Kresowianie na świecie

Kresowianie na świecie

Międzynarodową konferencją naukową pod tym tytułem oraz szeregiem imprez towarzyszących, w dniach 11-13 listopada w Opolu, zainaugurowało swoją działalność Towarzystwo Naukowo-Społeczno-Kulturalne Polonia-Kresy, które powstało niedawno w tym mieście. Patronat honorowy nad konferencją objął Marszałek Województwa Opolskiego Józef Sebesta oraz rektor Politechniki Opolskiej prof. dr hab. inż. Marek Tukiendorf oraz rektor Uniwersytetu Opolskiego prof. dr hab. Stanisław Nicieja.

Idea powstania Towarzystwa Polonia-Kresy powstała rok temu po prezentacji książki „Kresowianie na Śląsku Opolskim” pod redakcją prof. Marii Kalczyńskiej z Politechniki Opolskiej, wieloletniej badaczki losów ludzi, którzy wywodzą się z Kresów. Zresztą rodzina pani Marii pochodzi z Wilna, a jej męża – ze Lwowa. Prezesem nowego Towarzystwa została wybrana Krystyna Rostocka, wieloletnia prezes opolskiego oddziału „Wspólnoty Polskiej”. Znaleźli wsparcie naukowców i działaczy kultury w Polsce i w innych częściach świata.

Obrady konferencji toczyły się w sali Urzędu Marszałkowskiego. Jego przedstawiciele zapewnili, że samorząd województwa opolskiego od wielu lat wspiera działanie, które przyczyniają się do pielęgnowania wiedzy o Kresach.

Na konferencję „Kresowianie na świecie” przyjechało wiele znanych osobistości z Europy Zachodniej i Ameryki. Przybyła też młodzież. „Cieszymy się, że mamy tu wszystkie pokolenia” – zaznaczyła prezes Towarzystwa Krystyna Rostocka.

Lokomotywą bloku historycznego konferencji był referat prof. Marii Barbary Topolskiej z Zielonej Góry, która mówiła o Kresach i Kresowiakach, jako o polskim dziedzictwie wschodnim pogranicza europejskiej cywilizacji. Na przykład dr Barbara Leonowicz-Babiak z Dortmundu zwróciła uwagę na działalność byłych Kresowian w Zagłębiu Ruhry w Niemczech, dr Julia Dziwoki z Częstochowy powiedziała o realizacji ciekawego projektu Stowarzyszenia Kresy-Syberia w Australii. Ks. dr Paweł Melczewski zaprezentował „kresowiana” w zbiorach Biblioteki Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej, która znajduje się w Poznaniu.

Można tam znaleźć też współczesną polską prasę z Ukrainy. Do szeregu egzotycznych można było zaliczyć słowo o. Roberta Wawrzenieckiego OMI, który opowiadał czym zajmowali się przedstawiciele kresowego rodu Sapiehów Kenii, pod Kilimandżaro. To właśnie w ich kopalni znaleziono kiedyś siedem największych rubinów świata.

Polska delegacja nad Jeziorem Wiktorii w Ugandzie (Fot. Anna Hejczyk)

Polski cmentarz w Ugandzie
Dr Hubert Chudzio i Anna Hejczyk z Akademii Pedagogicznej w Krakowie, którzy mówili o losach Kresowian w Afryce Wschodniej podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu, powiedzieli też o swoim udziale w uroczystym otwarciu tam memoriału polskiego. Udostępnili również krótki wywiad dla „Kuriera” oraz galerię zdjęć:

„4 listopada 2012 r. odbyła się uroczystość otwarcia odbudowanego polskiego cmentarza w Koji nad Jeziorem Wiktorii w Ugandzie. Nekropolia ta jest jedyną pozostałością po istniejącym na tym terenie, w latach 1942 – 1951, polskim osiedlu. Osiedle w Koji było jednym z 22 ośrodków w Afryce Wschodniej i Południowej, w których schronienie po opuszczeniu Związku Sowieckiego znalazła polska ludność cywilna (w liczbie ok. 18 tys.). W osiedlach dobrze funkcjonowało polskie szkolnictwo, prężnie rozwijało się harcerstwo, kwitła polska kultura. Dziś ślad po Polakach na Czarnym Lądzie znaczą wybudowane przez nich kościoły, a także pozostałe tam cmentarze. W 2009 r. do Afryki Wschodniej wyruszyła misja naukowa z Uniwersytetu Pedagogicznego, którą kierował dr Hubert Chudzio.

