Artur Deska. Misjonarz powołaniem którego była służba ludziom

Artur Deska. Misjonarz powołaniem którego była służba ludziom

„Artur Deska. Misjonarz powołaniem którego była służba ludziom”. Pod takim tytułem w drohobyckim wydawnictwie „Koło” została wydana Książka Pamięci o Arturze Desce (1964-2024) – Wielkim Polaku, który pozostawił trwały i głęboki ślad w świadomości wielu ludzi. Intelektualista o wielkim i szlachetnym sercu, wojownik o dobro i sprawiedliwość. Wzór do naśladowania zarówno dla Polaków, jak i dla Ukraińców. Był też jednym z autorów „Kuriera Galicyjskiego”.

18 października prezentacja tej książki w Centrum Kulturalnym Tatarów Krymskich w Drohobyczu zgromadziła Polaków, Ukraińców, Tatarów Krymskich, Żydów.

Kim był ten człowiek? Skąd on i jak znalazł się w Drohobyczu?

„Artur urodził się w dniu 17.10.1960 w Kutnie i był moim starszym bratem – napisała Anna Jarocka. – Nasi Rodzice byli ideowcami zaangażowanymi w rozwój Polski lat sześćdziesiątych. Mama była polonistką, a tata chemikiem. Mój Brat od dzieciństwa był uznawany za niezwykle dziecko, a to za sprawą pomysłowości, ogromnego poczucia humoru, temperamentu, umiejętności kojarzenia faktów, łatwości nawiązywania znajomości”.

Będąc nastolatkiem Artur działał w harcerstwie. Planował zostać lekarzem, jednak zrezygnował z medycyny i rozpoczął studia filozoficzne, które też porzucił. Próbował się odnaleźć w ówczesnych nowych realiach Polski. Stworzył firmę, która zajmowała się dystrybucją i sprzedażą węgla, stał się biznesmenem. „Wzloty i upadki gospodarki we wczesnych latach dziewięćdziesiątych były jego udziałem – wspomina Anna Jarocka. – Wzbogacił się, a potem szybko zubożał. Nadal poszukując swojego miejsca Artur wyjechał na Ukrainę. Przybył jako biznesmen, a ostatecznie został biznesmenem, działaczem społecznym. Jak to opowiadał później, odnalazł cel w życiu. Zrozumiał, że pomaganie ludziom w trudnych sytuacjach jest jego wyzwaniem, drogą i szczęściem”.

W Drohobyczu Artur Deska znalazł przybranego brata – Hose Turczyka, byłego zawodowego pilkarza i działacza społecznego, który pochodzi z rodziny powojennych repatriantów ukraińskich z Argentyny.

– Zaprzyjaźniliśmy się mocno i przez wszystkie te 20 lat szliśmy ramię w ramię – stwierdził Hose – Nasze pierwsze dyskusje dotyczyły poglądów Artura na wydarzenia społeczno-polityczne w Ukrainie. Mylnie przenosił polską ścieżkę rozwoju na ukraiński grunt. Jego okrzyki: ‚Jak to możliwe, przecież założyli koszule haftowane, a zachowują się tak niegodnie”. W końcu zrozumiał, że Ukraina ze swoimi problemami nie jest Polską i wymaga wychowania nowego pokolenia. Od samego początku Artur postanowił stworzyć instytucję zwaną wolontariatem. Swoją drogą, słowo „wolontariusz” do powszechnego użytku wprowadził właśnie on już w 2003 roku. To była ogromna praca. Letnie obozy na Ukrainie – setki dzieci wyruszały do najlepszych ośrodków wypoczynkowych w Polsce. Artur osobiście zabiegał o wsparcie ze strony Konsulatu Generalnego RP we Lwowie.

Książka wspomnień o Arturze Desce została uporządkowana przez Hose Turczyka i Olgę Pawłowską, prezesa Fundacji św. Antoniego w Drohobyczu.

