Opisy nieszczęśliwych historii miłosnych były we Lwowie bardzo popularne, zaś prasa lwowska podawała dokładne reportaże o takich wydarzeniach, a niektóre czasopisma miały w redakcji reporterów od kroniki kryminalnej i policyjnej. Wszystkie tragedie miłosne są bardzo podobne i można je ułożyć w kilku schematach. Pierwszy z nich – on oszukał (lub zabił) biedną dziewczynę lub bogatą wdówkę. Drugi – ona (oszukana lub szukająca przygód) zabiła swego byłego adoratora. Trafiały się i bardziej romantyczne tragedie, jak na przykład opisana w popularnej piosence batiarskiej o pannie Franciszce i jej nieszczęśliwej miłości do fryzjerczyka młodego, kiedy na drodze szczęścia młodej zakochanej pary stali rodzice, którzy postanowili, że „nie dla fryzjera córka rzeźnika” i panna Franciszka i jej fryzjerczyk wspólnie otruli się strychniną. Właśnie tak śpiewano na lwowskim przedmieściu Kleparowskim (na Kliparowie), skąd podobno pochodzili bohaterowie tej tragedii:
Biedny fryzjerczyk zalał się łzami,
Taj kupił kiszki ze strychninami,
A było tego dwa metry blisko
I zjedli razem z panną Franciszką.
Na Kliparowi, za rogatkami,
W jednej mogile już leżą sami,
A napis głosi, każdemu z bliska,
Tu leży fryzjer i jego Franciszka.
Najbardziej ponurą sensacyjną tragedią miłosną była z pewnością sprawa Kazimierza Lewickiego, który w grudniu 1910 roku okrutnie zabił swoją kochankę Antoninę Ogińską, aktorkę teatru miejskiego i żonę Leopolda Szenderowicza, redaktora lwowskiego dziennika „Wiek Nowy”. Tę tragedię wcale bez humoru, z zimną krwią opisało „Słowo Polskie”: „Leżała ona prawie naga na poprzek łóżka, z głową opartą o dywan, wiszący nad łóżkiem… Ciało denatki przeszyte w trzech miejscach kulami pistoletowymi, zbroczone było krwią obficie. Strzelano do niej trzykrotnie z nabitego ostrymi nabojami pistoletu browning większego kalibru. Jeden z pocisków przeszył jej głowę, wbijając się poniżej skroni prawej, a wychodząc kątem lewej szczęki. Drugi ugodził ją w dołek podsercowy, a wyszedł poniżej lewej łopatki, trzeci wpadłszy w lewą pachwinę, ugrzązł w lewym pośladku. Te rany postrzałowe powodowały obfity krwotok, wywołały śmierć”. W tymże 1910 roku, ale 15 listopada przy ulicy Ormiańskiej Wasyl Czaban, dwudziestopięcioletni czeladnik szewski, na co dzień cichy i spokojny człowiek, wpadł w stan skrajnego zdenerwowania i zabił z premedytacją szewskim nożem dziewiętnastoletnią Janinę Sękowską, która nie chciała wyjść za niego za mąż. W marcu 1911 roku podobny „afekt” stał się z plutonowym 15. Pułku piechoty N. Otto, który poszedł do gmachu Galicyjskiej Kasy Oszczędności przy centralnej ulicy Karola Ludwika i strzelił dwukrotnie z rewolweru do panny K., w której był zakochany bez wzajemności. „Zakochany” plutonowy wrócił do hotelu Tyrolskiego przy ulicy Rzeźnickiej i tam strzelił sobie w skroń. W maju 1911 roku przy ulicy Głębokiej 16 rozegrała się kolejna tragedia miłosna, mianowicie Maria Kozłowska we własnym mieszkaniu zastrzeliła kochanka Romana Wiesiołowskiego, urzędnika Banku Krajowego, który nie chciał się z nią ożenić. Policja bez trudu wyjaśniła, że Maria Kozłowska była znaną w Krakowie prostytutką, nazywała się wcześniej Mańka Brytan, zaś do Lwowa przeniosła się z myślą znalezienia tu męża na dobrym stanowisku. Bohaterką kolejnej sensacji miłosnej była dwudziestodziewięcioletnia Zofia Czaplówna, kasjerka jednej z kawiarni lwowskich. Szukała miłości na całe życie i znalazła jako kandydata architekta Bolesława Batorskiego. Lecz coś zepsuło się w ich relacji miłosnej i architekt zostawił Czaplównę, wracając do domu rodziców. Biedna kobieta nie mogła przeżyć takiej sytuacji, otóż kupiła rewolwer i pewnego dnia spotkawszy Batorskiego przy ulicy Kampianów, oddała kilka strzałów prosto w pierś oszołomionego kochanka. Na policji twierdziła, że zrobiła wszystko z wielkiej miłości.
