80. rocznica Bitwy pod Monte Cassino
Rozmowa Anny Gordijewskiej z Mariuszem Olbromskim, literatem i muzealnikiem.
W tym roku przypada 80. rocznica Bitwy pod Monte Cassino. Melchior Wańkowicz w swoim reportażu „Bitwa o Monte Cassino” daje najpełniejsze świadectwo bohaterskiego, polskiego czynu zbrojnego w czasie II wojny światowej. Przybliżmy dzisiaj naszym Czytelnikom postać i twórczość Melchiora Wańkowicza, pisarza, reportażysty, żołnierza Wojska Polskiego, jednego z patronów Roku 2024, ustanowionego przez Sejm RP. Porozmawiajmy również o jednej z najwspanialszych polskich pieśni patriotycznych „Czerwone maki na Monte Cassino”.
Oczywiście, należy o nim rozmawiać, bo jest to postać niezwykle barwna, głęboko patriotyczna, po prostu wspaniała, która powinna być wciąż obecna w myśleniu i rozważaniach o naszych sprawach, także współczesnych. Melchior Wańkowicz to wielki mistrz polskiego słowa, który niezwykle je ubogacił, ukazał jego piękno i wielką różnorodność, niezwykłe jego możliwości. Z jednej strony w swej twórczości nawiązywał do tradycji staropolskich, do szlacheckiej gawędy, znanej nam na przykład z „Pamiętników” Chryzostoma Paska, czy z mistrzowskich dzieł Sienkiewicza, a z drugiej wykazywał się niezwykłą pomysłowością jako twórca nowoczesnego reportażu, w którym łączył precyzję opisu i przekazu faktów z umiejętnością nadania temu cennych walorów artystycznych. Jako pisarz wprowadzał do swych dzieł zarówno język potoczny, współczesny, tworzył też oryginalne neologizmy, a z drugiej strony potrafił posługiwać się polszczyzną zaczerpniętą z najlepszych naszych tradycji literackich, także kresowych. Wańkowicz to wybitny pisarz i wnikliwy reportażysta, którego w zasadzie głównym tematem jakże różnorodnych książek są przede wszystkim dzieje narodu polskiego. Zarówno zbiorowe, jak i indywidualne, w tym rodzinne. Jego twórczość to barwna panorama społeczeństwa polskiego, naszych złożonych dziejów, szczególnie w XX wieku. Był zafascynowany bez reszty polskością, bezgranicznie w niej rozmiłowany. Nie znaczy to, że nie dostrzegał naszych wad, błędów i że było to uwielbienie zupełnie bezkrytyczne. A powstało z tych jego fascynacji ponad trzydzieści książek, w tym wiele, że tak powiem, pomnikowych i niezwykle ongiś popularnych, dziś nieco zapoznanych. Nie licząc setek artykułów i reportaży publikowanych na kilku kontynentach. Połączył niezwykłą pracowitość z wielkim talentem, pasją poznawczą, ciekawością miejsc i ludzi. Często podróżował, znał Polskę i świat, był w aż w 17 krajach. Wiele widział, zaobserwował, przeżył i przekazał słowem. Łączył odwagę intelektualną z osobistą jako żołnierz czy reporter pracujący też podczas działań wojennych, w pierwszym szeregu, na polu walki. Dziś najważniejsze dzieła Wańkowicza powinny stać się kanonem naszych lektur i znajdować się w bibliotece każdego kulturalnego Polaka, niezależnie od miejsca, gdzie mieszka. Jego twórczość powinna być obecna w naszej świadomości nie tylko w 2024 roku i z okazji tej ważnej i cennej, podjętej przez Sejm RP uchwały o której Pani wspomniała.

Przypomnijmy biografię tego genialnego reportażysty.
