Alfred Schreyer: Muzyka uratowała mnie od śmierci

Alfred Schreyer: Muzyka uratowała mnie od śmierci

Z Alfredem Schreyerem, „ostatnim polskim Żydem z Drohobycza”, więźniem trzech obozów koncentracyjnych, muzykiem, absolwentem drohobyckiego gimnazjum im. Władysława Jagiełły rozmawiała studentka Irena Subbotej.

Jak pan wspomina swoje dzieciństwo?
Urodziłem się w Drohobyczu 8 maja 1922 r. Lata dziecięce spędziłem w Jaśle. Naukę rozpocząłem od prywatnych lekcji. W ciągu dwóch lat dyrektor wiejskiej szkoły w Niegłowicach przychodził i uczył mnie wszystkich przedmiotów. Na zakończenie roku szkolnego jeździliśmy do szkoły im. Staszica, gdzie zdawałem egzaminy. Oceny miałem zawsze bardzo dobre. Później chodziłem do szkoły podstawowej im. Romualda Traugutta.

Mój ojciec Beno Schreyer pełnił funkcję kierowniczą w miejscowej rafinerii ropy naftowej. Zarabiał 1200 zł miesięcznie. Życie było bogate i piękne. Jak się mówi, brakowało tylko ptasiego mleka.

Ale na początku lat 30. rozpoczął się ogólnoświatowy kryzys. Ojciec stracił posadę i rodzina wróciła do Drohobycza. Po powrocie w 1932 roku rozpocząłem naukę w prywatnym koedukacyjnym gimnazjum polskim im. Henryka Sienkiewicza. Moją nauczycielką była, dziś bardzo znana osoba Józefina Szelińska – polska tłumaczka, polonistka i nieoficjalna narzeczona Brunona Schulza. Następnie w latach 1934-1939 kontynuowałem naukę w państwowym gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły, gdzie moim nauczycielem był Bruno Schulz.

Trudno uwierzyć, że był pan uczniem Bruno Schulza. Czy pamięta pan swoje lekcje u wybitnego malarza i prozaika?
Dobrze pamiętam. W ciągu czterech lat uczył nas rysunku i prac ręcznych, głównie stolarki. Co do rysunku to było jasne, był świetnym artystą. Ale skąd u niego ta stolarka? To jedna z tych zagadek dotyczących Schulza. Podczas okupacji pracowałem jako pomocnik stolarza przy tartaku w Hyrawce, wszystko umiałem dzięki mojemu nauczycielowi.

Zwykle na zajęciach w pracowni stolarskiej było strasznie głośno. Stukanie młotków, przekrzykiwanie się. Prosił: „Chłopcy, troszkę ciszej, bo już mnie głowa od was boli”. Głos mu się załamywał. Wiedzieliśmy, co wtedy trzeba zrobić. „Panie profesorze, to może pan profesor opowie nam jakąś bajkę?”. Robił to chętnie, ale nie mógł tak od razu. Więc myślał na głos: „Nie, to już wam niepotrzebne, jesteście za duzi”. „Ale my bardzo prosimy” – krzyczeli chłopcy. „Więc dobrze, pozamiatajcie wióry” – mówił nauczyciel. Wtedy siadał na warsztacie, półbokiem, nie patrząc na nas, tylko na ścianę i zaczynał opowiadać. Nikt się nie ruszał z miejsca, dopóki Schulz nie skończył. Niestety, wszystkie te bajki poszły w zapomnienie. Gdyby ich zebrać, to byłaby piękna część jego działalności literackiej.

 

„Nie-święta trójca” Alfreda Schreyera podczas zeszłorocznej majówki (Fot. Julia Łokietko)Czytałam, że w czasie II wojny światowej przeszedł pan piekło trzech obozów hitlerowskich. widział pan straszne rzeczy.
Podczas okupacji nazistowskiej straciłem całą rodzinę. W jednej z największych akcji w Drohobyczu po której było wywieziono do komory gazowej 5 tys. Żydów straciłem ojca, jego brata, babcie i ciocie Helenę. Funkcjonowało tu również 5 obozów prac przymusowych. W jednym z nich na warsztatach miejskich pracowała moja matka. Ja również pracowałem, ale w innym obozie. Z czasem wszystkie obozy były zlikwidowane oprócz jednego, a ich pracowników rozstrzeliwano w lesie Bronickim. Tym razem straciłem matkę, dziadka i jedną ciocie. Z całej rodziny zostałem sam.

W 1944 roku byłem przewieziony do obozu koncentracyjnego w Płaszowie. Po sześciu miesiącach przewiedziono mnie do Gross-Rosen, a z czasem do Buchenwaldu i w końcu do jego filii Taneka pod Lipskiem. Pracowałem tam bardzo ciężko, puchnąc z głodu w fabryce „Pantserfaust”. A w kwietniu 1945 roku rozpoczął się Todes Marsch czyli tzw. „marsz śmierci”. Ale szczęśliwie, za Boską pomocą, przetrwałem i to!

Po powrocie do rodzinnego Drohobycza w 1946 roku grałem w orkiestrze kinowej oraz w restauracji. Jednocześnie podjąłem pracę nauczyciela w liceum muzycznym.

Czyli po wojnie został pan muzykiem. Dlaczego właśnie muzyka i czym jest dla pana?
Muzyka – to moje życie! To ona uratowała mnie od śmierci.  Nie będę o tym opowiadać, bo jest to długa historia, która zajmie sporo czasu. Mam dyplom dyrygenta i wykładowcy przedmiotów teoretycznych, ale moje hobby to śpiew i gra na skrzypcach. Teraz jestem w stanie coś zaśpiewać, a nawet podróżować po Europie z moim trio, które się nazywa „Trio Schreyera”.

„Trio Schreyera” odwiedziło już kilka stolic, koncertowało w Warszawie, Wiedniu, Berlinie, Londynie. Podróżowanie i śpiewanie pomagają mi nadal cieszyć się życiem.

Zeszłego roku odznaczono pana medalem „Gloria Artis”…
Tak, z okazji 90-lecia otrzymałem złoty medal zasłużony dla kultury polskiej „Gloria Artis”. Z tej okazji 21 września 2012 roku w Ambasadzie Polskiej w Kijowie byłem odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. I tym się bardzo szczycę.

Jak pan mógłby opisać siebie jednym zdaniem?
Nie jestem ani chrześcijaninem, ani Polakiem. Ale urodziłem się w Drohobyczu w tym, wówczas, polskim mieście. Uczęszczałem do polskiej szkoły. W domu mówiono tylko po polsku. Wychowany byłem w duchu polskiego patriotyzmu. Zawsze poczuwałem się, poczuwam się i zapewniam, że do ostatniego dnia poczuwać się będę do polskości.

Tekst ukazał się w nr 9 (181) 17 – 30 maja 2013

X