Legendy starego Stanisławowa. Część 119 Dworzec. Pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Legendy starego Stanisławowa. Część 119

Żelazny rycerz

21 lipca 2015 r. na Deptaku stanął kolejny interesujący obiekt. Naprzeciwko księgarni „Lilea-NW” ustawiono dwumetrową drewnianą figurę rycerza, uzbrojonego w miecz i tarczę z herbem Galicji – kawką. Wielu mieszkańców miasta i turystów nawet nie miało pojęcia, dlaczego on tu stoi. A stoi całkiem nie przypadkowo.

Kiedyś ten rycerz stał na deptaku. Zdjęcie autora

Oficjalna nazwa figury brzmiała „Żelazny rycerz”. Ale jaki on tam żelazny – oburzycie się – przecież to zwykłe drewno! Tak, lecz jest jedno ale. W sąsiedniej księgarni każdy może za 20 hrywni kupić gwóźdź i wypożyczyć młotek, by własnoręcznie wbić go w figurę drewnianego rycerza. W zamyśle autorów miał on z czasem pokryć się zbroją i przekształcić się w żelaznego. Zebrane koszty miały pójść na leczenie rannych żołnierzy.

Inicjatorami wystawienia takiego pomnika byli wydawca Wasyl Iwanoczko i deputowany Rady obwodowej Serhij Adamowicz. Przyznają, że sam pomysł nie był nowy. Pierwszego takiego rycerza ustawiono w Wiedniu w 1915 r. Koszty ze sprzedaży gwoździ planowano wykorzystać na wsparcie armii austriackiej, walczącej z moskalami. Później podobne figury stanęły we Lwowie, Drohobyczu i nawet w Stanisławowie

Interesujące, że lwowski rycerz zachował się do dziś, ale wciąż nie stał się w pełni żelaznym. Może ten we Frankiwsku będzie miał więcej szczęścia.

Proszę nie przechodzić obok, przecież 20 hrywni to nie są duże pieniądze, a jakiemuś żołnierzowi można uratować życie.

PS Dziś rycerza przeniesiono na zamek w Haliczu. Pośród średniowiecznych murów wygląda bardziej oryginalnie.

Pomnik Andreja Szeptyckiego. Kolaż Tarasa Zenia

Mała tajemnica wielkiego pomnika

27 sierpnia 2015 r. we Frankiwsku na placu metropolity Andreja Szeptyckiego odsłonięto jego pomnik. Rzeźbiarz Stepan Fedoryn przedstawił metropolitę w otoczeniu dzieci. Przypatrując się uważniej, można na piersi jednej z dziewczynek zobaczyć malutki znaczek z lilią – symbolem ukraińskich płastunów (harcerzy). O historii powstania pomnika opowiedział znany frankiwski harcerz Taras Zeń:

„Gdy komisja konkursowa wybrała projekt pomnika, frankiwscy płastuni spotkali się z autorem i zaproponowali, by postacie dzieci przy metropolicie były płastunami. Było to zgodne z rzeczywistością, bo metropolita wspierał ruch płastunów. Autor zauważył jednak, że mundury w otoczeniu kapłana nie wyglądałyby dobrze, bo są mocno detalizowane i odciągną uwagę od samej postaci metropolity. Dlatego autor dodał jednej z dziewczynek w cywilnej sukience symbol płastunów – lilię, a do ręki – obrazek patrona organizacji św. Jerzego”.

Jeżeli będą państwo spacerować po placu Szeptyckiego, proszę podejść bliżej do pomnika i przyjrzeć się młodemu reprezentantowi płastu w spiżu.

Młody kolekcjoner lub potop na dworcu

Tę historię w 2015 r. opowiedział mi znany zbieracz stanisławowskich pocztówek Wołodymyr Szulepin. Pewnego razu zadzwonił do niego młody kolekcjoner M. i powiedział, że posiada unikatową pocztówkę:

– Czegoś takiego jeszcze nie widziałeś! To potop na dworcu w latach 30!”.

Wołodymyrowi wydało się to dziwne. Dla mniej-więcej znacznego potopu trzeba, by z brzegów wyszła rzeka. Ale gdzie leżą obydwie Bystrzyce, a gdzie dworzec? Młody kolekcjoner nie dawał jednak za wygraną i był gotów odstąpić pocztówkę za 40 USD. Proszę pokazać mi kolekcjonera, który nie chciałby mieć takiego rarytasa i Szulepin zgodził się na spotkanie. I oto przyszłość frankiwskich kolekcjonerów drżącymi rękoma wydobył z teczki pocztówkę: – Oto, patrz – prawdziwy potop, woda się leje!”