Kronika policyjna była popularna na stronach wszystkich lwowskich dzienników, lecz chyba najbardziej poczytnym pod tym względem był „Wiek Nowy”. Właśnie na jego stronach można było znaleźć najbardziej tajemnicze i sensacyjne historie, dotyczące zabójstw, samobójstw i afer finansowych, a nawet drobnych kradzieży ulicznych lub w mieszkaniach biedoty żydowskiej na przedmieściu Krakowskim. Codzienne życie lwowskie regularnie dostarczało tak pożądanych przez publiczność sensacji. W 1907 roku na łamach tegoż „Wieku Nowego” umieszczono krótki, lecz charakterystyczny opis: „Napady i rabunki urządzone o rozmaitych porach dnia są we Lwowie na porządku dziennym. Onegdaj przechodził sobie najspokojniej ulicą Żółkiewską zarobnik Ilko Steć. Wtem wypadł nań z bocznej uliczki jakiś starszy mężczyzna i wyrwawszy mu z kieszeni pugilares, zawierający 13 koron, umknął. Wszystko jak we Lwowie!”
Lecz w tle tych codziennych sensacyjnych wiadomości, miłosnych afer i samobójstw, nadzwyczajne wrażenie wywołała wśród publiczności lwowskiej wieść o pojedynku na pistolety dwóch młodych panienek. To była prawdziwa sensacja! Czegoś takiego we Lwowie jeszcze nie było. Pojedynki mężczyzn – to sprawa zwykła. Ale kobiety! Prasa donosiła, że jedna z nich zginęła i że do tego szalonego czynu doprowadziła owe kobiety nieszczęśliwa miłość do pewnego przystojnego kapitana. W pierwszych reportażach nikt nie chciał uwierzyć w pojedynek z ostrą bronią – dzienniki pisały o podwójnym samobójstwie. Oto lwowska „Gazeta Narodowa” z dnia 29 października 1907 roku donosiła: „Zamachu samobójczego dopuściły się wczoraj w lasku za rogatką Łyczakowską dwie młode Żydówki Gusta E. i Zofia M. spedytorki w prywatnym przedsiębiorstwie „Caro i Jellinek”. Strzelały do siebie z rewolweru. Gusta strzeliła sobie w skroń i umarła dziś rano w szpitalu. Zofia strzeliła w pierś i tylko się poparzyła. Powodem była miłość. Obie kobiety kochały się w jednym mężczyźnie i w ten sposób postanowiły węzeł rozwiązać”. O samobójstwie pisała też lwowska „Nowa Reforma” pod tytułem „Podwójne samobójstwo”. Według dokładnie zebranych informacji, około godziny trzeciej w lesie krzywczyckim za rogatką Łyczakowską zamach samobójczy popełniły dwie przystojne dwudziestoletnie Żydówki, mianowicie Gustawa Reiterówna i Zofia Mannerówna. Przyczyną zamachu tego była miłość obu kobiet do jednego mężczyzny. Jakiś jegomość, nieznany bliżej z nazwiska, potrafił w sposób podstępny rozkochać w sobie dwie 20-letnie niewiasty, obiecując każdej z osobna ożenić się z nią. Obydwie szczerze wierzyły, lecz przypadkiem dowiedziały się o „zwodniczym i nieuczciwym postępowaniu swego kochanka. Jak wielkim musiał być żal zawiedzionych w miłości kobiet, zarazem rozpacz, świadczy najlepiej fakt, że obie postanowiły zakończyć życie. Zaopatrzyły się w rewolwery, udały się do wspomnianego lasku i tutaj na łonie natury Reiterówna strzeliła sobie w głowę, zadając cios prawie śmiertelny, Mannerówna zaś niecelnie strzeliła w pierś tak, iż kula