dalej… Wówczas, gdy stałem już jedną nogą po tamtej stronie świata, przeczuwałem, że będę miał naśladowców i odnowiła się we mnie myśl o zabójstwie hr. Potockiego. Rozwijała się przez dwa lata, jak przedstawiłem na rozprawie, a ostatnią przyczyną była nie śmierć Kagańca, lecz groza śmierci mego przyjaciela i mojej…”.

Siczyński wspominał również, że do ostatniej chwili nie był pewien, czy wystrzeli: „Gdybym zobaczył osobę o sympatycznej twarzy, ojcowskiej twarzy, to mogło być jeszcze inaczej. A on spojrzał – twarz zła, czerwona. Typ polskiego szlachcica, mocno zbudowany, pewny siebie”.

Okazuje się, że gdyby Potocki miał „twarz prostszą”, to pozostałby przy życiu.

Student Mirosław Siczyński, zdjęcie ze źródeł internetowych

Ukarać nie można ułaskawić

Morderstwo hrabiego wywołało nie byle jaki rezonans w społeczeństwie. Część Ukraińców cieszyła się i śpiewała pieśń „Niech żyje nasz Siczyński, a Potocki niechaj zgnije”. Jednak większość mieszkańców Galicji potępiło zbrodnię. Metropolita Andrzej Szeptycki wydał odezwę: „Gdy z oburzeniem i odrazą osądzamy krwawy czyn jako chrześcijanie, to w szczególny sposób jako Rusini musimy wznieść jak najgłośniejszy protest przeciwko samemu wspomnieniu, że można świętej sprawie służyć z zakrwawionymi rękoma. Nie! Nie! O Boże – nie!”.

Oburzenie społeczeństwa wywołał również fakt z życiorysu mordercy. W swoim czasie Siczyńskiego wykluczono z gimnazjum przemyskiego za antyrządowe zamieszki. Jego matka zwróciła się wówczas do namiestnika Potockiego z prośbą o przebaczenie synowi i o możliwość ukończenia nauki. Hrabia pozwolił Mirosławowi Siczyńskiemu zdać maturę eksternistycznie, po czym młody człowiek wstąpił na Uniwersytet Lwowski. Tak on odwdzięczył się swemu dobroczyńcy.

30 czerwca 1908 roku lwowski sąd z 12 przysięgłych (wszyscy Polacy) skazał Siczyńskiego na karę śmierci przez powieszenie. Adwokat Kost’ Lewicki natychmiast podał apelację, za przyczynę podając psychiczny stan oskarżonego. Jednak lekarze wskazali na „wysoki poziom intelektu oskarżonego, jego dobroć i łagodność i głębokie odczucie ludzkiej niedoli i krzywdy, jego harmonię i ład w myślach i uczynkach”.

W kwietniu następnego roku wiedeński sąd kasacyjny pozostawił poprzedni wyrok bez zmian. Ostateczną decyzję o losie skazanego sąd przekazał cesarzowi. Wówczas Franciszek Józef I otrzymał list od wdowy hrabiego Potockiego, Krystyny, która pozostała z dziewięciorgiem dzieci. Tekst listu dyktował jej nowy namiestnik Galicji dr Bobrzyński, który był zwolennikiem dobrych stosunków między Polakami i Ukraińcami.

Opowiadają, że wyrok do zatwierdzenia przedstawiono cesarzowi podczas polowania. Od szczęścia w polowaniu zależał humor cesarza. Cesarz był dobrym myśliwym i ustrzelił kozła. 27 lipca 1909 roku cesarz ułaskawił Siczyńskiego, zamieniając mu karę śmierci na 20 lat więzienia. Wkrótce przewieziono go ze Lwowa do stanisławowskiego więzienia „Dąbrowa”.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 20 (384), 29 października – 15 listopada 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X