Legendy starego Stanislawowa. Część 89 Butelka Balsamu Przykarpackiego z kolekcji Mychajła Zińka

Legendy starego Stanislawowa. Część 89

Jak rodziła się karpacka marka

Jeszcze nie tak dawno „Balsam Przykarpacki” był prawdziwą alkoholową wizytówką Frankiwska. Darowano go przyjeżdżającym szefom, polecano turystom, a i sami mieszkańcy spożywali go chętnie. Wytwarzany był z 17 ziół, soków i miodu. Technologia objęta była ścisłą tajemnicą od ponad 40 lat. Etykiety na butelkach zmieniano kilkakrotnie.

Butelka Balsamu Przykarpackiego z kolekcji Mychajła Zińka

Interesujące jest to, że wzór pierwszej etykiety przygotował Michał Zińko. Jego syn, właściciel stylowego „Antykwariatu Szpindel” opowiedział, jak powstał słynny swego czasu logotyp.

– Było to w 1980 r. Opracowywano wtedy recepturę balsamu i trzeba było wymyślić oryginalną etykietę i butelkę. W tym czasie ojciec zajmował się wzorcami na fabryce radiowej lub na Pozytronie, dokładnie nie pamiętam, bo stale zmieniał pracę i pracował to tu, to tam. Sekretarzem obwodowego komitetu partii został dyrektor któregoś z tych zakładów. Znał ojca, wezwał go do siebie i zlecił opracować wzór etykiety i butelki dla nowego produktu, przy czym butelka powinna być oryginalna – na prezenty do Kijowa i Moskwy.

Ojciec pracował w domu i praca tak go pochłonęła, że z mamą stale narzekaliśmy, iż przez ten balsam zupełnie nie poświęca uwagi rodzinie. W wyniku tak wytężonej pracy artystycznej powstały szkice 10 etykiet i 25 wzorców butelek w szkle, skórze, drewnie i kryształowe. Ostatecznie wybrano etykietę i kryształową butelkę, które produkowano wyłącznie dla partyjnych. Do wolnego handlu ten produkt nie trafił. Dla mieszkańców balsam sprzedawano w standardowych butelkach. Później kolekcję etykiet i wzorców butelek wysyłano na ogólnozwiązkowe wystawy.

Gdy doszło do rozliczenia za pracę ojca, dyrektor gorzelni jako premię zlecił (obie fabryki radiowe było obiektami wojskowymi i nie można było oficjalnie zajmować dwie posady) wypisać ojcu dwie skrzynki wódki. Zapytał jedynie ojca, jaką chce, a ten odpowiedział, że Poselską, bo w tym czasie była w deficycie. Dyrektor więc zlecił komuś: „NAKLEJCIE skrzynkę Poselskiej i skrzynkę Stołecznej”. Na pytanie ojca, dlaczego nie dwie skrzynki Poselskiej, usłyszał odpowiedź, że są to etykiety deficytowe i może dla innych nie starczyć.

Rujnacja nagrobków stanisławowskiej nekropolii. Zdjęcie Leonida Orła

Jak niszczono cmentarz

Starą stanisławowską nekropolię, leżącą za hotelem „Nadija” zaczęto niszczyć w latach 1980. Dewastacja szła opornie, towarzyszyły jej różne perypetie, a nawet nadzwyczajne wydarzenia. Opowiadano, że traktor przejechał mężczyznę, potem kobietę. Bezpośrednimi wykonawcami byli pracownicy specjalnego kombinatu, którzy nie rwali się zbytnio do niszczenia nagrobków.

Pewnego razu na cmentarz przyjechał dyrektor kombinatu Arkady Wander i zaczął popędzać chłopców. Traktorzysta powiedział, że nie może uruchomić silnika koparki. Wówczas Wander postanowił zademonstrować, jak ręcznie można zwalić niewielkie nagrobki. Podszedł do drewnianego krzyża i usiłował wyrwać go z ziemi. Przegniły u podstawy krzyż złamał się od razu i dyrektor wpadł do kałuży przy wtórze śmiechu całej brygady.

O kłopotach z niszczeniem cmentarza wspominał też bezpośredni kierownik prac – naczelny inżynier miejskiej służby komunalnej Wiktor Horobcow: „Podczas prac wciąż wynikały problemy z japońską koparką, która stale się psuła, bo nie była przeznaczona do uderzeń o płyty nagrobków. Po jednym z wypadków, poszedłem na fabrykę Prompryład, gdzie wcześniej pracowałem, by naprawiono złamaną część. Koło bramy poślizgnąłem się na granitowych płytach. Diagnoza – wstrząs mózgu i złamanie lewej ręki. Przez cztery miesiące byłem na zwolnieniu. Miałem dwie operacje. Bóg jednak jest na świecie, bo pokarał mnie za ten cmentarz”.