– Między innymi to Artur Deska swoim przykładem pokazał mi wtedy jak wielka jest potrzeba zaopiekowania się młodzieżą, która szuka wzorców – wspomina Olga Pawłowska. – Dlatego po zakończeniu pracy w Czerwonym Krzyżu założyłam świetlicę dla dzieci przy Fundacji św. Antoniego, która z czasem przerodziła się w szkołę języka polskiego. Myślę, że jestem tylko jedną z wielu osób, które Artur zainspirował swoim życiem: charyzmą, prostotą i światopoglądem.  Drzwi jego mieszkania były zawsze otwarte, nieważnie kim byłeś: młodzieńcem czy starcem, bogaczem czy biedakiem, kimś ważnym czy prostym człowiekiem, Polakiem, Ukraińcem, Tatarem czy Żydem. Był dla każdego i wszyscy o tym wiedzieli. Słuchał i opowiadał. Mimo,  że sam był schorowany i mieszkał w bardzo skromnych warunkach, starał się pomagać każdemu, kto przychodził w potrzebie. Dawał od siebie, albo prosił dla kogoś. Przyciągał i gromadził wokół siebie ludzi wartościowych. Łączył tych, którzy byli w potrzebie z tymi, którzy byli gotowi pomagać. Budował mosty i szukał tego, co ludzi łączy, a nie dzieli. Był intelektualistą, który szuka prawdy. Wydawało mi się wtedy, że tylko Polacy, którzy mieszkają poza Ojczyzna wiedzą jak ważne jest nie bać się i własnym życiem świadczyć o tym kim i jacy są w trudnych czasach (bieda, przemiany ustrojowe, bezrobocie), żeby tutaj realizować swoje powołanie. Interesował się historią i dobrze ją znał. Nie bał się odpowiedzi trudnych, nierzadko bolesnych zarówno dla Ukraińców jak i Polaków. Uważał, że musimy tę historię dobrze poznać, zrozumieć i umieć przeprosić jeden drugiego, by móc dalej żyć razem i tworzyć nową historię, opartą na dialogu, zrozumieniu i wzajemnym szacunku. Uważał, że każdy z nas i na każdym miejscu jest tylko i aż Człowiekiem. Bardzo imponowało mi takie podejście do sprawy.

Głos zabrał też ks. Mirosław Lech, proboszcz parafii św. Bartlomieja w Drohobyczu.

– Gdy przyjeżdżałem do Artura, najczęściej tematem rozmowy była historia – powiedział kapłan. – Czasem emocjonalnie zadawałem mu pytania dotyczące tych wydarzeń między Polakami i Ukraińcami, a on zawsze był w środku – ani po jednej stronie, ani po drugiej. Kiedyś dzwoni do mnie i mówi: «Mirek, przyjdź do mnie, ja tobie dam jedną książkę. Przeczytaj ją, porozmawiamy potem”. To była książka prof. Bohdana Hudia „Ukraińcy i  Polacy na Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku”. I on mi otwierał wszystkie aspekty Ukraińców i Polaków – aspekty religijne, polityczne, ekonomiczne, narodowe. I mówił tak: „Historia ma nas czegoś nauczyć. Ty jesteś księdzem i ty masz uczyć ludzi, że historia musi uczyć czegoś dobrego, a nie złego”.

Na prezentację książki przyjechał ze Lwowa prof. Bohdan Hud’. Wspomniał o swojej owocnej współpracy z Arturem Deską w dziedzinie popularyzacji naukowej. Naukowiec zaznaczył przy tym, że Artur Deska był niezastąpiony przy redagowaniu lub tłumaczeniu licznych „polskich” tekstów ukraińskiego historyka.

– Często bezceremonialnie w nie ingerował, będąc – ku mojemu zdziwieniu – ostrzejszym ode mnie w ocenach charakteru stosunków polsko-ukraińskich, zwykle stając po stronie skrzywdzonych, czyli Ukraińców – zauważył Bohdan Hud’. – Ale równocześnie Artur pozostawał wyjątkowo sprawiedliwy, gdy chodziło o krzywdy wyrządzone narodowi polskiemu. Dlatego moje książki „Ukraińcy i Polacy na Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej…”, „Od unii lubelskiej do rzezi wołyńskich”, a szczególnie dwujęzyczne ukraińsko-polskie wydanie artykułu Iwana Franki „Na naszej – nie swojej ziemi” w wielu miejscach są naznaczone odblaskiem nieprzeciętnego intelektu świętej pamięci brata Artura. Jednocześnie Artuś zabraniał mi mówić o swoim wpływie na moje teksty, twierdząc, że on tylko je szlifuje.

Na prezentacji książki był również Taras Kuczma, mer Drohobycza.

