Zauważę na wstępie, że podziemia Gródka nie są czymś unikalnym. Ba! W innych miastach Ukrainy mamy analogiczne, zupełnie nieróżniące się od gródeckich. Temat ten postanowiłem podjąć ponieważ jest to najbardziej mitologizowany, zagadkowy i jednocześnie absolutnie nieznany i niezbadany zabytek Gródka
O istnieniu podziemi wszyscy dobrze wiedzą, lubią o nich poplotkować, ale większość naszych mieszkańców nie wyobraża sobie nawet, jak te katakumby wyglądają od środka i czym są naprawdę.
Pomimo, że tworzone ręcznie podziemia są dość powszechne, to „podziemna Ukraina” jest nadal „białą plamą”. Przyczyn ku temu jest kilka. Głowna – to „terenowe” badania na Ukrainie już od ponad 30 lat w ogóle nie są finansowane z budżetu państwowego, a sama archeologia dogorywa. Archeolodzy, którzy cudem ocaleli zajmują się przeważnie ochronnymi wykopaliskami – gdy budowane jest coś na terenach z warstwami kulturowymi lub zgodnie z ustawami teren powinien być uprzednio przebadany przez archeologów. Naturalnie – na koszt budowniczego.
Po drugie, „Ukraina podziemna” to prawdziwa terra incognita, ukryta w samej strukturze tych zabytków. Przecież większość wejść i wyjść od dawna są zasypane lub zamurowane. Praktycznie, jedyną możliwością dostania się tam są osuwiska i zapadliska w miejscach dawnych podziemnych tuneli. Jednak nawet w tych przypadkach nikt się jakoś nie kwapi zwracać się do fachowców, gdyż opłacenie wszelkich prac w tym przypadku spada na miejscowy budżet, który od dawna jest rozplanowany i nie bezdenny. Dziurę w ziemi przeważnie zasypują i na tym koniec.
Dawno zapomniane tunele odkopywane są przy okazji robót ziemnych. Budowlańcy w tych przypadkach wolą milczeć i pośpiesznie zasypują lub zalewaną wszystko betonem – tak jest szybciej i taniej.
Okazuje się więc, że w Ukrainie wszyscy wiedzą o istnieniu podziemnych przejść, ale odwiedzili je nieliczni ekstremalni badacze i zbadano je – co kot napłakał. Natomiast legend o nich jest mnóstwo!
Mity i legendy o dawnych podziemiach
Prawie w każdym starym miasteczku Prawobrzeżnej Ukrainy obowiązkowo opowiedzą turystom o miejscowym „metro”. Legendy dotyczą głównie rozmiarów podziemi. W Czerkasach, na przykład, opowiedzą, jak w czasie rozruchów hajdamackich miejscowy wielmoża uciekał od hajdamaków podziemiami w karecie zaprzężonej w szóstkę koni. Kareta obowiązkowo przy tym musiała być ze złota! No co – jak już wymyślać, to na całego.
W Gródku powiadają, że są tunele, po których można przejechać konno. Jest nawet interesujący przekaz na ten temat…
W carskich czasach w sąsiednich Jarmolińcach, leżących przy intensywnym trakcie Kijów-Proskurów-Kamieniec Podolski było dawniej wiele zajazdów. Było to coś w rodzaju dzisiejszych moteli, tylko dla powozów. Wiadomo, że dla koniokradów było to niby miodem namaszczone. Powiadają, że złodziei starano się prześladować jedynie do Gródka. Jeżeli nie udało się ich złapać, to dalej nikt nawet nie usiłował. W Gródku dosłownie… „zapadali się pod ziemię”.
Potwierdzenie tej popularnej gródeckiej bajki znaleziono na początku lat 1960. Starsi mieszkańcy wspominają jak podczas budowy domu koparka odkryła olbrzymie podziemie, gdzie dawniej mieściła się …stajnia! Co do tego mamy dwie, nawzajem wyłączające się wersje: według jednej była to kryjówka koniokradów; według innej – zupełnie legalny „parking” dla szkap wieśniaków, przyjeżdżających na targ do miasta.
W pracach pewnej pani doktor nauk historycznych (sic!) przeczytałem ze zdziwieniem o podziemnych tunelach, ciągnących się od Satanowa do Poczajowa, a nawet do Lwowa!!! Ponadto ta utytułowana pani doktor podaje to nie jako zabawną miejscowa bajkę, a jako zbadany fakt! Podkreśla konieczność ich zbadania! Dosyć postawić jedynie dwa pytania: jak? i po co? – aby dojść do wniosku, że wszystkie te opowieści o „transpodolskim metro” są jedynie bajkami.