Dom, w którym mieszkał Sergiej Sergiejewicz. Zdjęcie autora

Sergiej Sergiejewicz

W latach 1970. na skrzyżowaniu obecnych ulic Sacharowa i Konowalca często widywano dziwnego emeryta. Był to chudy starzec, ubrany stale w wojskową bluzę, sportowe spodnie i pantofle na bosych nogach. Ubierał się tak nawet zimą. Nazywał się Sergiej Sergiejewicz. Mieszkał w narożnym, jeszcze polskim, budynku na parterze, gdzie był też punkt ładowania syfonów.

Trzeźwego Sergieja Sergiejewicza nie widział nikt. Mieszkał sam, bez rodziny i mógł pozwolić sobie na całkowity luz. Przyjaciół emeryt nie miał, więc pił w samotności. Przez ostatnie dwa lata życia nic chyba nie jadł, pił wyłącznie wódkę. Dziadek zmarł w przededniu słynnej Olimpiady 80.

Nasuwa się pytanie – co ta postać robi w Legendach Stanisławowa? Alkoholików w mieście było dość i bez niego. Odpowiadam: chodziły uparte słuchy, że Sergiej wcześniej pracował w bezpiece i to jemu zlecano rozstrzeliwanie pojmanych banderowców. Chyba nieźle mu to szło, bo nawet, gdy był już na emeryturze, zapraszano go od czasu do czasu do więzienia, by wykonał wyrok śmierci.

Żyrandole w teatrze dramatycznym. Zdjęcie Wołodymyra Migowicza

Potrójna gwarancja

Różne budowle miejskie, jak świątynie, dworce, teatry czy hole urzędów dekorowano olbrzymimi ciężkimi żyrandolami. Każdy na pewno przynajmniej raz pomyślał sobie: „A co by było, gdyby spadł?”. Otóż, gdy będziecie w teatrze dramatycznym we Frankiwsku, nie zaprzątajcie sobie głowy podobnymi głupstwami. Tam żyrandole na pewno nie spadną, chyba że wraz z teatrem.

Interesująca historię opowiedział mi Serhij Lapko. W 1980 r., gdy oddawano teatr do użytku, prace zdobnicze trwały na całego. Wielka sala na piętrze oświetlana była licznymi żyrandolami, wyprodukowanymi na fabryce Autoliwmasz. Obliczenie średnicy pręta, na którym żyrandol miał być umocowany do sufitu, zlecono koledze Serhija, inżynierowi Wiktorowi Fridmanowi, który później wyjechał do Kanady. Podano parametry zadania: wytrzymałość materiałów, wagę – tylko siadaj i licz.

Wiktor wykonał potrzebne obliczenia, otrzymał wielkość średnicy pręta, pomyślał chwilę, podrapał się w głowę i wynik pomnożył na trzy – na wszelki wypadek…

Potomkom ku pamięci

W grudniu 1981 r. miasto otrzymało długo oczekiwany prezent – nareszcie po długim budownictwie przekazano gmach nowego muzyczno-dramatycznego teatru. Wchodzącym po schodach do holu na piętrze widzom zaparło dech – całą wysokość ściany (ponad 100 m kw.) zajmowała płaskorzeźba z glazurowanego szamotu. Nic podobnego nie posiadał dotąd żaden teatr w ZSRR. Architekt Zenowij Sokołowski tak opisywał płaskorzeźbę: „Autorzy udanie przedstawili, logicznie i harmonijnie połączyli różne w czasie i treści wydarzenia z życia naszego regionu – walkę narodowo-wyzwoleńczą legendarnych opryszków i słynnych mścicieli narodowych, sceny z życia i fragmenty legend, przekazów, motywy architektoniczne i kompozycje pejzażowe. Płaskorzeźba dobrze odbierana jest na odległość, a jednocześnie można oglądać jej treść z bliska”.

Żyrandole w teatrze dramatycznym. Zdjęcie Wołodymyra Migowicza

Niewielu wie, że artyści, autorzy tego dzieła uwiecznili w nim także siebie. Na poziomie ludzkiego wzrostu jest scena z trzema siedzącymi Hucułami, grającymi na fujarkach. Od lewej są to rzeźbiarze Wasyl Wilszuk, Josyp Kosowycz i Mychajło Murafa.

Mychajło Murafa przy płaskorzeźbie. Zdjęcie z archiwum Mychajła Murafy

Były pewne nieporozumienia dotyczące autorstwa tego oryginalnego dzieła. Jak wspomina Mychajło Murafa: „Wasyl Wilszuk w jednym z artykułów napisał, że płaskorzeźby te tworzyli pracownicy fabryki (lwowskiej fabryki ceramicznej, produkującej sedesy i umywalki) na nocnej zmianie. Tak naprawdę – jest to moje dzieło”.

Otóż, gdy zawitacie państwo do teatru muzyczno-dramatycznego we Frankiwsku, oddajcie cześć twórcom tego dzieła.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 12 (448), 28 czerwca – 15 lipca 2024

X