Fale upadku moralnego, spowodowanego latami wojny i kryzysu gospodarczego, sprzyjały niestety wzrostowi przestępczości w różnych jej przejawach. Nawet przechadzki wieczorne (lub nocne) po ulicach lwowskich lub w parkach nie były bezpieczne, a co już mówić o wypadach poza miastem lub pieszych spacerach w okolicznych lasach (na przykład w Brzuchowicach). Osobniki spod ciemnej gwiazdy zawsze miały przy sobie nóż, a nawet rewolwer i wypadki krwawych napadów zdarzały się prawie każdego dnia, otóż policja miała pełne ręce pracy. Kronika policyjna podawała wiadomości o wyczynach złodziei, nożowców, awanturników. Na tym tle opowieści o „rozśpiewanych, sympatycznych batiarach lwowskich” wydają się tylko nostalgicznym mitem i legendą raczej operetkową.
Więcej konkretów o mentalności i zachowaniu „lwowskiego ludku” znajdujemy w autentycznych piosenkach batiarskich z tamtych lat. Oto zabawa w pewnej knajpie na przedmieściu: „Gdy tak wszystko się zabawia, nagle obcych dwóch się zjawia. I na sali się ściemniało: jeden bęc drugiego w ryło. To zabawa jakich mało. Nic nikomu się nie stało, tylko trochę krwi się lało”.
W znanej knajpie u Bombacha zbierali się batiary z Gródka: „Nasza wiara jest morowa, jeden kradni, drugi chowa. Kto si z naszej wiary śmieji, naj go nagła krew zaleji. A kto z nami trzyma sztamy, temu lepi niż u mamy. Niech si dowi, że wy Lwowi są faceci honorowi”. A na balu u weteranów (Towarzystwo weteranów, kto nie zna tych panów), zabawa klawa trwała do rana, zaś „o północy si zjawili jacyś dwaj cywili, mordy podrapane, włosy jak badyli. Nic nikomu ni mówili, tylko mordy bili”.
Autentyczne historie z prasy lwowskiej z lat przedwojennych potwierdzają właśnie takie zabawy i taką mentalność lwowskiej ulicy. Poniżej kilka kolejnych takich historii z prasy lwowskiej i kroniki policyjnej z lat 1923–1926. Pod tytułem „Awantura w szynku” lwowski „Wiek Nowy” 6 maja 1926 roku opisał jedną z takich niestety licznych historii: „Do szynku Efroima Junguera przy ulicy Zamarstynowskiej 34 przyszedł wczoraj niejaki kalatuła, garbarz, zamieszkały przy ulicy Panieńskiej 4. Kalatuła wyprawił tam (czyli w szynku) wielką awanturę, w czasie której powybijał szyby i potłukł bardzo wiele szklanek oraz talerzy. W tymże dniu Michał Rzeźnik, blacharz, zamieszkały przy ulicy Sakramentek 30, został przebity nożem. Jako sprawcę tego przebicia aresztowano Jana Horwata, szewskiego terminatora, zamieszkałego przy ulicy Zamkowej 9”.
4 maja tegoż roku awanturę najpierw w szynku Tenenbauma przy ulicy Gródeckiej 38, a następnie w komisariacie policji, wywołali czterej bracia Kiczmowie, mianowicie Kazimierz, Stanisław, Tadeusz i Antoni, chuligani i awanturnicy, znani w całej okolicy i notowani w policji lwowskiej z powodu pijatyk i bujnego zachowania. W sprawozdaniu policyjnym czytamy: „W szynku Tenenbauma przy ulicy Gródeckiej 38, onegdaj wieczorem wielką awanturę wywołali czterej bracia Kiczmowie, znani we Lwowie awanturnicy. Gdy ich z wielkim trudem zdołali policjanci sprowadzić do biura drugiego komisariatu policyjnego, wyprawili oni tam również piekielną awanturę, w czasie której połamali ławkę i powybijali w oknach szyby. Nadto Tadeusz Kiczma chwycił za bagnet i rzucił się z nim na jednego z posterunkowych, a po odebraniu bagnetu usiłował atakować przodownika Kozłowskiego i posterunkowego Wellenschlagera. Wreszcie z trudem zdołano uspokoić awanturników i odstawić ich do aresztów policyjnych”.