zadrasnąwszy lekko ciało utkwiła w sąsiednim drzewie. Pogotowie ratunkowe odwiozło Reiterównę w stanie bardzo groźnym wprost do szpitala, Mannerównę zaś po opatrzeniu do domu przy ulicy Żółkiewskiej l59”. Jednak już w dniu następnym okazało się, że cała historia o samobójstwie została wymyślona przez reportera kroniki kryminalnej. Było to nie podwójne samobójstwo, lecz prawdziwy pojedynek dwóch kobiet, zazdrosnych o miłość tajemniczego kapitana. Na miejscu była nawet trzecia koleżanka, która pełniła obowiązki sekundantki. Jak zawsze, najbardziej wiarygodną informację zebrała redakcją „Wieku Nowego” i już 30 października umieściła dokładny opis całego sensacyjnego zajścia. Szczegóły tragicznego wydarzenia zostały wyjaśnione przez śledztwo policyjne dzięki raportowi miejscowego żandarma, czyli postenfuhrera, który dyżurował w tym dniu na posterunku w lasku Krzywczyckim.
Otóż „Wiek Nowy” podał naprawdę sensacyjne szczegóły śmiertelnego pojedynku dwóch zakochanych kobiet. Na podstawie dokładnie zreferowanych faktów śledztwa policyjnego dziennik podał prawdziwy przebieg tej niezwykłej sprawy, która zakończyła się zabójstwem jednej, a aresztowaniem drugiej uczestniczki, na którą czekała odpowiedzialność karna. „Domniemany z początku podwójny zamach samobójczy Reiterówny i Mannerówny nie był zamachem samobójczym, ale sensacyjnym pojedynkiem dwóch dziewcząt, zakończonym śmiercią Reiterówny… Zaraz w niedzielę wieczorem zgłosił się do strażnicy policyjnej postenfuhrer z posterunku żandarmerii w Krzywczycach p. Bulik i znane już szczegóły rzekomego samobójstwa uzupełnił następującym urzędowym raportem. Pan Bulik siedział na posterunku, gdy nagle usłyszał dochodzące z lasu strzały rewolwerowe. Słyszał wyraźnie, że padły dwa razy po dwa strzały i następnie osobno jeden strzał. Równocześnie dwukrotne padanie dwóch strzałów już na posterunku naprowadziło go na domysł, że w lasku odbywa się pojedynek na pistolety. Podążył wtedy szybko w kierunku odgłosu strzałów, a przybywszy na miejsce katastrofy, ujrzał przed sobą okropną scenę. Na ziemi leżała śmiertelnym strzałem ugodzona młoda dziewczyna – nieopodal druga, lekko ranna. Ale nadto widział równocześnie całkiem wyraźnie jak powiada – i ponad wszelką wątpliwość pewnie, że przed nim uciekła trzecia jakaś panna, która, wedle jego zdania, była w tym wypadku sekundantką. Chciał ją początkowo ścigać, po namyśle jednak przyszedł do przekonania, że należy się przede wszystkim zająć śmiertelnie ranną Reiterówną. Wkrótce po mieście rozeszły się pierwsze wiadomości o tym niezwykłym zamachu „samobójczym”, wśród przyjaciółek Reiterówny i Mannerówny natychmiast mówiono, że to z pewnością z powodu tego kapitana. Badania policyjne wykazały, że stosunek taki rzeczywiście istniał i właśnie był powodem pojedynku”. Kim właściwie były bohaterki owej tragedii? Zofia Mannerówna urodziła się w rodzinie księgowego, zajętego w handlu żelaza F. Rentschnera. Pracowała jako urzędniczka we lwowskiej filii wiedeńskiej