Po pierwsze: – jak, korzystając z prymitywnych map XV-XVII w. można było prowadzić kopanie tuneli? Bo można było zacząć kopać do Kamieńca, a wyjść na powierzchnię w Humaniu…
Jak wykopać takie olbrzymie metro, mając do dyspozycji jedynie drewniane łopaty z metalowym okuciem?
Jak urządzić hydroizolację i wentylację takiego tunelu?
A najważniejsze: – po co?
Podziemna ulica
Zaznaczam, że w tamtych czasach wiele osiedli miało podziemne chodniki, prowadzące poza obręb murów miejskich. Ale wcale nie były to legendarne metra przez całe Podole. Taki tunel miał maksimum kilkaset metrów i wychodził w jakimś tajemnym miejscu. Wykorzystywano je, aby w przypadku oblężenia można było wysłać posłańca po pomoc lub zrobić wypad na tyły wroga. To właśnie takim podziemnym tunelem w powieści „Taras Bulba” Andrij nosił do oblężonego przez kozaków miasta pożywienie dla pięknej Polki. Przez podobny tunel, wskazany przez zdrajcę, wojska moskiewskie kiedyś zajęły Baturyn (stolicę kozaków – red.).
Mamy jeszcze jeden przypadek takich dawnych podziemi.
W czasach Rzeczypospolitej w większości miasteczek Prawobrzeżnej Ukrainy istniała tzw. „podziemna ulica”. Tworzyły ją połączone ze sobą lochy i piwnice każdego z mieszczańskich domów. Od tej „ulicy” tunele ciągnęły się do miejscowego zamku, gdzie można było się ukryć w przypadku niespodziewanej napaści Tatarów. Ci starali się nie szturmować umocnień, bo ich celem były łupy i jasyr, a nie ofiary przy szturmach. Po podziemnych „ulicach” też nie wędrowali, bo kto chciałby znienacka dostać widłami w brzuch z jakiegoś ukrycia?
Podejrzewa się, że w Gródku na prawym brzegu Smotrycza taka połączona „ulica” była, ale aby ją dokładnie odnaleźć trzeba byłoby wielu badań. Na razie możemy mówić jedynie o wielkiej liczbie lochów i tuneli, istniejących pod miastem, ale czy były one połączone w jednolity system – na razie są wątpliwości.
Podziemne odgłosy
W Gródku o podziemiach wiedzą wszyscy. Jak tu nie wiedzieć? Dosyć pospacerować po historycznym centrum miasta, które usiane jest śladami zapadnięć ziemi. Ślady są specyficzne – od charakterystycznych zagłębień pośrodku chodnika, gdzie ziemia lekko osiadła, po dopiero co zasypane dziury w miejscu olbrzymich dołów. Jednak nie wszystko kończy się niewinnie.
Starsi mieszkańcy pamiętają, jak na początku lat 70. zawaliło się całe skrzydło wybudowanego w okresie powojennym sklepu Uniwersamu. Gdy zaczęto oczyszczanie terenu ciężkim sprzętem, to o mały włos nie zapadła się koparka. Te ruiny „dekorowały” centrum miasta przez kilka lat – czekano aż ostatecznie te podziemia same osiądą. Ostre języki od razu teren koło ruin nazwały „Bejrutem”. W tamtych latach w tym mieście toczyły się walki pomiędzy armią Izraela i prorosyjskimi ugrupowaniami „Palestyńczyków”, w czasie których niszczono miasto. Widoki te pokazywano co dnia w wiadomościach.
Na tym przykre przygody Uniwersamu się nie zakończyły. Na początku prac zapadła się fasada sklepu. Wieść niesie, że stało się to przez pewne mistyczne wydarzenia – ale o tym później.

W 2006 r. ogromne zapadlisko powstało pośrodku głównego placu Gródka. Jeden z dołów powstał nawet na ruchliwej ulicy. Cudem obyło się bez ofiar.

Te nadzwyczajne okoliczności miały pozytywne zakończenie. Dzięki nim lokalni krajoznawcy i historycy bracia Aleksander i Wadym Zagórscy i ich kolega Feliks Osowski zbadali dużą część tego labiryntu, wykonali schematyczne plany zbadanego tunelu i serię zdjęć. Dzięki tym odważnym i ciekawym nowego badaczom większość mieszkańców miasta mogła nareszcie zobaczyć, jak wyglądają od wewnątrz słynne gródeckie podziemia.
Szkielety naszych podziemi
Zdjęcia braci Zagórskich nie były dla mnie odkryciem, bowiem po raz pierwszy byłem w podziemiach jeszcze jako chłopak i było to na szkolnym podwórzu.