– Przychodziłem do niego także jako lekarz, aby udzielić mu pewnej pomocy lub rady, i nie mogłem zrozumieć, znając wszystkie choroby tego człowieka, jak bardzo był silny – wspominał Taras Kuczma. – Nigdy nie mogłem pojąć, skąd Artur brał siły, żeby gdzieś pojechać, gdzieś usiąść, gdzieś stanąć, skoro jego stan fizyczny na to nie pozwalał. To był człowiek ducha, który trzymał się dzięki duchowi i robił wszystko, by wspierać innych. Pamiętam jeszcze jeden szczegół, kiedy Artur mówił o relacjach między Polakami i Ukraińcami: „Są mrówki czarne i czerwone. Zrób z nimi eksperyment. Włóż je do jednego słoika. Zobaczysz, że żyją tam spokojnie, poruszają się, jedzą. A potem potrząśnij tym słoikiem przez kilka sekund i zobaczysz, jak zaczynają gryźć się nawzajem. Tak samo jest między naszymi narodami. Nigdy w tym wzajemnym gryzieniu nie zwracamy uwagi na to, kto potrząsa tym słoikiem i komu zależy na tym, żeby dwa najbliższe sobie narody walczyły ze sobą.”

Opowiadałem mu o tragedii mojej rodziny, a on opowiadał o innych tragediach. Jego serce, jego filozofia, jego rozum pozwalały zrozumieć, że między prostymi, dobrymi ludźmi Bożymi nie może być żadnych sporów. Zawsze jest ta trzecia siła, która tym potrząsaniem zasiewa nienawiść i brak miłości. A on właśnie żył po to, abyśmy się wzajemnie kochali.

W imieniu Tatarów Krymskich przemawiał Dżamał Dżamchirów.

– Artur był dla mnie jak brat – podkreślił. – Jako człowiek był silny duchem i był cierpliwy. Często siedzieliśmy razem, rozmawialiśmy, spieraliśmy się, żartowaliśmy. On częstował mnie najpyszniejszą pastą, którą z radością przygotowywał. Zawsze będę wdzięczny Wszechmogącemu za to, że na mojej życiowej drodze pojawił się ktoś taki, kto wspierał moją rodzinę, gdy byłem na froncie. Pomagał frontowi i wszystkim potrzebującym do ostatniego oddechu.

Konsulat Generalny RP we Lwowie reprezentował konsul Sebastian Delura.

Z kolei, z Amsterdamu połączył online Cees van der Rhee który za pośrednictwem Artura Deski wspierał potrzebujących w Ukrainie, zbierał i przekazywał mnóstwo pomocy humanitarnej.

Z Polski przyjechali wolontariusze, działacze organizacji społecznych, z którymi w ciągu lat owocnie współpracował i przyjaźnił się Artur Deska. Obecny Bartosz Kramek tak napisał o nim: „Prowadził dom otwarty. Nie dbał w nim o żadne wygody, ale zazdrościłem mu starannie tworzonej przez lata historycznej biblioteczki. Krytyczny recenzent. Zasadniczy i wyrozumiały jednocześnie. Ze swoim przybranym bratem Hose tworzyli niepodrabialny, niesamowity społecznikowski duet. Świecki człowiek Kościoła, który powinien mieć twarz właśnie takich ludzi. Współczesny franciszkanin. Przyjaciel. Dbał o wszystkich poza sobą…”.

Kapłani Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego potwierdzają, że Artur Deska pracował w miejscowym Caritasie bez wynagrodzenia.

„Sprawy publiczne i politykę traktował jako narzędzia do tworzenia dobra wspólnego – zaznaczył we swoich wspomnieniach Witold Horowski. – W relacjach polsko-ukraińskich było dla niego oczywiste, że wspólne dobro nie jest utopią. Sprawy polskie oglądał z dystansu Drohobycza – łatwiej mu było oddzielić rzeczy ważne od sporów. Z kolei niezależność Polaka dawała mu prawo do głoszenia bezkompromisowych, trudnych opinii o polityce ukraińskiej – zarówno krajowej, jak i lokalnej. Zainteresowanych odsyłam do jego felietonów w Kurierze Galicyjskim, największym polskim piśmie współczesnej Ukrainy, założonym przez nieodżałowanej pamięci Mirosława Rowickiego – wielkiego przyjaciela Artura”.

Dodam od siebie, że poznałem Artura Deskę niedługo po jego wylądowaniu w Drohobyczu. Wówczas współpracowałem z Radiem Watykańskim i KAI. Byłem trochę zaskoczony, że w miejscowym Caritasie greckokatolickim pracuje Polak z Polski, ponieważ w tym czasie na terenach obwodu lwowskiego nie brakowało nieporozumień między katolikami obu obrządków. On był świadomym Polakiem, również był ponad podziałami narodowościowymi i religijnymi. Przez lata łączyły nas wspólne lub bardzo bliskie poglądy na różne rzeczywiste rzeczy dookoła. Zaangażowałem go do współpracy z Kurierem. Poszukiwaliśmy ciekawych autorów. Zaproponowałem śp. Mirosławowi Rowickiemu, ówczesnemu redaktorowi naczelnemu jego kandydaturę. „Ale ja dużo gadam” – słusznie zauważył Artur. „Ty pisz, a my już w redakcji damy z tym radę” – powiedziałem. Artykuły Artura Deski zawsze były obszerne, ciekawe, aktualne. Redakcja zdobyła w jego osobie publicystę. On nie bał się poruszać ostre tematy w stosunkach polsko-ukraińskich, bo doskonale argumentował swoje myśli i refleksje.