firmy spedycyjnej „Caro i Jellinek”. W wieku 16 lat zakochała się w przystojnym oficerze c.k. armii kapitanie-audytorze Janie L. Od tego czasu utrzymywała z nim gorący stosunek miłosny. Jak podaje „Wiek Nowy”:” Do niego należało jej serce, jemu też poświęcała cały swój wolny czas. Bywała z nim bardzo często w teatrze i w Colosseum, zabawiając się nieraz do później nocy”. Mieszkała z rodzicami przy ulicy Żółkiewskiej, zaś z czasem pan kapitan zamieszkał w kamienicy naprzeciw, „co naturalnie wpłynęło na jeszcze większe zacieśnienie serdecznych węzłów”. W biurze i poza pracą Zofia Mannerówna wszystkim opowiadała o „swoim kapitanie, o jego blond wąsach, o jego czerwonych wyłogach i o tym błogim uczuciu szczęścia, jakiego doznaje, gdy siedzi z nim w teatrze albo w Colosseum”. Koleżanki po prostu żółkły z zazdrości, a niektóre też chciały poznać tak pięknego bohatera. Wśród nich była i Gustawa Reiterówna. Była ona córką szynkarza i właściciela realności przy ulicy Sykstuskiej. Pracowała w tym samym biurze spedycyjnym „Caro i Jellinek”. Zazdrościła Mannerównie jej adoratora i udając wierną przyjaciółkę namawiała Zofię by zaznajomiła ją z kapitanem. W końcu Zofia uległa tym prośbom. Bardzo szybko okazało się, że pan kapitan „z całą przyjemnością zawarł nową znajomość i nieraz szeptał Reiterównie do uszka słodkie słówka”. I tak zwolna rozwijał się ten romans na dwie strony, lecz Mannerowna zniepokoiła się stosunkiem kapitana do koleżanki i nagle zażądała od kapitana, by dotrzymał dawnych swych przyrzeczeń i ożenił się z nią. Ale poważny oficer z blond wąsem nawet w myślach nie miał takich zamiarów. „Pan kapitan spostrzegłszy że to nie przelewki, natychmiast rozpoczął czem prędzej strategiczny odwrót i w tym celu podał się o przeniesienie ze Lwowa” i wkrótce istotnie został przeniesiony do austriackiego garnizonu w dalekiej miejscowości Poli. Ze „zbolałym sercem” zawiadomił o tym Zofię, również Gustawę. Ślad po nim zaginął, zaś we Lwowie zostały dwie zakochane kobiety, każda z rozbitym sercem. Co między nimi zaszło po tym zniknięciu adoratora nie wiadomo, jednak bez długich namysłów postanowiły sprawę rozstrzygnąć „po rycersku” ze zbroją w ręku. Za teren walki wybrały polankę w lesie krzywczyckim, do którego udały się w towarzystwie koleżanki, mającej pełnić obowiązki sekundantki. W ostatniej chwili, już przy ulicy Łyczakowskiej, trwoga ogarnęła ich serca, zabrakło odwagi, więc” dla dodania sobie animuszu chwyciły się ordynarnego środka”, czyli wstąpiły po drodze na wódkę, którą się silnie podnieciły. W stanie tym raźno przystąpiły do spełnienia swego zamiaru. Sekundantka odliczyła kroki, wyznaczyła miejsca i podała broń do reki. Chwila ciszy i padły strzały… Cóż, epilog smutny. Jedna okazała się na cmentarzu, druga – w więzieniu. A pan c.k. kapitan w nowym miejscu zakochał się na pewno w nowej dziewczynie. Trudno przecież w tym życiu bez miłości.
Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 1 (461), 17 – 30 stycznia 2025