Moja szkoła (dziś jest to Gródeckie Liceum nr 1) ma interesującą historię. Wybudowana w latach 1930-1934 była szkołą polską. Przy okazji wspomnę, że obok była jeszcze szkoła żydowska, gdzie zajęcia prowadzono w języku jidysz. Trwało tak kilka lat, a potem w ZSRR zaczęto masowo zamykać szkoły mniejszości narodowych. Naszą szkołę przeprofilowano na ogólnokształcącą.
Budynek szkolny stał pośrodku należącego do proboszcza sadu, ufundowanego przez Zamojskich i kościoła św. Stanisława (1779 r.). Szkolne boisko urządzono w miejscu przykościelnego cmentarza i dziedzińca. Sam cmentarz i kościół bolszewicy zniszczyli w latach 30. XX wieku.
Smutne świadectwa tych wydarzeń wykopała koparka podczas budowy nowego gmachu Muzeum krajoznawczego. Były to krawężniki starej, dawno zasypanej drogi. Jak się okazało, zostały wyciosane z bloków zniszczonej świątyni, a na niektórych zachowały się fragmenty napisów po łacinie.
Było to chyba około roku 1981. Pośrodku boiska zapadła się ziemia, odkrywając wejście do podziemi. Z kolegami zajrzałem – co tam jest? Tunel okazał się dokładnie taki sam, jak po kilkudziesięciu latach w centrum miasta – wyryte w glinie sklepione korytarze z bocznymi niszami w kształcie arek. Jednak bliżej do miejsca, gdzie stał kościół tunel obłożony był cegłą. Tam zobaczyliśmy komnatę z ustawionymi trumnami. Prawdopodobnie podczas niszczenia kościoła pochówki splądrowano, bo trumny były rozbite, a kości i resztki zetlałych szat leżały na podłodze. W tym momencie zwialiśmy jak najdalej od tego makabrycznego miejsca.
Ale nie były to jedyne szkielety Gródka.
Gdy w połowie lat 50. zakładano fundamenty wspomnianego Uniwesamu, koparka odsłoniła kilka podziemnych chodników. Ale oprócz budowlańców nikt ich nie zbadał. Jeden z nich opowiadał mi potem, że w jednym z tuneli doszli oni do zmurszałych drzwi, za nimi zaś była komnata-kryjówka. Były tu wyżłobione w glinie długie wnęki, w których pod zetlałymi kołdrami leżały dwa szkielety ludzkie…
Niestety, innych szczegółów kopacz-amator nie zapamiętał. Najpewniej, ludzie, którzy tam się ukrywali zginęli z braku tlenu, lub zaczadzili się od płomienia kaganka. O czasie, gdy to się stało możemy jedynie przypuszczać. Mogło to wydarzyć się w XIX w., gdy te lochy, jako schronienia używali przestępcy, lub też w latach II wojny światowej, gdy w podziemiach ukrywali się Żydzi.
Stary budowlaniec jest pewien, że wszystkie nieszczęścia związane z Uniwersamem związane są właśnie z tym znaleziskiem.
– Trzeba było pochować ich po ludzku, na cmentarzu – opowiadał. – Ale brygadzista rozkazał szybko wszystko zasypać. Uważał, że przyjedzie milicja, prokuratura i cała praca stanie na długo, a tu jest plan. Leżą te szkielety niewiadomo ile dziesięcioleci, a nawet stuleci, to niech leżą sobie dalej… tym bardziej, że nie było to morderstwo, bo drzwi były zamknięte od środka.
Mój rozmówca, który prosił o dyskrecję, twierdził, że wszystkie nieprzyjemności – to zemsta nieutulonych dusz.
Podziemne skarby
Teraz o skarbach. Cóż to byłyby za podziemia, gdyby nie było w nich kufrów ze złotem? Był to i złoty turban tureckiego chana, który ten zgubił uciekając podziemiami z Podola (czy mieli Turcy chanów – to jeszcze pytanie) i złota kareta, i skarby Karmeluka, i zagubiona skarbnica turecka, itd. W Gródku słyszałem kiedyś bajkę o wypełnionej worami ze złotem karecie Jana Zamojskiego, ukrytej gdzieś w lochach.
Naturalnie, wszystkie te legendy – to jedynie twórczość ludowa, chociaż niepozbawiona podstaw.
Znany jest mi przynajmniej jeden prawdziwy przypadek znalezienia podziemnego skarbu. Na początku lat 1970. koło gmachu poczty nastąpiło kolejne zapadnięcie gruntu. Widok tradycyjny – podobna do studni olbrzymia dziura w chodniku. Pewien mężczyzna postanowił sprawdzić, co tam jest? Wlazł.