Oczywiście. To postać z dawnych Kresów, bo głównie o takich twórcach dzielę się od lat swymi rozważaniami z Czytelnikami „Nowego Kuriera Galicyjskiego”. Ale tym razem to twórca nie z dawnych Kresów ukraińskich, lecz białoruskich. Pochodził z polskiej rodziny szlacheckiej, głęboko zakorzenionej w historii i rzeczywistości ziem białoruskich przez wiele pokoleń, a o rodzie Wańkowiczów wspominał już w swym dziele Mikołaj Rey. Jego ojciec też Melchior, brał udział w powstaniu styczniowym. Przyszły pisarz urodził się 10 stycznia 1892 roku w rodzinnym majątku Kałużyce, w powiecie uhumeńskim, w ziemi mińskiej. Był najmłodszym z czworga rodzeństwa. Matka jego Maria ze Szwojnickich pochodziła z Nowotrzeb na Kowieńszczyźnie. Został osierocony w wieku trzech lat przez obojga rodziców i wychowywał się w majątku rodzinnym matki w Nowotrzebach na Kowieńszczyźnie, w sercu Litwy. Miejsce swego pochodzenia, dorastania, opisał później barwnie i przepięknie w „Szczenięcych latach”, jednej z jego najwybitniejszych książek. To tam kształtował się jego charakter i sposób myślenia. Wychowywała go babka Felicja z Baczyżmalskich Szwojnicka w rodzinnym majątku nad piękną rzeką Nieważą, którą później miał też tak sugestywnie opisać Czesław Miłosz w „Dolinie Issy”. Babcia jego była jedną z tych dzielnych kobiet na Kresach, które stanowiły fundament rodziny: twarda, religijna, rodzaj mądrej i oddanej piastunki ogniska domowego, jakich nie brakowało na ziemiach wschodnich w tamtym czasie, gdy mężowie ginęli w powstaniach lub trafiali na Syberię. Temat rodzinnego gniazda Wańkowicz przedstawił barwnie nie tylko w „Szczęniecych latach”, ale później kontynuował w „Tędy i owędy”, w tej uroczej gawędzie autobiograficznej. Był w swej twórczości piewcą ogniska rodzinnego. To tam na Kowieńszczyźnie otrzymał podstawy wychowania patriotycznego i tradycyjne wykształcenie w rodzinach szlacheckich, kształcony przez domowych nauczycieli. Następnie w latach 1903- 1904 uczył się w Warszawie w rosyjskim gimnazjum gen. Pawła Chrzanowskiego, gdzie jego bujny temperament był w kolizji z wymaganiami pedagogów i rygorami szkoły. Kiedy w październiku 1905 roku wybuchł strajk o szkołę polską wziął w nim udział. W 1907 wstąpił do patriotycznej Organizacji Narodowej Młodzieży Szkół Średnich „Przyszłość” – w skrócie „PET” – w której zaczął odgrywać znaczącą rolę. Po ukończeniu gimnazjum w roku 1911 wstąpił na Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego i równolegle rozpoczął studia w Szkole Nauk Politycznych, którą ukończył już po wojnie w 1923 roku. Na studiach został przyjęty do „Zetu”, zamieszczał swoje artykuły w pismach tej organizacji i włączył się w działalność społeczną o charakterze niepodległościowym. W okresie I wojny światowej znalazł się na terenie Rosji i walczył w oddziałach Korpusu Polskiego Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości rozpoczął niezwykle energicznie różnorodną działalność w Straży Kresowej. W 1919–1920 roku wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej, odznaczył się bohaterstwem i został odznaczony Krzyżem Walecznych. Jego działalność w okresie dwudziestolecia międzywojennego to osobny i bardzo ciekawy temat. Zaraz po wojnie znalazł się w trudnej sytuacji jako osoba pozbawiona majątku, bez wsparcia rodzinnego, bez żadnego dorobku, ale sobie świetnie poradził. Jakiś czas pracował w administracji rządowej, a następnie od 1926 roku poświęcił się pracy wydawniczej i pisarskiej. Był inicjatorem powstania i współwłaścicielem największej firmy wydawniczej w Polsce pod nazwą „Rój”. W pracy wydawniczej kierował się otwartością na nowe prądy i zjawiska artystyczne publikując literaturę zarówno poważną, jak i popularną, polską jak i obcą. To dzięki jego decyzjom i wyczuciu artystycznemu wyszły w tym wydawnictwie „Sklepy cynamonowe” i „Sanatorium pod klepsydrą” Brunona Schulza, „Ład serca” Jerzego Andrzejewskiego, a także „Pamiętnik z okresu dojrzewania” Witolda Gombrowicza.