Celem misji była dokumentacja i renowacja istniejących tam trzech największych polskich cmentarzy w Tengeru (Tanzania), Koji i Masindi (Uganda). O ile dwa z nich zachowane były w dobrym stanie, o tyle nekropolia w Koji była bardzo mocno zdewastowana. Stąd, podczas rozmów uczestników misji UP z salezjaninem ks. Ryszardem Józwiakiem, narodziła się idea jej odbudowy. Środki na ten cel przekazali przede wszystkim sami Sybiracy (a także ich znajomi, w tym pracownicy UP) – dawni mieszkańcy osiedla Koja, mieszkający obecnie w Polsce, ale także w Kanadzie, USA, Wielkiej Brytanii, czy Australii. Idea uzyskała również wsparcie ze strony Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, a także Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa. Przedstawiciele tych instytucji – dr Jan Ciechanowski oraz prof. Andrzej Kunert swoją obecnością uświetnili uroczystość otwarcia odbudowanego cmentarza. Na nekropoli postawiono 97 betonowych symbolicznych krzyży. Odnowiono pomnik znajdujący się w centralnym punkcie cmentarza, alejkę główną, wyremontowano mur, otaczający nekropolię. Pracami budowlanymi kierował polski ksiądz, salezjanin, Ryszard Józwiak, który w nieodległej Kirze prowadzi ośrodek dla chłopców z ulicy.

Aby zachować cmentarz w dobrym stanie i dalej, narodziła się idea wybudowania w Koji szkoły imienia Polskich Sybiraków. Byłby to żywy pomnik, świadczący o losach polskich Sybiraków na Czarnym Lądzie, a także krok w przyszłość w sferze stosunków polsko – ugandyjskich. Pierwsze wpłaty na budowę szkoły zadeklarowali już obecni na uroczystościach polscy Sybiracy z kraju, a także z Australii i Kanady”.

Wystawa w urzędzie marszałkowskim (Fot. Konstanty Czawaga)

Jak zachować pamięć?
Kto z obecnych na sali wie o Montresor, że to jest miejsce pamięci o Kresach? – zapytała wprost Agata Kalinowska-Bouvy, polska poetka i dziennikarz z Paryża. Obiecywała, że o polskim skarbie w tym francuskim miasteczku powie dokładniej także czytelnikom „Kuriera”. Zresztą ni ema nic dziwnego, że średnie i młodsze pokolenia nie wiedzą o zabytkach i wybitnych postaciach z Kresów. Odchodzi pokolenie Kresowe. „Pamiętajmy o Kresach o Kresowiakach – wzywał dr Zbigniew Kostecki z Niemiec. – Za 15-20 lat ich już nie będzie. Dlatego musimy historię naszą pielęgnować, przekazać pamięć”.

Dr hab. inż. Jerzy Hickiewicz, prof. Politechniki Opolskiej dokłada wszelkich starań, ażeby upamiętnić wybitnych przedstawicieli światowej techniki, którzy urodzili się w Stanisławowie i Lwowie. Pomagają mu w tym młodzi naukowcy.

O udziale Urzędu Marszałkowskiego Województwa Opolskiego w upamiętnieniu wybitnych Polaków na terenie obwodu iwano-frankowskiego (dawn. woj. stanisławowskiego) oraz na Litwie mówił Janusz Wójcik, dyrektor Departamentu Kultury, Sportu i Turystyki. O dwudziestoletniej działalności Instytutu Lwowskiego w Warszawie – mówił jego dyrektor Janusz Wasylkowski.