Dworzec z „potopem”. Pocztówka z kolekcji Maksyma Dutczaka

Ale doświadczony zbieracz nie podzielał euforii. Rzecz w tym, że pocztówka wydana była w przemyskim wydawnictwie „Spolszczona sztuka”. Ta firma te same widoki rozmnażała w różnych wersjach. Na przykład znany jest wspomniany dworzec w sepii. Są tez zielone, czarno-białe i w formacie pocztówkowym. Na wszystkich wersjach plac przed dworcem jest absolutnie suchy. Pocztówkę rozmnażano z jednego zdjęcia, ale i tam, gdy przyjrzymy się bliżej, na żaden potop się nie zanosi. Po prostu zdjęcie zrobiono podczas deszczu więc asfalt jest mokry i trochę błyszczy. Tak, że tym razem sensacja się nie wydarzyła, zwłaszcza że Szulepin już był posiadaczem takiej pocztówki.

Co do młodego kolekcjonera, to jednak udało mu się odnaleźć prawdziwy rarytas do swej kolekcji. Ale jest to już zupełnie inna historia.

Dąb, który obrósł legendą. Zdjęcie autora

Dąb Pyłypa Orlika

Dość, by jakieś drzewo rosło ponad sto lat, a już zaczyna obrastać różnego rodzaju legendami. Przy ul. Pyłypa Orlika w podwórku pomiędzy dwiema kamienicami nr 3 i nr 5 rośnie stary dąb. Dąb jak dąb – zdarzają się starsze egzemplarze. Ten też stałby sobie spokojnie, gdyby nie sąsiad. Chodzi o to, że w sąsiedztwie mieszkał znany historyk – akademik Wołodymyr Grabowiecki. Twierdził on całkiem poważnie, że pod tym drzewem odpoczywał hetman Pyłyp Orlik, którego imieniem nazwano sąsiednią ulicę.

Badacz postaci hetmana Mychajło Hołowatyj z tą tezą kategorycznie się nie zgadza. Orlik faktycznie bywał na naszych terenach, ale do miasta nie dotarł. 18 marca 1722 r. hetman zatrzymał się w miejscowości Uhrynów i tu spotkał się z jezuitą Tomaszem Zaleńskim. Do miasta hetman nie odważył się wjeżdżać, obawiając się moskiewskich szpiegów.

Od tego czasu minęło ponad trzy stulecia i dąb na tyle lat nie wygląda. I ostatnie – przypuśćmy, że Orlik jednak był w mieście. Czy nie miał on dość pieniędzy, by wynająć sobie dobry zajazd, a nie kłonić głowę pod jakimś tam dębem?

Pomnik burmistrza Ignacego Kamińskiego. Zdjęcie autora

Z Użhorodu widać lepiej

Pomnik burmistrza Ignacego zdążył już obrosnąć legendami, ludzie dotykają go, robią sobie zdjęcia, zatrzymują się tu wycieczki. Uważa się, że potarcie pierścienia o postać burmistrza zapewnia dobrobyt. Dziś trudno wyobrazić sobie skrzyżowanie Belwederskiej i Mazepy bez pomnika Kamińskiego – a mógł tam stać inny pomnik.

Wszystko zaczęło się w sierpniu 2015 r., gdy rodzina przedsiębiorców Iwanyszynych otworzyła kawiarnię „Profitrol”. Wówczas powstała myśl, by wejście do kawiarni udekorować pomnikiem postaci, przy której ludziom zechce się przystanąć, przysiąść na ławeczce, potrzymać za rękę.

Mniej-więcej w tym samym czasie małżeństwo odwiedziło Użhorod, gdzie przypadły im do gustu niewielkie figury autorstwa Mychajła Kołodka, którego tam poznali. Iwanyszynowie opowiedzieli o swoich planach i zaprosili artystę do Frankiwska, aby obejrzał tamtejszą figurę.

Zaangażowano lokalnych kowali, historyków i architektów. Omawiano różnie kandydatury na przyszły posąg: Lisa Mykyty – postaci z twórczości patrona miasta, hetmana Mazepy przy filiżance kawy. Za kontrowersyjną uznano postać złodzieja, uciekającego z pierwszego piętra z workiem ciasteczek.

Tymczasem przyjechał Kołodko z własną propozycją:

– Po co wymyślać coś, gdy macie idealnego kandydata – dziwił się artysta. To burmistrz Kamiński,który odbudował Stanisławów z ruin po „marmoladowym pożarze” i zrobił go trzecim miastem Galicji po Lwowie i Krakowie.

Idea wszystkim przypadła do gustu i 5 grudnia 2015 r. spiżowy burmistrz Ignacy Kamiński zaczął pić kawę koło kawiarni „Profitrol”.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 1 (485), 16 – 29 stycznia 2026

X