A jak wyglądała jego działalność pisarska w tym okresie?
Pisał broszury dla żołnierzy wydawane przez „Straż Kresową”, liczne artykuły i reportaże, a jego debiut książkowy to „Тrzy epopeje” z 1922 roku. Odbył podróże do Meksyku, a później do Związku Radzieckiego i napisał na ich podstawie ciekawe reportaże. Ale największym jego sukcesem literackim okresu międzywojnia jest zbiór reportaży „Na tropach Smętka”, który powstał po wycieczce kajakiem i samochodem autora wraz z córką Martą po niemieckich Prusach Wschodnich w czerwcu 1935. Przedstawił w nich obraz życia ludności polskiej zamieszkującej tereny dzisiejszych Mazur, narastające konflikty polsko-niemieckie na tym terenie z historyczną relacją sięgającą do czasów krzyżackich aż po czasy nazistowskie. Ten przejmujący zapis obraz życia naszych rodaków w Prusach Wschodnich zawdzięczał relacjom prezesa Związku Polaków w Niemczech Kazimierza Donimirskiego oraz poecie i artyście ludowemu Michałowi Kajce. Książka ukazała się w 1936 roku, miała do wybuchu wojny dziewięć wydań i wzbudziła w kraju entuzjazm, a wśród nazistów wściekłość i oburzenie. Po wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku Wańkowicz był ścigany przez gestapo, ale zdołał zbiec do Rumunii, przeprawiając się przez graniczny wówczas Dniestr i unosząc swą maszynę do pisania nad głową. Tam nie spoczął, lecz natychmiast podjął dalsze prace reportera.
Co się na te prace złożyło, jaki był ich temat?
Zanim odpowiem na to pytanie jeszcze dodam, że oczywiście znalazł się w Rumunii w beznadziejnej sytuacji, bez środków do życia i tropiony przez gestapo w proniemieckim kraju. A jednak podjął się od razu pracy reportera i odwiedził mimo traumy klęski wrześniowej marszałka Rydza - Śmigłego i ministra spraw zagranicznych Wiesława Becka w ich rumuńskim odosobnieniu i przeprowadził z nimi rozmowy. W okresie późniejszym stały się one podstawą do napisania przez niego relacji z przebiegu wojny w 1939 roku, czyli „Drogi do Urzędowa”. W Bukareszcie wydał też w tym czasie pod pseudonimem Jerzy Łużyc dwie broszury „Te pierwsze walki” oraz „Z generałem Sosnowskim” Stały się one później częścią ważnych dla nas książek, a mianowicie „Września żagwiącego” i „Wrześniowym szlakiem”. Ale to wszystko co powstało, a o czym już wspomniałem, choć bardzo ważne, było jakby przygotowaniem do jego największego i genialnego dzieła reporterskiego jakim jest trzytomowa „Bitwa o Monte Cassino”. Bo w zasadzie o nim to właśnie mamy głównie rozmawiać w przeddzień kolejnej rocznicy tej jednej z najsławniejszych bitew II wojny światowej, które opisuje największe dzieło wojenne Wańkowicza, a zarazem jedno z najwybitniejszych w dziejach naszej batalistyki. Nim do tego przejdę dodam, że z Rumunii, po jakimś czasie Wańkowicz udał się do Palestyny i tam związał swe losy z dziejami II Korpusu Polskiego. Razem z wojskiem pisarz pojechał do Egiptu, a później do Włoch. Aby zebrać materiały do swego wspaniałego reportażu, Wańkowicz szedł do bitwy razem z żołnierzami, był wśród nich na pierwszej linii. Po ukazaniu się „ Вitwy o Monte Cassino” otrzymał „Krzyż Walecznych”.

Jak powstawał ten słynny reportaż?