Pod ziemią był tradycyjny korytarz, wyryty w glinie, z niszami. A w niszach złożone stosy olbrzymich kręgów wosku. Wosk, chociaż stary, pokryty ciemną skorupą, ale całkiem dobry jeszcze wosk. „Przyda się w gospodarstwie” – zdecydował mężczyzna i zabrał ze sobą trzy kręgi. Resztę zostawił – po co mu tyle? Takie ciężkie, że ledwo doniósł do domu. Złożył je w garażu: „Świece wyleje się później” – pomyślał. Jeden z woskowych placków podarował sąsiadowi.
Tak te kręgi woskowe przeleżały kilka lat. Na początku 1980 r. olbrzymia nawałnica zerwała druty elektryczne i miasto zatonęło w ciemnościach na tydzień. Wówczas mężczyzna przypomniał sobie o wosku. Włożył jeden placek do miski i postawił na ogień, by odlać kilka świeczek. I tu okazało się, że nie jest to zwykły wosk… w plackach zatopione były srebrne carskie karbowańce!
Pobiegł do sąsiada: „Gdzie ten wosk, co ci dałem?”. „Już dawno wylałem z niego świece” – odpowiada tamten.
I zaklina się, że nic oprócz wosku w kręgu nie było. Kłamał, naturalnie, ale co już poradzisz?
Za jeden srebrny carski pieniążek władze dawały 18 rubli. W tym czasie były to spore pieniądze. Miesięczna wypłata inżyniera wynosiła 120 rubli, a fachowca w fabryce – 180 rubli.
Długo mężczyzna pluł sobie w brodę, że nie wyciągnął całego wosku z podziemi, a jeszcze sąsiadowi taki prezent zrobił. Kto wie, może w innych kręgach były złote monety?
Najprawdopodobniej był to skarb ukryty przez jakiegoś gródeckiego kupca w czasie I wojny światowej. W tym czasie ludzie masowo ukrywali srebrne monety, aby jakoś uratować od galopującej wojennej inflacji swe oszczędności. W tym właśnie miejscu jeszcze od XVIII w. stały gródeckie kramy handlowe, które zniszczono w latach 1930.
Niestety, oprócz tego, że w wosk wtopione były karbowańce z profilem ostatniego cara Rosji, nic więcej nie wiadomo. Wiemy jedynie, że gdzieś w gródeckich podziemiach leży do tej pory „srebrny”, a może i „złoty” wosk. Czeka na swój czas…
Inne znalezisko, o którym wiem dokładnie i nie wątpię, datowane jest latami 30. XX wieku. Tę historie opowiedziano mi w latach 90.
W czasie prac ziemnych pod góra zamkową – tam, gdzie kiedyś stał klasztor franciszkanów i kościół św. Anny – mieszkańcy znaleźli wejście do jakiegoś lochu. A w nim skrzynię. Skrzynia wypełniona była jakimiś dokumentami. Pewien starszy pan, będący wówczas małym chłopcem opowiadał, że były tam książki i stosy papierowych kartek przewiązanych sznurkiem… były nawet zwoje z wiszącymi pieczęciami.
Znalezisko pokazano nauczycielowi języków obcych i księdzu, ale nikt nie umiał przeczytać tych dokumentów. Aby uniknąć kłopotów… wszystko spalono. Jak ogromnie cenne wiadomości o historii Gródka i Ziemi Gródeckiej mieściły te dokumenty – a wszystko poszło z dymem. Dziś trudno to nawet sobie wyobrazić.
Nie możemy tu do nikogo mieć pretensji. W tych strasznych czasach tekst w niezrozumiałym języku mógł stać się podstawą do oskarżenia o szpiegostwo ze wszystkimi tego następstwami. Niestety minęły lata i w pamięci pozostała jedynie opowieść. Dziś już nie przypomnę sobie, od kogo ją usłyszałem. Uważam tę historię za prawdziwą, bo po cóż ktoś by miał zmyślać?
Ze znalezisk w gródeckich podziemiach znane są mosiężne i miedziane świeczniki, naczynia gliniane (w całości i rozbite), puste i pełne wina flaszki. Według opowieści, wiele takich flaszek znaleziono w lochu, odkrytym w czasie budowy piętrowego budynku przy skwerze im. Serhija Winogradzkiego. Budowlańcy ochoczo wykorzystali to wino – zgodnie z przeznaczeniem.
Dmytro Poluchowycz
Tekst ukazał się w nr 20 (480), 31 października – 13 listopada 2025
Podziemny Gródek Podolski – legendy, skarby i szkielety. Część 2
Tajemnice, szkielety i skarby podziemnego Gródka Podolskiego