Z udziałem uczniów jednego z liceum na Śląsku przedstawiciele Oddziału IPN otworzyli wystawę „Kaźń Profesorów Lwowskich. Wzgórza Wuleckie 1941”. Inna wystawa na sali cateringowej Urzędu Marszałkowskiego została poświęcona Kresowianom w Politechnice Opolskiej. Młoda opolanka Milena J. Kalczyńska 13 listopada przedstawiła wystawę fotografii „Pamiętnik wileński”. Podczas konferencji prezentowano również „Kalendarz Kresowy” wydany przez „Kurier Galicyjski” i dodatek „Polak Mały” ze Lwowa.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm z USA stara się zachować pamięć poprzez swoje książki. „Moimi bohaterami są ludzie z Kresów, które przeminęły z wiatrem czasu – powiedziała. – Zginął ten świat. Sięgam po współczesność. Mam satysfakcję, że robię coś sensownego. Jest to mój malutki wkład w pamięć o Kresach”. Przywiozła swoje dzieła literackie po polsku i po angielsku. W opolskiej kawiarni „Kafka” odbyła się promocja jej książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”. Ale może jeszcze przyjdzie dzień, gdzie zaprezentuje swoje książki we Lwowie czy w Iwano-Frankowsku (daw. Stanisławowie)? Nie ukrywała, że bardzo chciałaby by tak się stało. Podobnie jak i autorzy innych wydań czy imprez kulturalnych, które odbyły się w Opolu w ramach inauguracji Towarzystwa Polonia-Kresy.

Z lwowskiego kuferka (Fot. Konstanty Czawaga)

Rubinowa broszka ze Lwowa
Wieczorem 12 listopada w Filharmonii Opolskiej odbyła się uroczysta promocja książki Andrzeja Skibniewskiego „Rubinowa broszka” wraz ze spektaklem słowno-muzycznym „Z kresowego kuferka – Lwów”. Autor, jeszcze wcześniej, na spotkaniu z uczestnikami konferencji opowiedział o swojej przygodzie z prawdziwym rodzinnym kuferkiem ze Lwowa.

„Kiedyś jeszcze jako młodzieniec znalazłem na strychu w Opolu w naszym domu kuferek – wspominał. – I tam było dużo pamiątek. Były jakiś papiery, dokumenty, jakaś broszka z wyłamanymi kamykami. Znalazłem szopkę z połamanym dachem. Wydawało się, że to są jakiś bezwartościowe szpargały, które trzeba by kiedyś spalić czy wyrzucić. Pytałem mamy co to jest. Mama powiedziała, że ażeby przeżyć wojnę, wyjmowała pojedyncze kamyki z tej rodzinnej broszki i sprzedawała je wtedy kiedy było bardzo ciężko, żeby można było kupić jakieś jedzenie czy lekarstwa”. Jednak nie sprzedała tej złotej broszki ze złota. Przywiozła do Opola. Zdaniem Skibniewskiego jest to mentalność kresowa, żeby nie pozbywać się wszystkiego. Że to jest pamiątka, którą się przechowuje jak talizman, jako najcenniejszą rzecz, która choć nie ma żadnej wartości handlowej, ale przechowuje wspomnienia. Po latach, już po śmierci swojej mamy, autor zebrał te listy i dokumenty.

„Ułożyło to się w jakąś opowieść i zacząłem nad tym pracować – mówił dalej Andrzej Skibniewski. – Brakowało mi czasem wątków. Szukałem ich w Anglii, Francji, w Stanach Zjednoczonych, i w końcu udało się jakoś to wszystko posklejać. Powstała książka, która jest zbiorem listów, dokumentów i jest częścią pamiętnika ludzi, którzy byli dla mnie jak najbliższą rodziną. I ciekawie jest to, że zaczyna się to od pierwszego listu z 21 sierpnia 1939 roku, który napisała moja babcia do swojej córki. Moja mama miała wtedy 16 lat. Wybucha wojna. Później wchodzą wojska sowieckie, Krysia zostaje aresztowana. Następnie kartki wysyła z więzienia w Starobielsku. Później zostaje wysłana do obozu pracy w Workucie. Dostaje wyrok 25 lat lagru. Później wchodzą znowu wojska sowieckie do Lwowa. Te osoby szukają się po różnych krajach, przeprowadzają się na Śląsk i po 10 latach od tego pierwszego listu rodzimy się my. To znaczy ja i moja siostra, tutaj we Wrocławiu. Niestety siostra już odeszła, a ja od wielu lat mieszkam w holenderskim Tilburgu”.