W jakimś sensie powstawał już niejako wcześniej, bo pisarz opracowując kolejne reportaże, o których wspomniałem, nabierał w tej dziedzinie wprawy i pogłębiał latami swe umiejętności. Uczestnicząc bezpośrednio jako korespondent wojenny w walkach o Monte Cassino miał oprócz talentu i wiedzy zgromadzone bardzo bogate doświadczenia w tej dziedzinie. Walki o wzgórze Monte Cassino, które było kluczowe w niemieckiej linii obronnej tak zwanej linii Gustawa – która miała długość 130 kilometrów i rozciągała się wzdłuż urwistych wzgórz, niedostępnych górskich rzek i bagien – pochłonęły w sumie życie kilkunastu tysięcy żołnierzy. Wspomniana linia blokowała od południa dojście aliantów do Rzymu i dalej w kierunku Niemiec. Miała więc wielkie znaczenie. Walki na tej linii trwały od 17 stycznia 1944 roku. Bezskutecznie próbowali linię Gustawa przełamać żołnierze alianccy wielu narodów. Bez większych sukcesów atakowali ją: Anglicy, Amerykanie, Nowozelandczycy, Hindusi, Francuzi, walki były niezwykle krwawe i zażarte. Wańkowicz opisał dokładnie sytuację militarną i topografię miejsc przed atakiem polskich wojsk, a nawet przedstawił rys historyczny terenu o który toczyły się zmagania. Podał datę pierwszego szturmu to jest 11 maja o godz. 23:00, oraz datę zdobycia wzgórza z ruinami klasztoru, czyli 18 maja. Poszczególne jednostki i formacje, dowódców i żołnierzy w jakby migawkowych ujęciach, godzina po godzinie. Zanotował i przedstawił krótkie dialogi atakujących, czasem jedno zdanie. Sceny ze szturmów, bohaterstwo i krew, rany, trupy, wybuchy. W czasie pracy nad książką wykorzystał wszystkie dostępne dokumenty, zgromadził ogromną ilość fotografii. Głównym bohaterem tego historycznego reportażu uczynił nie dowódców, ale po prostu bohaterskich żołnierzy polskich z różnych miejscowości i obszarów przedwojennej Polski, często z wielu pokoleń. Przedstawił ich nie jako wyidealizowane postacie, ale jako ludzi ze swymi przyzwyczajeniami, niekiedy przywarami, wadami, nawet słabościami. Ale jednak wykazuje, że zwycięstwo aliantów w tej bitwie narodów przeciw III Rzeszy przyszło dzięki niezłomności i właśnie ich bohaterstwu. Wspomniał też, że generał Władysław Anders miał zaledwie dziesięć minut na podjęcie z wielu względów dramatycznej decyzji i wyrażenie zgody o włączeniu II Korpusu Polskiego do tych walk. Wańkowicz przedstawił gen. Andersa bardzo pozytywnie jako wzór utalentowanego wodza, doświadczonego, świetnego stratega, znakomicie wyszkolonego i potrafiącego podejmować właściwe i szybkie decyzje, bez reszty oddanego Polsce. Opisał niezwykle sugestywnie przygotowania do ataku, wszystkie trzy natarcia polskich żołnierzy począwszy od 11 maja, z przedstawieniem ukształtowania terenu, rozwoju wydarzeń, wymienieniem atakujących formacji oraz w jaki sposób i z użyciem jakiego sprzętu zostały te szturmy przeprowadzone. Książka po raz pierwszy została wydana w latach 1945-1947 w Rzymie i Mediolanie, była znakomicie opracowana graficznie, zawierała wiele bezcennych fotografii, zyskała Wańkowiczowi z miejsca rozgłos i międzynarodową sławę. Bardzo ciekawy jest zapis autora na pierwszej stronie książki. Brzmi on:
„W hołdzie Krajowi / Z dedykacją – Uczestnikom/ Z myślą o tych – co po nas…”. Uczynił zatem późniejsze pokolenia dziedzicami tej bitwy…
Czy w sposób szczególny pojawiają się również w tej książce postacie ze Lwowa lub z pobliskich terenów?
Wiele na stronach „Bitwy o Monte Cassino” pojawia się postaci z Kresów, bo przecież w przeważającej mierze II Korpus Polski składał się z polskich rolników i inteligentów właśnie z tych terenów. Oczywiście też z Lwowiaków, mieszkańców innych miast z terenów wschodnich. Wszyscy oni byli wcześniej, po zajęciu Kresów przez wojska sowieckie po 17 września 1939 roku aresztowani i albo trafiali do więzień albo do wyniszczających obozów pracy, miejsc zesłania. To była zupełnie wyjątkowa armia, bo w jakimś sensie naznaczona w sposób szczególny męczeństwem. Ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden zupełnie wyjątkowy fakt.