W przedwojennym Lwowie za bardzo niebezpiecznych uważano batiarów z Kleparowa. Obyczaje tamtejszych szynków trafiły nawet do zestawów lwowskich piosenek batiarskich, jak to na przykład piosenka „Tam na rogu na Janowskiej, na ulicy Kliparowskiej”. Wśród licznych zwrotek tej piosenki są i takie: „Ty, ryzuła, nie rób hecy, bo po Jóźka ja polecy, on ci wygarbuje plecy, ta na co tobi to? Jóźku, że był raptus-nerwus, nawet nie powiedział serwus, na ryzuły zerka brzuch i scyzoryk puszcza w ruch. Przeczytajcie sy „Wiek Nowy” – dwóch zabitych, trzech bez głowy. Zabrał ich wóz ratunkowy, tak Kliparów bawi si”. Niestety, nie były to tylko słowa z piosenki. Oto kolejna historia z Kleparowa. „Wczorajszego wieczoru napadli jacyś dwaj bandyci na górze Stracenia na służącą Aleksandrę Michaliszyn. Jeden z drabów grał na harmonijce ręcznej, drugi zaś pobił ją laską tak dotkliwie, że musiało ją opatrzyć pogotowie ratunkowe”. Co tam Kleparów, bandycka okolica. W ten sam dzień w centrum miasta na ulicy Akademickiej około godziny 11 w nocy jakiś osobnik napadł na przechodzącego tam listonosza Teodora Twardowskiego, który mieszkał przy ulicy Królowej Jadwigi 12 i zadał mu nożem trzy ciężkie rany na głowie. Dalej czytamy: „Nieznani sprawcy napadli w dniu wczorajszym na ulicy Łokietka zupełnie bez powodu, ot tak sobie dla fantazji, z nożami na przechodzącego tamtędy Abrahama Lodnera, któremu zadali ciężkie rany. Gdy młodszy brat jego pośpieszył mu z pomocą, bandyci i jego poranili, poczem zbiegli. Policja ich znowu dotąd nie wykryła”.
Już jak pisałem w części drugiej „Historii kryminalnych”, Gródek, czyli przedmieście Gródeckie nie było wcale lepsze od Kleparowa. Reportaż z tamtych stron miał tytuł „Orgie złodziejskie lwowskich indywiduów z pod ciemnej gwiazdy”. Między innymi 3 maja reporter kroniki kryminalnej stwierdzał, że szumowiny lwowskie, nożowcy i rzezimieszki wszelkiego gatunku, nie omijają żadnego święta, by nie dać nowych dowodów swego „bohaterstwa”.
3 maja 1926 roku przy ulicy Gródeckiej doszło do zażartej bójki dwóch nożowców, znanych w miejscowym światku bandyckim. Jeden z nich miał na imię Jan Stefaniszyn, drugi – Karol Brykczyński. Pokłócili się o jakąś diwę, których w rejonie rogatki Gródeckiej wałęsało się niemało (o tych kobietach napiszemy dokładniej w kolejnych odcinkach). Ale akurat obydwaj położyli oko na tę samą i w tym samym czasie. Otóż Brykczyński niedługo rozumując wydobył nóż i zranił ciężko swego adwersarza w lewy bok, poczem zbiegł. Policja zarządziła poszukiwanie notowanego bandyty, ale na razie bez skutku.
Pisaliśmy niejeden już raz, że wieczorne spacery w parkach lwowskich były sprawą niebezpieczną. Po raz kolejny doświadczył tego 29 maja 1923 roku Marian Waligórski, który niewiadomo po co szukał przygód o ciemnej porze w parku na Wysokim Zamku. Otóż, wśród ciemności rzuciło się na niego trzech opryszków, zadając mu kilka pchnięć nożami. Bandyci zbiegli, ofiarę opatrzyło pogotowie ratunkowe.
Znowu inna młoda kobieta, krawczyni H. S. spacerowała sobie o godzinie 7 wieczorem po całkiem bezpiecznej i spokojnej wielkomiejskiej ulicy Leona Sapiehy w okolicy Politechniki lwowskiej. W pewnym momencie przystąpił do niej porządnie ubrany jakiś mężczyzna i przedstawił się jako urzędnik kolejowy. Z miejsca zaprosił pannę na przechadzkę do niedalekiego Ogrodu Kościuszki. Panna H. S. jakoś z łatwością zgodziła się na spacer z nieznajomym mężczyzną, a gdy oboje weszli do parku, „…ów porządnie ubrany pan bez dłuższych rozmów usiłował ją zgwałcić. Gdy poczęła panna H. S. wołać o pomoc, osobnik ten wyrwał jej z rąk torebkę i zbiegł. Torebka zawierała 20 złote i zegarek bronzoletkowy”.
W tym czasie bandyci grasowali też i poza rogatkami Lwowa. Za rogatką Janowską dwóch rzezimieszków napadło na Józefa Czornyja, 12-letniego ucznia gimnazjum, zadając mu ciężkie rany nożami, poczem zbiegli. Policja poszukuje sprawców tego napadu. Nie lepiej sytuacja wyglądała za rogatką Zamarstynowską. Na przykład 16 czerwca 1923 roku na drodze ze Zboisk, koło fabryki obuwia „Gafota” przystąpili jacyś trzej podejrzani osobnicy do jadącego furą inżyniera Jana Schnitzera, zamieszkałego we Lwowie przy ulicy Leona Sapiehy 47 a i wymusili oddanie kwoty 1 milion marek polskich, którą miał przy sobie. Bandyci w podobny sposób zabrali również furmanowi inżyniera 300.000 marek polskich, poczem zbiegli. Policja wkrótce aresztowała trzech rzezimieszków z Zamarstynowa, a to Leona Martulę (ul. Króla Jana 5), Macieja Mańka (ul. Ogrodnicka 15), i Władysława Czornego (ul. Paderewskiego 8). Czy udało się inżynierowi Schnitzerowi odzyskać pieniądze, prasa nie informowała.