W naszej rozmowie Andrzej Skibniewski nie ukrywał, że chciałby, ażeby rodzinny kuferek wraz z rubinową broszką wrócił do Lwowa. Oczywiście jako spektakl.

Marta Lipińska (Fot. Konstanty Czawaga)Marta Lipińska pragnie odwiedzić małą ojczyznę
Od razu po wystawie do słowa została zaproszona obecna na sali znana polska aktorka teatralna, radiowa, filmowa i telewizyjna Marta Lipińska, która w 1940 roku urodziła się w Borysławiu. Ze słów babci pamięta, że mieszkali też na Zielonej we Lwowie, a na spacery w wózku jeździła z nią na spacery na Pohulankę.

„Te pieśni słyszałam w domu – powiedziała Marta Lipińska. – To śpiewała moja mama, to śpiewała moja babcia. To jest tak głębokie, mimo tego, że nie pamiętam nic z tamtego okresu. Czy jestem w stanie cokolwiek przekazać swoim dzieciom z tego co widziałem tu na scenie? Nie wiem. Ja też, zresztą jak moja mama i babcia, do tej pory nie byłam we Lwowie. Teraz co raz bardziej, co raz częściej nabieram ochoty na to, żeby tam jednak pojechać, zobaczyć to, co podobno zostało pięknie odnowione. Jest cudowna architektura Lwowa, mimo to, że teraz są na niej napisy ukraińskie. Może to zrobię. Moja mama nigdy się nie odważyła, nie chciała przeżyć traumy. Tym bardziej moja babcia. Więc tak sobie powoli przyrzekam, że w końcu trzeba się odważyć i pojechać. Mama z tamtego okresu uratowała rozmaite obrazy. Jest tam też portret mojej ciotki Zosi, którą narysował Witkacy. Patrzę na niego z wielkim sentymentem. Nie mogę się chwalić jakimiś szczególnymi wspomnieniami. Jak przyjechaliśmy tutaj, to zamieszkaliśmy najpierw w Gliwicach. Potem szybko się przenieśliśmy się do Warszawy. W dużym kufrze przyjechało z nami troszkę porcelany ze Lwowa i przyjechały obrusy haftowany przez moją mamę. To jest wszystko co mam z tamtych stron, ale to co mam w sercu tego nikt nie zmieni i nikt mi tego nie zabierze”.

Dalej z wielkim wzruszeniem Marta Lipińska recytowała bardzo piękne wiersze Jerzego Masiora o Lwowie. A na zakończenie wszyscy mieli wielką przyjemność usłyszeć koncert fortepianowy w wykonaniu pianisty światowej sławy Marka Drewniowskiego i młodej skrzypaczki Neli Kuźmińskiej.

Z lwowskiej fali na wileńską
Według prof. Marii Kalczyńskiej, jak również innych organizatorów i uczestników tego spotkania taka konferencja i dyskusje powinny trwać nadal. „Myślę, że Kresy każdy niesie z nas w sercu – podsumowała prof. Maria Kalczyńska. – Będziemy mówić o Kresach, dopóki sił nam starczy, dopóki będzie taka potrzeba. Będziemy organizować różne przedsięwzięcia. Mówić o Kresach o charakterze globalnym, nie tylko regionalnym czy europejskim. Materiały konferencji zostaną opublikowane. W tym roku był akcent na tematykę lwowską, a w przyszłym roku postaramy się przygotować temat wileński.

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X