Otóż – jak wiadomo – po traktacie ryskim w 1921 roku nasza granica państwowa z Rosją sowiecką przebiegała przez wschodni Wołyń i częściowo szła wzdłuż rzeki Horyń. Na granicy czuwały rozlokowane jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza, a w Białokrynicy odległej zaledwie o sześć kilometrów od Krzemieńca wsławiony już w wielu bitwach 12 Pułk Ułanów Podolskich. Jednostka miała wielu wybitnych dowódców, między innymi rotmistrza Tadeusza Komorowskiego, późniejszego gen. Bora-Komorowskiego, dowódcy Armii Krajowej w czasie II wojny światowej. Przed 1939 rokiem wizytowali ją między innymi marszałek Józef Piłsudski, marszałek Edward Rydz-Śmigły, a także gen. Władysław Anders. Nieprzypadkowo zapewne właśnie ten pułk odtworzył w formowanej przez siebie Armii Polskiej w ZSRR, już po traktacie Sikorski –Majski. 12 Pułk Ułanów Podolskich zapisał się niezwykle chlubnie w czasie wcześniejszych działań od pierwszych dni II wojny światowej. To właśnie ten pułk już od 1 września 1939 roku bronił terytorium Polski przed nawałą hitlerowską na polach pod wsią Mokra w ówczesnym województwie częstochowskim. Pułk wchodził w skład Wołyńskiej Brygady Kawalerii, którą świetnie dowodził pułkownik Julian Filipowicz. Mimo ogromnej przewagi hitlerowców liczbowej i w sprzęcie, także ataków lotnictwa, Wołyńska Brygada Kawalerii broniła kraju bohatersko. Najeźdźcy stracili kilkuset żołnierzy, wiele czołgów i samochodów pancernych. Ta wygrana bitwa, która nie mogła przeważyć losów wojny, dowodziła, że kresowi żołnierze byli jednak znakomicie wyszkoleni i pełni największego poświęcenia. Później wycofujące się w głąb kraju jednostki Wołyńskiej Brygady Kawalerii odznaczyły się w czasie bitwy nad Bzurą, następnie broniły już samej Warszawy. 12 Pułk Ułanów Podolskich został po klęsce wojny obronnej 1939 roku rozformowany. No i ponownie, jak feniks z popiołów, pojawił się w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa. Brał udział w szturmie o Monte Cassino. Właśnie 13 żołnierzy z 12 Pułku Ułanów Podolskich pod dowództwem podporucznika Kazimierza Gurbiela jako pierwsi weszli na wzgórze i do ruin prastarego klasztoru. Wańkowicz pisze w swym arcydziele: „Jasne jest, że proporczyk 12 Pułku Ułanów Podolskich zawisł pierwszy na klasztorze, na który od miesięcy zwrócone były oczy świata” Dopiero później na ruinach klasztoru pojawiła się polska, a następnie brytyjska flaga. Dowódca tego oddziału podporucznik Kazimierz Gurbiel, po wojnie, ale dopiero w 1975 roku wrócił do Polski i zamieszkał w Przemyślu. Dziesięć lat później spisał swój życiorys. Książka ukazała się nakładem Instytutu De Republica w opracowaniu Pawła Kosińskiego jako „ Мoja droga do Monte Cassino. Wspomnienia”. Autor przedstawił w niej swój pobyt w okupowanym przez sowietów Lwowie po 17 września 1939 roku, aresztowanie przez NKWD po próbie ucieczki do Rumunii, pobyt w łagrze, wstąpienie do Armii Polskiej gen. Władysława Andersa, cały szlak bojowy, łącznie ze zdobyciem Monte Cassino. Dzisiaj w Przemyślu istnieje ulica Kazimierza Gurbiela. To wywieszenie proporczyka 12 Pułku Ułanów Podolskich, który miał barwy amarantowo-niebieskie z białą żyłką w środku, wspomina Gurbiel tak: „Dla nas, Ułanów Podolskich miało to wielkie znaczenie prestiżowe, gdyż pułk nasz pierwszy stawił czoło potędze hitlerowskiej dnia 1 września 1939 r. w bitwie pod Mokrą, gdzie zniszczono przeszło 30 czołgów nieprzyjaciela i te same barwy oznajmiły światu o pokonaniu agresora w jednej z największych bitew świata”.