„Wiek Nowy” uważał, że gorzej jest tylko gdy mąż napada z kijem w ręce na własną żonę. Taka przygoda miała miejsce przy ulicy Szpitalnej. Gazeta pisała, że „…takim mężem jest właśnie Jakub Hersch Lam (Arciszewskiego 4), który napadł wczoraj na ulicy Szpitalnej na żonę swoją i zbił ją tak dotkliwie, że połamał na niej laskę. Pobitą małżonkę opatrzyło pogotowie ratunkowe”.
Nie tylko żoną, ale nawet narzeczoną takiego wariata być w owych czasach upadku moralnego było bardzo niebezpiecznie. 29 maja 1923 roku prasa donosiła: „Stanisław Bułyk przedziurawił nożem własną narzeczoną. Piekielna halaburda zakochanej pary przy ulicy Sadownickiej z tragicznym epilogiem. W domu przy ulicy Sadownickiej 80 wybuchła wczoraj zapewnie z okazji święta gwałtowna sprzeczka między Stanisławem Bułykiem a narzeczoną jego Zofią Kułykówną. W czasie awantury i bójki zadał bohater lwowski bezbronnej niewieście nożem kilka ciężkich ran. Bułykiem zaopiekował się VI komisariat policji, a podziurawioną nożem Kułykówną pogotowie ratunkowe”.
Niestety nie były to wypadki pojedyncze. W taki sposób i inni mężczyźni traktowali swoje żony i narzeczone. 8 maja 1923 roku niejaki Józef Kostecki „…skakał do własnej narzeczonej ze sztyletem. Owa przerażająco straszna tragedia miłosna rozegrała się na Bogdanówce. Oto Józef Kostecki, obywatel tamtejszy, rozgniewał się onegdaj na własną narzeczoną Franciszkę Borsuk, która liczyła 18 wiosen i poczęstował ją sztyletem, czy też nożem w ramię. W szale morderczym skierował następnie zabójczą broń ku sobie i wpakował ją sobie w brzuch. Na szczęście – jak powiada kleparowskie przysłowie – nic nikomu się nie stało, choć się nieco krwi polało. No i krwiożerczego Jóźka, podobno jak naznaczoną nożem Frankę, oddano po zaopatrzeniu przez pogotowie ratunkowe w opiekę domową. Policja nie internowała”.
Były jednak w ówczesnym Lwowie kobiety, które nie dały się być ofiarą podpitych mężów. Dawały sobie radę. Jedna taka na imię Maria Łusków urządziła mężowi i jego kochance krwawą scenę zazdrości. Otóż posterunkowy policji państwowej Walenty Melcer donosił przełożonym, że w nocy w czasie pełnienia służby na placu Bernardyńskim usłyszał krzyk kobiecy na ulicy Sobieskiego. Udawszy się na miejsce ujrzał kobietę ze zbroczoną krwią twarzą, jęczącą z bólu skutkiem zadanych jej ran. Stwierdzono, że była to Maria Faust, która była z niejakim Łuskowem w restauracji. W czasie tak miłego flirtu przy wódeczce, wpadła do restauracji żona jego Maria Łusków i pobiła panienkę Faust flaszką po głowie, zadając jej trzy rany. Doktor Celewicz opatrzył ranną na stacji pogotowia ratunkowego, zaś małżeństwo w pełnej zgodzie udało się do domu.
Na zakończenie historia z samego serca Lwowa, z placu Gołuchowskich, tuż za Operą, z miejsca gdzie zaczynały się słynne Krakidały. Pod tytułem „Wielka awantura i zbiegowisko na placu Gołuchowskich” reporter „Wieku Nowego” 7 maja 1923 roku donosił: „Wczoraj plac Gołuchowskich był widownią wcale pokaźnej awantury i bójki, którą spowodował notowany awanturnik 34-letni Narcyz Sadowy, pomocnik młynarski. Przystąpił on nagle do Józefa Baranowskiego (Zamkowa 1) i wszczął z nim awanturę, do której wmieszał się szwagier Baranowskiego, Tadeusz Ziemniakowski. Sadowy uderzył Ziemniakowskiego w twarz, poczem pobił go laską po głowie, zadając mu rany. Skończyło się na wielkim zbiegowisku i interwencji pogotowia ratunkowego i policji i zamieszczenia Sadowego do kozy”.
Ciąg dalszy kolejnych historii kryminalnych nastąpi.
Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 6 (490), 31 marca – 16 kwietnia 2026