Dwa lata temu, na początku września 2023 podczas obchodów swego dwudziestolecia wolontariatu w Drohobyczu Artur Deska wspominał:

– Najpierw, jeszcze w Polsce, rozchorowałem się po wielu latach pracy w marketingu. W szpitalu miałem trochę czasu, żeby przemyśleć co mam robić dalej. Przeanalizowałem swoje dotychczasowe życie i stwierdziłem, że tym co naprawdę chcę robić jest praca dla innych, a nie dla pieniędzy. I tak zdecydowałem się jechać robić coś dobrego na Ukrainie. A że miałem kontakty z greckokatolickim Caritasem diecezji samborsko-drohobyckiej w Drohobyczu, zdecydowałem pracować tutaj. Dlatego, że chciałem robić rzeczy dobre – po pierwsze. Po drugie, chciałem robić coś co nie jest związane z pieniędzmi. Po trzecie, chciałem robić coś w środowisku ukraińskim. A po czwarte, w środowisku greckokatolickim, żeby pokazać, że na długo jeszcze przed tym co mamy dzisiaj, jest możliwa współpraca Polaka rzymskiego katolika wśród Ukraińców i grekokatolików. I tak jakoś minęło tych dwadzieścia lat.

Zapytałem wtedy Artura, do ilu dzieci dotarł przez wolontariat i jak to zmieniło jego podopiecznych.

– Do przeszło 500 dzieci – stwierdził. – To jest młodzież, która przeszła przez moje ręce. Oczywiście jedni byli bliżej, drudzy byli dalej, ale w większości jest to młodzież, która odniosła sukcesy. Zrobili studia, pracują. Znają języki, pracują w świecie, w Europie, w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, w Polsce, w Ukrainie, w wielu miejscach. Oczywiste że są również wypadki problematyczne, ale nieliczne. Natomiast znamienita większość to są ludzie, którzy zasługują na szacunek. I uważam, że to jest mój wielki sukces.

Przez dwadzieścia lat Polak i rzymski katolik Artur Deska pracował w Caritasie grekokatolików ukraińskich. Czy udało mu się w jakiś sposób wpłynąć na poprawę relacji między Ukraińcami a Polakami? – zapytałem Artura.

– Na pewno po części tak, ale też nie jestem jakimś geniuszem czy kimś wielkim – mówił Artur. – Ja jestem jak to zawsze nazywam: Artur od kaszy i od majtek. Czyli ten, który robi rzeczy małe i drobne, ale one wpływają na postrzeganie Polaków i Polski. Na przykład, weźmy te dzieci, które współpracowały ze mną, przychodziły do Centrum Wolontariatu Caritas. Jeździły do Polski, spotykały się z Polakami, uczyły się tego co to jest dobro, co to jest prawda, co to jest przyjaźń. I dzisiaj oni są przyjaciółmi Polski. Nie są takimi bezrefleksyjnymi, że wszystko co polskie jest dobre. Nie. Ale nie ma w nich jakiejś złości, nienawiści, niechęci. Rozpatrują każdą sprawę logicznie, sensownie, w kategoriach przyzwoitości. Myślę, że częściowo udało mi się zmienić co mogłem. Tylko że znowu – nie chciałbym żeby wyszło, że było źle, a przyszedł Artur i jest dobrze. Tak nie jest. Na pewno na to składa się wiele, wiele osób, które pracowały tutaj, które pomagały, bo cóż ja? Ja sam nic nie mogę. Bo gdyby nie Caritas Polska, nie Caritas w Gdańsku, gdyby nie przyjaciele z Warszawy, nie przyjaciele z Poznania, z Katowic, z Wrocławia, z Muszyny, to nic by z tego nie było. Są to ludzie, którzy mają idee pomocy dla Ukrainy. Mają idee poprawy polsko-ukraińskich stosunków absolutnie nie za cenę tego, żeby na przykład mówić nieprawdę czy schlebiać komuś. Nie. Chodzi o to, żeby robić to w sposób uczciwy, prawdziwy i w pewnej dobroci, życzliwości. I miejscowi ludzie to odczuwają i cenią.