Jak wiadomo, oprócz trzytomowego reportażu Melchiora Wańkowicza „Вitwa o Monte Cassino” powstała też jedna z najwspanialszych polskich pieśni patriotycznych „Czerwone maki na Monte Cassino”. Co wiemy o jej powstaniu?
Autorem tekstu jest poeta Feliks Konarski, używający pseudonimu Ref -Ren, którego twórczość nie tylko w okresie PRL-u, ale nawet po upadku komunizmu w Polsce wciąż była zbyt mało znana, ponieważ po II wojnie światowej został na emigracji i tam tworzył. Kiedyś, przed wielu już laty, próbowałem to zmienić. I wyszła wówczas w latach dziewięćdziesiątych opublikowana przez znane wydawnictwo „Bosz” książka Feliksa Konarskiego pod tytułem „Wiersze sercem pisane” z moim skromnym wstępem. Przyznam, że wydawca nie zrobił na tej publikacji fortuny. Długo zalegała w księgarniach, a przecież Konarski był twórcą o niezwykłym dorobku, z którego w powszechnej świadomości funkcjonuje głównie tekst „Czerwonych maków na Monte Cassino”. Muzykę do tej pieśni napisał Alfred Schutz. Trzeba zwrócić uwagę na to, że obaj ci artyści byli przez wiele lat związani swym życiem i twórczością ze Lwowem. Feliks Konarski urodził się w Kijowie w 1907 roku, gdzie ukończył gimnazjum i zyskał maturę. Podczas wojny z bolszewikami przeniósł się do Warszawy, ale od 1934 roku zamieszkał na stałe we Lwowie, gdzie założył popularny teatr rewiowy, który współtworzył wówczas kulturę miasta. Spod Wysokiego Zamku wędrował z tym teatrem odnosząc wiele sukcesów w całej Polsce. Pisał liczne wiersze i świetne teksty do piosenek, które także dziś są popularne i lubiane, wykonywane przez wielu piosenkarzy nowych pokoleń. Przed wojną wykonywała je, między innymi, Nina Oleńska, jego piękna i utalentowana żona, a także Zula Pogorzelska. Najsłynniejsze z nich to: „Wiosna, wiosna jest nareszcie”, „Zagraj Antoś tango”. Po dziś dzień jest chętnie śpiewana, głównie przez żeglarzy, pieśń „Pięciu chłopców z Albatrosa”, choć prawie nikt nie pamięta kto napisał ten tekst. Przed wojną wykonywał ją między innymi Chór Rewelersów we Lwowie. Konarski nie zaprzestał swej działalności po 1939 roku. Kiedy powstała Armia Polska gen. Władysława Andersa, zgłosił się do wojska, stworzył w niej teatr „Polska Parada”, przewędrował z tą armią cały szlak bojowy. Był oczywiście pod Monte Cassino, a tekst tej sławnej pieśni napisał pod wpływem atmosfery tamtych wydarzeń jednym rzutem w nocy zaraz po zwycięstwie. Po latach wspominał, że raz po zanotowaniu wiersza zbudził swego przyjaciela kompozytora Alfreda Schutza i poprosił aby ten skomponował muzykę, a gdy się to stało, poderwali cały zespół muzyczny na nogi, do przygotowania prezentacji. Odbyła się ona następnego dnia w kwaterze gen. Władysława Andersa i jego sztabu, w obecności generała, w mieście Campobasso. Konarski wspominał: „Czerwone maki na Monte Cassino narodziły się w ciągu jednej nocy”. Trzeba wiedzieć, że Alfred Schutz, kompozytor i pianista, zdobył sobie już w okresie międzywojennym popularność i sławę. Z jego kompozycjami nagrano kilkadziesiąt płyt gramofonowych, a jego utwory wykonywali między innymi: Hanka Ordonówna, Eugeniusz Bodo, Mieczysław Fogg. Urodził się w 1919 w Tarnopolu, we Lwowie ukończył szkołę powszechną, a następnie II Gimnazjum Państwowe, zaś wykształcenie muzyczne zyskał we Lwowskim Konserwatorium Muzycznym, gdzie gry na fortepianie uczyła go Helena Ottawowa, wybitna pianistka i pedagog. Wprawdzie rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza, ale na piątym roku je przerwał, bo został zaangażowany przez Wiktora Budzyńskiego do pracy w lwowskiej rozgłośni Polskiego Radia , gdzie akompaniował Władzie Majewskiej. W latach 1932–1936 współtworzył jako kierownik muzyczny „Wesołą Lwowską Falę”. W grudniu 1941 dołączył do Armii Andersa i otrzymał przydział do wydziału propagandy przy sztabie armii. Wraz z Henrykiem Warsem kierował 40-osobową orkiestrą towarzyszącą polskiej armii na szlaku bojowym od Teheranu do Monte Cassino.

Jedna z najsłynniejszych i najpiękniejszych naszych pieśni śpiewana przez miliony Polaków w kraju i na całym świecie jest w zasadzie dziełem artystów lwowskich?
Tak, bez wątpienia. W każdym razie pieśń ta jest dziełem tych dwóch utalentowanych artystów, którzy we Lwowie wiele lat żyli, współtworzyli przez długi okres kulturę tego miasta, a równocześnie sami się nią ubogacali, żyli w tym cudownym tyglu. We Lwowie rozwijali talenty, sprawdzali swe umiejętności, odnosili sukcesy, zdobywali rozgłos i uznanie, doskonalili swój warsztat artystyczny, zanim trafili na Syberię, a następnie do Armii gen. Władysława Andersa. Przeszli z II Korpusem Wojska Polskiego cały szlak bojowy, byli razem z żołnierzami podczas bitwy pod Monte Cassino. Podczas wspomnianej akademii dla uczczenia zwycięstwa, śpiewał ją po raz pierwszy Wiktor Borucki, artysta polski żydowskiego pochodzenia, który studiował we Lwowie przed wojną. Przez wiele lat śpiewał w licznych teatrzykach i ogródkach muzycznych nad Pełtwią. Cieszył się dużą popularnością. To wszystko jakże wiele mówi. „Czerwone maki na Monte Cassino” to pieśń stworzona przez Lwowiaków, płynąca z ich gorących, patriotycznych serc.

W 1946 roku powstał we Włoszech pierwszy powojenny polski film fabularny „Wielka droga”. Reżyserem był Michał Waszyński, który urodził się na Wołyniu. W okresie dwudziestolecia międzywojennego zrobił niezwykłą karierę, zrealizował czterdzieści filmów, z udziałem naszych największych gwiazd, między innymi Eugeniusza Bodo. Przystępując zatem do realizacji filmu miał ogromne doświadczenie. Od 1942 roku gen. Władysław Anders powierzył mu kierownictwo Sekcji Filmowej Wojskowego Biura Propagandy i Oświaty Armii Polskiej. Waszyński zrealizował w tym czasie wiele bezcennych dziś kronik filmowych rejestrujących dzieje II Korpusu i osób mu towarzyszących, w tym z walk pod Monte Cassino.

Oczywiście, mówiąc o powstaniu tego filmu i pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino”, nie mogę nie wspomnieć, że oprócz Melchiora Wańkowicza, Feliksa Konarskiego w II Korpusie Wojska Polskiego znalazł się szereg innych wybitnych poetów i pisarzy, między innymi : Beata Obertyńska, Gustaw Herling – Grudziński, Józef Czapski, Artur Międzyrzecki, Stefan Szajdak z Grupy Poetyckiej Wołyń. Każdy z nich w swej twórczości ukazał różnorodnie i przejmująco prawdę o losach wojennych i powojennych Polaków, a także żołnierzy II Korpusu Wojska Polskiego. Ale to jest osobny i ciekawy temat, może na inną rozmowę.
Bardzo dziękuję za ten obszerny i interesujący wywiad.
Ja również dziękuję.
Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 9 (445), 17 – 30 maja 2024