Artur Deska również pomagał uchodźcom wewnętrznym oraz Tatarom krymskim. Często we współpracy z braćmi bonifratrami.

– A to też ja wspieram – mówił. – Właściwie to nasi przyjaciele wspierają ich z Polski, Kanady, Holandii… Ja jestem tylko takim listonoszem, jak to nazywam. Pośrednikiem. Miejscem, gdzie się schodzą kable, które dostarczają energię, i kable, które odbierają energię. Jestem łącznikiem między tymi, którzy organizują pomoc, i tymi, którzy otrzymują. Tak się stało, że na początku wojny w Ukrainie, czyli w 2014 roku – bo ta wojna trwa już tyle lat, o czym wiele osób zapomina – grupa Tatarów krymskich prześladowanych na Krymie by uniknąć aresztowania, zesłania na wiele lat do obozów pracy, do więzień, przyjechała do Drohobycza. I tak jakoś udało się ich skupić dookoła mnie, dookoła Caritasu i pomagać im. Było na początku sto osób, teraz trochę mniej. To tak falami. Trochę przyjedzie, trochę wyjedzie gdzieś tam dalej. Potem znowu przyjadą i trzeba nimi się zajmować. Są to przeważnie rodziny wielodzietne. Wyobraźcie sobie, że ktoś przyjeżdża z czwórką dzieci i jedną walizeczką. Oni potrzebują wszystkiego. Po jakimś czasie to się zmienia, bo oni mają bardzo cenną cechę – nie siedzą i nie czekają aż ktoś im da, tylko starają się coś robić. Pracować, znajdować możliwości zarabiać pieniądze. Bardzo wiele razy, gdy udało się zorganizować jakąś pomoc dla Drohobycza – a ja do tych drohobyczan zaliczam również ich i chcę coś im dać – mówili mi, że może ktoś inny bardziej potrzebuje? Zawojowali moje serce, to jest takie piękne w dzisiejszych czasach.

Nieraz wracaliśmy do wspomnień z Majdanu.

– Czy wyczuwałeś wtedy, że dojdzie do takiej strasznej wojny? – zapytałem Artura.

– Nie – powiedział. – Ja w ogóle nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi dożyć czasów, kiedy znowu będzie wojna. Myślałem, że wojna to już historia. Naiwny byłem. Nawet na Majdanie. Bardzo chciałem, żeby Majdan zwyciężył, żeby Ukraina stała się normalnym państwem, ale taki przekonany stuprocentowo nie byłem. Liczyłem się również z tym, że mogą nas spacyfikować. To była bardzo ciekawa historia, bo ja brałem udział wcześniej w Pomarańczowej Rewolucji, która w efekcie doprowadziła do władzy prezydenta Juszczenkę. A potem, jak prezydent Juszczenko zdecydował się przekazać stanowisko premiera Janukowyczowi, ja się bardzo rozczarowałem i powiedziałem sobie: Arturze, głupi jesteś, kolejny raz dałeś się oszukać. I nigdy więcej polityki. Ale kiedy moje przybrane dzieci, które wychowywałem w duchu patriotyzmu, uczciwości i prawdy, zostały pobite pod kolumną Niezależności na Majdanie, powiedziałem sobie: no tak, fajnie, jesteś jak trener, który rzuca dzieciaki do głębokiej wody, a sam stoi na brzegu. Wtedy w to wszystko się włączyłem.

Zawsze mógł wrócić do Polski.

– Do końca jestem tu – stwierdzał. – To jest mój wybór i to jest moja decyzja. To jest moja służba. Ja tutaj służę. Jestem przekonany, że to jest moje miejsce, w którym powinienem być do końca. Powinienem robić to co robię. Mimo to, że jestem teraz chory, mam problemy z poruszaniem się, chodzę o kulach, mimo to widzę, że ciągle jestem potrzebny. W różnych sferach i w różny sposób. Cały czas jestem potrzebny. Ojczyznę to mam jedną. Zawsze powtarzam wszystkim, że w życiu prawdziwego mężczyzny są dwie kobiety, które powinien kochać. Pierwsza to matka. Tą matką jest dla mnie Polska. Ona mnie urodziła, wychowała, ukształtowała. Druga to ta, którą się wybiera – żona. I moją żoną jest Ukraina. To jest wybór mojego serca.

Pozostał na zawsze w Drohobyczu. Odwiedziliśmy jego mogiłę na starym polskim cmentarzu przy ulicy Truskawieckiej, gdzie niedawno został poświęcony pomnik.

Konstanty Czawaga

„Artur od kaszy i od majtek”

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X